Menu

B R A Z Y L I A

Campania da Fraternidade e Trafico Humano

paderewskigrzegorz

Manaus, 7.03.2014



Ósmy marca to dla nas ważna data, nie tylko z powodu kobiecego święta. Dla nas zaczyna się siódmy rok w naszej parafii Chrystusa Króla. Jak ten czas szybko biegnie.

Znów Wielki Post i w Brazylia kolejna Campania da Fraternidade. Tym razem kościół zachęca nas do gruntownego przemyślenia jednego z najbardziej haniebnego zjawiska naszych czasów, którym to jest handel ludźmi. Tyle się mówi o braterstwie na tym świecie. Walczy o prawa człowieka. Broni najróżniejszych mniejszości, deformacji i dziwactw. Procesuje się ludzi za to, że nie traktują jak należy zwierząt. Tymczasem ze wstydliwym milczeniem świat patrzy na handel ludźmi i udaje, że nic nie można z tym uczynić. Uważam więc za opatrznościowe to, że nasi księża biskupi na ten post przygotowali dla nas właśnie tę tematykę. Poznać ją, przemyśleć, przemodlić to droga do konkretnych działań. Już samo uświadomienie może zdziałać wiele dobrego i uchronić znaczną liczbę ludzi, zwłaszcza młodych, przed tragediami.

Dane, jakie przy okazji się przypomina, są rzeczywiście oburzające i zatrważające. Najpierw to, że żaden z krajów na świecie nie jest wolny od problemu handlu ludźmi. Albo są tymi krajami, z których ludzi się wywozi, aby ich później uczynić niewolnikami i w najróżniejszy sposób wykorzystać, albo krajami, gdzie owi nieszczęśnicy trafiają i cierpią. Nawet te najbogatsze, najbardziej demokratyczne, eleganckie i śliczne kraje zachodniego świata okazują się uwikłane w handel ludźmi.

Handel ludźmi jest przestępstwem. Motywuje je ogromny zysk. Rocznie jest to około 32 bilionów dolarów, stąd staje obok przemytu i handlu narkotykami oraz bronią.

Ludzie pozyskiwani są w najróżniejszy sposób. Jedni są po prostu zwiedzeni świetnymi ofertami pracy, na przykład w Hiszpanii, Włoszech czy Stanach Zjednoczonych. Innych, zwłaszcza dzieci, porywa się. Rocznie na całym świecie w taki sposób zniewala się około 21 milionów osób. Oczywiście są to dane poważnie niedoszacowane. Proceder ten jest bowiem bardzo trudny do śledzenie, bo jest świetnie zorganizowany. Szlaki przemytu ludzi są dosyć skomplikowane. Samo zjawisko praktycznie jest niewidzialne, bo nawet rządy krajów już tylko przy wyjątkowych ewidencjach i rozgłosie poczynionym w mediach się do tego przyznają. Werbownicy często są kimś z rodziny, osobami wykształconymi i poważanymi w środowisku. Trudno jest uwierzyć, aby taki ktoś mógł się dopuścić czegoś złego. Ofiary zaś to osoby społecznie nieporadne albo niewiarygodne. Kiedy znika jakieś dziecko z dzielnic biedy, to zauważa się to dopiero po jakimś już czasie, a i poszukiwania nie zawsze czynione są z należną uwagą i oddaniem.

Generalnie handel ludźmi obejmuje kilka zjawisk. Najliczebniejszym byłaby niewolnicza praca. Rzecz znana też Polakom. Ileż to już razy czytaliśmy wiadomości o obozach niewolniczej pracy zorganizowanych w jakiś gospodarstwie we Włoszech, jakimś zakładzie w Anglii. Podobnie, tylko na większą skalę, jest w Brazylii. Najczęściej dochodzi do tego w rolnictwie na terenie gigantycznych stanów rolniczych, albo w Sao Paulo, gdzie działają zakłady produkujące odzież, w których to pod zamknięciem pracują kobiety i dzieci niewolnicy. Sao Paulo to miasto moloch, trudno jest w nim taki zakład wyśledzić. Dla tego właśnie tam dochodzi do tego na wielką skalę. Inne elementy tego procederu to eksploracja seksualna kobiet i dzieci oraz handel organami.

Szczególne miejsce w tych statystykach zajmuje Amazonia. Ale o tym spróbuję napisać w kolejnym liście.

 

Tenharim

paderewskigrzegorz

W okolicach Humaita, to gdzieś mniej więcej 600 kilometrów na południowy zachód od Manaus, żyje sobie pewne plemię indiańskie, które od dawna było dosyć znane w Brazylii, ale ostatnio wyjątkowo dużo się o nim mówi. Chodzi o Indian Tenharim. Jest ich zaledwie 962. Plemie to historycznie jest związane z Rio Madeira, swoje ziemie miało zagwarantowane właśnie w okolicach miasta Humaita. Jednak budowa drogi BR 230, zwanej popularnie Transamazoniką, chyba na zawsze w ich życie wpisała liczne konflikty. Indianie ci, uważając, że budowa Transamazoniki biegnącej przez ich ziemie zrujnowała ich życie, w najróżniejszych miejscach pobierali opłaty za przejazd. Bez wątpienia mieli rację co do tego, że budowa drogi przyniosła kłopoty. Ziemia była ich, zagwarantowana przez państwo. W sumie rezerwat to i tak tylko okruch tego, co wcześniej posiadali. Tymczasem i ten skrawek został w pewnym momencie naruszony. Po raz kolejny brancos, czyli biali,  wdarli się w ich życie i zabierają im coś, co od zawsze do nich należało. Z drugiej jednak strony wyobraźmy sobie życie mieszkańców Humaita i okolic, którzy zmuszeni do używania drogi, musieli też nieustannie uiszczać opłaty pobierane przez Indian Tenharim. Mniej więcej sytuacja wyglądała tak: zaraz na wjeździe do rezerwatu 20 reałów. Kierowca samochodu płaci i jedzie szczęśliwy. Za chwilę jednak, po ujechaniu dwóch kilometrów kolejny pobór opłat. Płaci i myśli, że to już wszystko. Jednak za kolejne dwa kilometry znów blokada na drodze i trzeba płacić po raz trzeci. Na tym zaś się nie kończyło. Jeśli jakiś Indianin miał ochotę na pobieranie danego dnia opłat, to sobie wychodził na drogę razem z rodziną, rzucał kilka drągów i kamieni, i czekał na przejeżdżający samochód. Sytuacja taka powtarzała się jeszcze dobrych kilka razy na długości 120 kilometrów. Nie ma więc co się dziwić, że mieszkańcy Humaita odkąd tylko pamiętają, zawsze żyli z Indianami w konflikcie. Jedni i drudzy czują się pokrzywdzeni, wykorzystywani i oszukani. Wśród ludności nie indiańskiej jest jeszcze jeden powód do nerwów. Rząd opiekuje się Indianami poprzez powołane w tym celu liczne instytucje. Jednak są one zawsze otoczone wieloma tajemniczymi historiami, powiązaniami i działaniami, które kojarzone są z marnotrawstwem na wielką skalę publicznych pieniędzy i korupcją. Indianie zaś uważają, że te instytucje w żaden sposób im nie pomagają, ciągle się na nie skarżą i demonstrują swoje niezadowolenie. Jedni widzą drugich jako uprzywilejowanych a siebie jako pokrzywdzonych.

W kulminacji tych napięć doszło w połowie grudnia minionego roku. Wtedy to jeden z kacyków Tenharim jechał sobie motorem wspomnianą już drogą BR 230. Był pijany. Według policji w pewnym momencie, z powodu alkoholu, nierówności na drodze i znacznej prędkości, stracił kontrolę nad motorem i wywrócił się. Upadł tak nieszczęśliwie, że się zabił. Kiedy wieść o tym dotarła do indiańskiej wioski, to głosiła już ona, że Indianin został zabity przez czarny samochód. Indianie więc wyszli na drogę i zatrzymali przejeżdżający akurat pierwszy czarny samochód. Jechało nim trzech mężczyzn. Jeden był przedstawicielem handlowym jakiejś tam firmy, drugi nauczycielem pracującym w jednej z pobliskich wioseczek i trzeci pracownikiem Eletrobrasu, firmy zakładającej sieć elektryczną. Wszyscy, wraz z samochodem, zniknęli. Nikt z Indian oczywiście nigdy ich nie widział. Oficjalnie zostali uznani za zaginionych. Ich zniknięcie spowodowało wybuch konfliktu na wielką skalę. Ludzie z Humaita i okolic zaatakowali najpierw tych Indian, którzy na drodze pobierali opłaty. Potem indiańskie wioski i w końcu spalili siedzibę owych instytucji, które Indianami za ramienia rządu niby się opiekują. Musiało interweniować wojsko. To właśnie na terenie koszar Indianie Tenharim się schronili.  Znaleźli się w wyjątkowo trudnej sytuacji. Wielu było chorych i potrzebowali natychmiastowej pomocy lekarskiej.

W międzyczasie policja i wojsko zaczęło szukać zaginionych. Ostatecznie ich ciała, w stanie zaawansowanego rozkładu, znaleziono dopiero po prawie dwumiesięcznych poszukiwaniach. Setki żołnierzy przeczesywało dżunglę na terenie indiańskiego rezerwatu dzień i noc. W końcu odkryto prawdę. Zupełnie niewinni i niczego nieświadomi mężczyźni zginęli tamtego dnia, kiedy to ich samochód został zatrzymany na drodze przez wzburzonych Indian. O tym, co przecierpieli przed swoją śmiercią, nie mam siły napisać. O jednym zaś myślę ciągle: kto jest winny tego wszystkiego. Czemu nie potrafimy żyć tak, jak Bóg tego od nas wymaga? 

Odetinha

paderewskigrzegorz

W Manaus na jednym z cmentarzy znajduje się grób niejakiej Etelwiny. Ludzie mówią o niej święta Etelwina. Nie jest to jednak jeszcze osoba kanonizowana, choć ma wiele wspólnego z religijnością. Może nie zawsze tą najpoprawniejszą, ale zawsze. Etelwina to pewna dziewczyna z Manaus, która została zgwałcona i zamordowana przez jakichś tam bandytów. Ponieważ wcześniej znana była jej dobroć, zaangażowanie w pomoc innym oraz miłość do każdego człowieka, została pożegnana przez niezliczone tłumy. Potem jej grób często był odwiedzany, zwłaszcza przez młodzież. Pewnego dnia po mieście rozeszła się wieść, że ktoś tam, kiedy pomodlił się przy grobie Etelwiny, został uzdrowiony. Zaraz też ktoś tam inny zaczął opowiadać o jakimś innym cudzie. Dziś już nikt niczemu się nie dziwi, cudów jest mnóstwo, ludzie tłumnie odwiedzają grób Etelwiny i obierają ją za swoją patronkę. Jedna z największych dzielnic w nowszej części miasta nosi imię Santa Etelwina. Ludzie co chwila chcąc wznosić kaplice z jej imieniem. Trudno jest wtedy tłumaczyć wiernym, że należy jeszcze z tymi wezwaniami poczekać. Okazuje się, że wiara ludu jest bardzo niecierpliwa.

Podobnie, choć tam jest to o wiele bardziej zaawansowane, dzieje się w Rio de Janeiro. Tam też na jednym z cmentarzy znajduje się grób małej dziewczynki o imieniu Odetinha, który jest codziennie odwiedzany przez tłumy. Historia tej Odetinhi jest ogromnie ciekawa.

Dom Orani Joao Tempesta, otwierając proces Odetinhi powiedział: „To nie my ją wybraliśmy, chociaż umarła w opinii świętości. To Lud Boży woła i prosi archidiecezję o wszczęcie procesu beatyfikacyjnego.”

Odette Vidal de Oliveira, tak bowiem nazywała się nasza kandydatka na ołtarze, urodziła się w 1930 roku w Rio de Janeiro. Jej ojciec umarł na gruźlicę tuż przed jej narodzeniem. Jej matka, Alice Vidal, ponownie wyszła za mąż za pewnego Portugalczyka, Francisco Oliveira.

Kiedy miała dziewięć lat doszło do bardzo dziwnego zdarzenia. Pewnego dnia Odetinha poszła jak zawsze do szkoły, jednak na koniec dnia żegnała się ze wszystkimi tak, jakby już miała swojej pani nauczycielki, koleżanek i kolegów nigdy nie zobaczyć. Kiedy ktoś ją zapytał po co to pożegnanie, ona odpowiedziała, że już nigdy nie wróci do szkoły, bo umrze. Następnego dnia już nie wstała z łóżka. Miała wysoką gorączkę z powodu poważnej infekcji żołądkowej, co wówczas było zawsze dosyć niebezpieczne, zwłaszcza u dzieci. Po kilku dniach doszło do tego zapalenie opon mózgowo – rdzeniowych. Stan dziecka stał się bardzo ciężki. W strasznych cierpieniach skonała po 49 dniach choroby, 25 listopada 1939 roku.

Odetinha od czwartego roku życia zaskakiwała wszystkich swoją wiarą. To, co sobą reprezentowała było nieprawdopodobne u tak małego dziecka. Była jakby dorosłą osobą w ciele maleńkiej dziewczynki. Codziennie chciała chodzić na Mszę Świętą. Najwyraźniej ją rozumiała i bardzo głęboko przeżywała. Adorowała Jezusa Eucharystycznego. Życia nie wyobrażała sobie bez różańca. Kiedy podrosła, razem z rodzicami pomagała w sierocińcu dla dziewcząt. Było to jej ulubione zajęcie. Zawsze była pełna miłości do potrzebujących. Do dzisiaj, założony przez jej rodziców sierociniec, nazywany Domem Świętego Józefa, funkcjonuje dając schronienie dziewczętom potrzebującym pomocy.

Odetinha słynie z cudów, jakie dzieją się za jej przyczyną. Pierwszą uzdrowioną była jej własna matka. Miała ona wypadek i z powodu powikłań i gangreny groziła jej amputacja nogi. Kiedy modliła się wspominając swoją zmarłą córkę, została nagle uzdrowiona. Potem już posypały się kolejne niezwykłe uzdrowienia. Jednak podobno najwięcej cudów dokonuje się w sferze duchowej. Odetinha najwyraźniej kontynuuje opiekując się zagubioną młodzieżą. Kiedy jakaś matka modli się przy jej grobie o nawrócenie dla swojej błądzącej córki, to po jakimś czasie widzi ją powracającą do Boga i Kościoła.

Zdecydowanie, taka święta będzie szybko bardzo popularna na całym świecie!

Zelia i Jeronimo

paderewskigrzegorz

Brazylia jest krajem który bardzo cierpi z powodu rozbitych rodzin. Jest tego cierpienia tak wiele, że dla nas duszpasterzy stał się to główny problem i niestety, jak na razie, nie mamy za wiele sukcesów  w jego rozwiązywaniu. Świat uparł się, aby zniszczyć rodzinę. Brazylia poddaje się temu bez większego oporu. Gazety, telewizja, filmy, nowele, zespoły muzyczne, samba i karnawał, wszelkiego rodzaju festiwale propagują niewierność i wyuzdanie. Proces ten trwa już od wielu pokoleń. To, co powinno budzić wstyd, staje się powodem do chluby. Cnoty zaś uznane zostały za coś wstydliwego. Stąd nie ma co się dziwić, że normalne małżeństwo i zwyczajna rodzina jest tu rzadkością. W naszej parafii nie mamy zbyt wiele takich małżeństw. Stąd dosyć trudno znaleźć jest osoby do niektórych posług, jak na przykład do służby jako szafarz nadzwyczajny Słowa Bożego czy Komunii Świętej.

Z wielką więc radością czytałem ostatnio o rozpoczętym procesie beatyfikacyjnym pewnego małżeństwa brazylijskiego. Bez wątpienia ich wstawiennictwo i przykład bardzo nam się przysłuży w duszpasterskiej pracy nad małżeństwami i rodzinami. To małżeństwo to Zelia i Jeronimo. Mieszkali oni w Tijuca, dziś dzielnica Rio de Janeiro. W święto św. Sebastiana, u kapucynów na Tijuca w Rio uroczyście zostały przedstawione relikwie małżonków. Zgromadzone w kościele tłumy cariocas (mieszkańców Rio de Janeiro) czekały cierpliwie na odsłonięcie urn. Ponieważ są one szklane, więc doskonale widać ich zawartość. Co więcej, jest ona w swoisty sposób fachowo posegregowana w najróżniejszych przegródkach. Kiedy urny zostały odsłonięte, ludzie długo trwali w milczeniu, potem zaś wielu płakało i wszyscy modlili się głośnymi szeptami, czasami nawet już normalnie, głośno, w swoich najróżniejszych intencjach. Były też oklaski, bo ich nigdy nie może zabraknąć. Dom Orani Tempesta, świeżo mianowany kardynał, podpisał akt rozpoczynający proces beatyfikacyjny, włożył go do jednej z urn. Urny zaraz potem zostały zapieczętowane. Dopiero otworzy się je po beatyfikacji, jeśli ona pomyślnie przebiegnie. Po Mszy Świętej, w radosnym pochodzie, relikwie zostały przeniesione do kościoła Najświętszej Marii Panny Niepokalanie Poczętej. Tam teraz można je oglądać i w ich obecności się modlić.

Jak zawsze w takich przypadkach, musimy zapoznać się nieco z historią. Zelia Pedreira Abreu Magalhaes, tak bowiem nazywała się nasza przyszła błogosławiona, urodziła się w 1857 roku w Niteroi. Zmarła w 1919. Jej mąż zaś, Jeronimo de Castro Abreu Magalhaes, przyszedł na świat w 1851 w Mage i zmarł w 1909. Związek małżeński zawarli 27 lutego 1876 roku. W ich zwykłym życiu wszystko, jak na tamtą epokę, było niezwykłe. Byli bardzo bogatymi ludźmi, świetnie wykształconymi, pochodzącymi z wpływowych rodzin, właścicielami wielkiej fazendy kawowej. Żyli zaś bardzo skromnie, zdawali się być zwykłymi, prostymi ludźmi. Pracujący u nich niewolnicy zawsze traktowani byli z szacunkiem. Płacono im pensje, ich dzieci miały szkołę, całe zaś rodziny opiekę lekarską opłacaną przez rodzinę Abreu Magalhaes. Kiedy zniesiono oficjalnie niewolnictwo, zdolne dzieci były promowane i otrzymywały pomoc, aby mogły dalej kształcić się w Rio de Janeiro. Zarówno swoim dzieciom, jak i wszystkim pozostałym mieszkającym na fazendzie, Zelia i Jeronimo chcieli podarować zwłaszcza jeden Prezent o niezwykłej wartości. Była nim Eucharystia. Robili to w różnoraki sposób. Najpierw poprzez katechezę. Mieli też na swojej fazendzie, co w sumie było zupełnie normalne, kaplicę i codziennie kapłan odprawiał dla wszystkich Mszę Świętą. Najważniejszy w tym wszystkich był przykład. Zelia i Jeronimo w ciągu dnia zawsze kilkakrotnie przerywali swoje zajęcia i udawali się do kaplicy na adorację Najświętszego Sakramentu. Z czasem każdy wiedział, że właśnie tam, przed tabernakulum, Zelia i Jeronimo czerpali siły i dary Boże do świętego życia. Mieli w tym wielu naśladowców, a zwłaszcza swoje dzieci. Mieli ich trzynaścioro. Z tej trzynastki czworo zmarło, zaś dziewięcioro zostało księżmi, zakonnikami lub siostrami zakonnymi. Także i Zelia, kiedy owdowiała, również wstąpiła do zgromadzenia Najświętszego Serca Pana Jezusa.

W październiku w Rzymie odbędzie się synod poświęcony rodzinie. Brazylijczycy będą chcieli wówczas przedstawić Zelię i Jeronimo całemu światu i dać ich jako przykład do naśladowania. Bez wątpienia wspaniały to wzór. Oby tylko wielu zechciało dostrzec go i realizować w swoim życiu. Święta rodzina, mimo wrogiego jej świata, nadal jest możliwa. Co więcej, jest tak naprawdę jedyną drogą do naprawienia tego świata. 

Dom Orani Tempesta

paderewskigrzegorz

Manaus, 13. 01. 2014

Dom Orani Tempesta

Wczoraj Brazylia dowiedziała się, że arcybiskup Rio de Janeiro, Dom Orani Joao Tempesta został mianowany kardynałem. Oczywiście wszyscy katolicy przyjęli tę wiadomość z wielką radością i chyba też ulgą, bo od bardzo dawna, już od 2009 roku, kiedy Dom Orani objął archidiecezję Rio de Janeiro,  na tę nominację czekali. Stało się bowiem swoistą tradycją, że każdy arcybiskup stojący na czele tej diecezji był kardynałem. Pierwszym w historii Kościoła w Ameryce Południowej był też Brazylijczyk, też arcybiskup z Rio, Dom Joaquim Arcoverde de Albuquerque Cavalcante (1850 - 1930). Widzimy więc, że poczet kardynałów brazylijskich nie rozciąga się bardzo w czasie, choć jest dosyć znaczący, bo obecnie liczy on dwudziestu jeden hierarchów.

Dom Orani Joao Tempesta stał się powszechnie, w sensie międzynarodowym, znany poprzez swoje zaangażowanie w przygotowanie i realizację Światowych Dni Młodych. Okazał się bardzo młodzieżowym arcybiskupem, jak to się tu mówi „conectado”, czyli dostępnym o każdej porze dnia i nocy, zwłaszcza poprzez nowoczesne środki kontaktu. Jego profile na tweeterze i facebooku są ogromnie popularne. Dzięki temu ma nieustannie doskonały kontakt z wiernymi, a zwłaszcza z młodzieżą. Przyznam, że wzruszyły mnie jego słowa jakimi skomentował swój wybór. „Nic nie wiedziałem niczego się nie spodziewałem, jestem zaskoczony. Ojciec Święty nic mi wcześniej nie powiedział, nie ostrzegł mnie. To wielkie wzruszenie i wielka odpowiedzialność.”

Bardzo interesująca jest jego biografia. Urodził się w 1950 roku w Sao Jose do Rio Pardo, jak na warunki brazylijskie po dzień dzisiejszy jest to małe miasteczko, w stanie Sao Paulo. Jego bliscy wspominają, że od najwcześniejszych lat wykazywał wielką pobożność i był gorliwym ministrantem. W 1968 roku wstąpił do zakonu cystersów, czego jego rodzice, wspomina o tym jedna z jego sióstr, z początku nie pochwalali. W 1997 roku, kiedy był już opatem cystersów, został mianowany biskupem. W 2004 zaś arcybiskupem Belem, co w konkretny sposób wiąże go z Amazonią. Pięć lat później został arcybiskupem Rio de Janeiro. Kiedy żegnał się z Belem powiedział: „Jadę do Rio ale ze sobą zabieram Belem, cały stan Para, gorąc Belem i miłość tego ludu.”

Dom Orani Tempesta jest znany jako człowiek, które posiada wyjątkowe zdolności do godzenia zwaśnionych ze sobą ludzi. Podobno nie może się uspokoić, aż tego nie dokona. Jest także bardzo bezpośredni, szczery i prosty. Powszechnie znana jest jego miłość do najbardziej potrzebujących. Ma obyczaj „wpadania na chwilę” do różnych biedaków w fawelach Rio, aby porozmawiać, pomodlić  się z nimi i ich wysłuchać. W minioną niedzielę dom Orani odprawił trzy Msze Święte w różnych parafiach swojej archidiecezji. Po jednej  z nich wstąpił na swoje zwyczajowe odwiedziny do jednego z domów, który należy do rodziny Marli dos Santos Oliveira. Pani Marli utrzymuje się zamiatając ulice. Oczywiście było wielkie zaskoczenie i radość. Kiedy sobie tak rozmawiali, mama pani Marli, mająca dziś 80 lat, nagle powiedziała, że Dom Orani nie jest pierwszym arcybiskupem odwiedzającym jej rodzinę. W 1983 odwiedził ich z podobna wizytą Dom Helder Camara, legendarny arcybiskup Recife i Olindy. Po wszystkim pani Marli, komentując wizytę Dom Orani, powiedziała: „To było wzruszające, nie potrafię tego opowiedzieć, to najlepszą rzecz, jaka mogła mi się przydarzyć w moim życiu.”

Oczywiście wielu wielkich Brazylii od razu złożyło swoje gratulacje z okazji kardynalskiej nominacji. Pani prezydent Dilma mówiła o wielkiej radości. Prefekt Rio też wyrażał radość i podkreślił wyjątkowy wkład Dom Orani w przemiany, jakie są realizowane w mieście. Dziękował za poparcie, rady i krytykę tego, co było niewłaściwe. „Chociaż nie jestem katolikiem – powiedział – to głęboko szanuję i podziwiam Dom Orani.” Wyraził tez wdzięczność Ojcu Świętemu za tę nominację.

Ojciec Święty Franciszek wystosował list do kardynałów nominatów. Między innymi napisał w nim tak: „Kardynalat nie oznacza awansu, ani zaszczytu, ani odznaczenia. Jest to po prostu służba, wymagająca poszerzenia spojrzenia i powiększenia serca.” Jestem przekonany, że Dom Orani Tempesta tak właśnie kardynalat rozumie i w pełni sprosta temu zadaniu.

 

Glorioso de Natal

paderewskigrzegorz

Boże Narodzenie wszędzie jest obchodzone jako święto ogromnie ważne z najróżniejszymi zwyczajami, tradycjami i atrakcjami. W Manaus też oczywiście tak się dzieje. Jedną ze świątecznych atrakcji, która w tym roku osiągnęła rozmiary gigantyczne, jest tak zwany Glorioso, czyli koncert bożonarodzeniowy organizowany przez prefekturę w centrum miasta, na Largo de Sao Sebastiao. Chodzi o plac przed słynna operą amazońską. Co roku staje się on miejscem wielkiego widowiska, które tym razem pobiło wszelkie rekordy. Widzów było ponad sto tysięcy. Oczywiście sam plac nie pomieściłby tylu ludzi, więc sceny pobudowano wokół teatru, rozstawiono wielkie ekrany, stąd z najróżniejszych stron można było oglądać to widowisko. Co ono przedstawiało? Tematem głównym było oczywiście Boże Narodzenie. Jednak generalnie to pomieszano wszystko ze wszystkim. Chóry, piosenkarze, aktorzy, politycy, dzieci i dorośli, czasy i epoki, kultury, Ewangelia i baśnie. Taki dosyć przesadzony eklektyzm.

Całość została uroczyście otwarta przez naszego księdza arcybiskupa, dom Sergio Castriani. Jego przesłanie na Boże Narodzenie obejmowało ogłoszenie narodzenia Jezusa Chrystusa, naszego Zbawiciela, naszego odnowienia i odzyskanej nadziei, sprawiedliwości, pokoju, pobożności i równowagi.

Historia opowiadana przez Glorioso jest mniej więcej taka. Grupa młodych ludzi i dzieci nagle zostaje przeniesiona w tajemniczą krainę gdzie spełnia się marzenia. Pojawia się tam teatralny strażnik, który opowiada o narodzeniu Pana Jezusa cytując fragmenty Ewangelii wg. św. Łukasza i św. Mateusza.  Potem każdy z uczestników opowiada o swoich marzeniach związanych z Bożym Narodzeniem. Oczywiście są one bardzo „nowoczesne”, czyli utrzymane w duchu naszej epoki zdominowanej przez konsumpcję. Jeden chce ipod’a, inny wakacje w hotel na selva, hotelu w lesie. W Amazonii są takie hotele, które oferują bogatym turystom wszelkie atrakcje w warunkach luksusowych. Natomiast najmłodsza z grupy, ku powszechnemu zaskoczeniu, nie chce niczego materialnego, lecz prosi o wiarę.

Ciekawa jest owa postać teatralnego strażnika. Chodzi tu o Jorge de Brito Inglês Bonates. Ten człowiek, w czasach totalnego porzucenia teatru, opiekował się budynkiem, robiąc możliwe i niemożliwe, aby ten zabytek ocalał.

Całość przeplatana była śpiewami, występami chórów z różnych szkół, tańcami, ubarwiona kolorowymi światłami i pokazem sztucznych ogni. Podobno występowali jacyś bardzo słynni aktorzy, muzycy i piosenkarze, ale ja niezbyt się na tym znam, więc niestety, nie doceniłem tego.

Imponujące są liczby i pewne techniczne rozwiązania. Artystów było prawie pięć tysięcy. Sceny, których było kilka, umieszczonych wokół teatru amazońskiego, miały łącznie 3 tysiące metrów kwadratowych. Było 26 wielkich ekranów zainstalowanych w najróżniejszych miejscach, aby każdy mógł zobaczyć to, co działo się na innej scenie. Zatroszczono się o niepełnosprawnych. Nie tylko dla osób na wózkach przygotowano specjalny sektor z wszelkimi możliwymi ułatwieniami. Dla głuchoniemych wszystko było tłumaczone na język migowy. Natomiast dla niewidomych przygotowano słuchawki, przez które słuchali opowiedzianego Glorioso z najróżniejszymi detalami. Nad bezpieczeństwem czuwało 700 strażników. Kabli, żarówek, ton dekoracji to pewnie nikt nie policzył. Najciekawsze zaś jest to, że wszyscy pracowali przy organizacji i realizacji tego koncertu za darmo. To miłe, że ciągle znajdują się jeszcze ludzie, którzy rozumieją, że ofiarując siebie i swoje talenty innym, osiąga się najwięcej. 

Adwent w Amazonii

paderewskigrzegorz

Manaus, 2. 12. 2013.

Adwent w Amazonii ma oczywiście wydźwięk bardzo różny od polskiego. Wprawdzie liturgicznie jest taki sam, ale ze względu na warunki klimatyczne zawsze wydaje mi się jakiś inny. Tę inność czuję także w stosunku do Świąt Bożego Narodzenia. Oczywiście tak naprawdę nie ma to najmniejszego znaczenia.

Niestety, nie ma tu rorat. Nie mniej jakieś czekanie i przygotowywanie się z Maryją na przyjście Jezusa istnieje, bo w Brazylii całej, a w szczególności w Amazonas, celebruje się wyjątkowo uroczyście Niepokalane Poczęcie Najświętszej Marii Panny. Jest to święto patronalne naszej diecezji, miasta i stanu, więc jego ranga jest znaczna. A ponieważ tutaj wszelkie odpusty poprzedzone są nowennami, a te wielkie to nawet mają przygotowania jedenasto- albo nawet trzynastodniowe, wiec nabiera to wszystko bardzo sympatycznego wymiaru. Jest wielodniowa modlitwa, formacja, okazja do przystąpienia do sakramentów, itd. Jest więc przechodzenie od nocy do światła, od grzechu do łaski.

Potem jest jeszcze organizowana nowenna bożonarodzeniowa – Novena do Natal. Ma ona charakter ściśle ewangelizacyjny i jest realizowana po domach. Cała parafia, wszelkie jej duszpasterstwa i wspólnoty, po prostu wszyscy w jakikolwiek sposób zaangażowani w prace duszpasterską w czasie tej nowenny dzielą się na małe grupki i rozchodzą się po całej parafii w ciągu ośmiu kolejny dni odwiedzając w ten sposób wielką liczbę rodzin. Z zasady powinny być odwiedzeni zwłaszcza co katolicy, którzy słabo albo wręcz wcale nie uczestniczą w życiu parafii. Schemat takiej nowenny jest bardzo prosty, obejmuje czytanie fragmentu Pisma Świętego, oczywiście nawiązującego do tajemnicy adwentowej, rozważanie i dzielenie się Słowem Bożym, a kończy się wszystko modlitwą za rodzinę. Przy okazji nasi agenci duszpasterscy robią swoisty wywiad w dziedzinie potrzeb duchowy czy też materialnych odwiedzanej rodziny. Otrzymuje ona zaproszenie do kościoła, jest informowana o tym, co w parafii robimy, rozmawia się o katechizacji dzieci i sytuacji sakramentalnej poszczególnych osób. Jeśli jest taka potrzeba to rodzina otrzyma pomoc materialną. Ostatni dzień nowenny bożonarodzeniowej, czyli wieczór 23 grudnia, to celebracja w kościele, na którą schodzą się wszystkie ekipy i zaproszeni ludzie z odwiedzanych podczas nowenny rodzin. Po modlitwie zawsze mamy skromną agapę i dużo radości.  Bywa, chociaż nie są to zadowalające mnie liczby, że zawsze kilka osób oddalonych od Kościoła dzięki tej nowennie powraca. Może takich powrotów byłoby dużo więcej, ale trudno jest dostać się do wielu rodzin. Mamy w tym wiele przeszkód. Na przykład ludzie chyba się boją otworzyć drzwi przed taka gromadką, która chce się wraz z rodziną pomodlić. Często bywa tak, że matka rodziny zaprasza, a ojciec i dzieci nagle mają coś strasznie pilnego do zrobienia (chociaż normalnie nic w tym czasie nigdy nie robią poza gapieniem się w telewizor) i muszą wyjść. Wielu ludzi też pracuje do późna, zwłaszcza w tym przedświątecznym czasie. Nie mniej nie zrażamy się niepowodzeniami lub też niewielkimi owocami i dzielnie co roku nasze nowennowe chodzenie po domach powtarzamy.

Zamiast pasterek mamy Missa do galo, czyli Msze koguta. Już wiele razy o tym pisałem. Ten kogut to oczywiście tylko w nazwie i ma oznaczać mszę odprawianą późno w nocy, a więc ma to z naszą pasterką bardzo wiele wspólnego. Nie mamy tutaj śpiewanych kolęd. Jedynie ciągle śpiewa się „Cichą noc.” Po Misa do galo oczywiście ma miejsce kolacja bożonarodzeniowa, Ceia do Natal, która jest różna w zależności od możliwości materialnej i duchowej rodziny. Potrawy są przyrządzane z indyka, kurczaka, dorsza, jest też oczywiście wiele potraw typowo regionalnych, np. przygotowanych z pirarucu czy manioku. Oczywiście rodziny biedne raczej mają małe szanse na indyki i udźce świńskie, nie mniej zawsze coś tam mają przygotowane.  

Tegoroczna nowenna bożonarodzeniowa ma jako główny temat: Chrystus, nasza Nadzieja. To piękne i ogromnie ważne słowa, prawda i wydarzenie. Dziś świat gubi się w najróżniejszych atrapach wolności i przede wszystkim traci nadzieję. A Kościół Katolicki ma dla ludzi, jak zawsze, ofertę bardzo konkretną. Jest nią Chrystus, nasza Nadzieja, Nadzieja ludzkości, Nadzieja dla całego świata.

Kościół w Amazonii i jego problemy.

paderewskigrzegorz

Spotkanie i obrady amazońskich biskupów dobiegły końca i podsumowane zostały dokumentem, który można potraktować jako deklaracje misyjną albo też ewangelizacyjne ślubowanie. Oczywiście, zaraz na wstępie przypomniane zostało słynne powiedzenie papieża Pawła VI: „Chrystus wskazuje na Amazonię!” Tym właśnie zdaniem papież zdołał porwać niezliczoną rzeszę misjonarzy z najróżniejszych zakątków świata, którzy porzucając wszystko przybyli do północnej Brazylii. Potem podkreślono, że Kościół Katolicki wkrótce będzie obchodził 400 lecie obecności  ewangelizacyjnej  w Amazonii. Oznacza to niezliczoną rzeszę misjonarzy, księży, sióstr zakonnych i świeckich, którzy swoje życia poświęcili głosząc tutaj Ewangelię. Oczywiście za promocją duchową, religijną szedł zawsze wielki wysiłek jeśli chodzi o rozwój materialny i intelektualny całych pokoleń Amazończyków. Nie wiem jak wyglądałaby dziś Amazonia bez Kościoła Katolickiego, który w najróżniejszych miasteczkach zagubionych w tropikalnym lesie budował nie tylko kaplice i tworzył wspólnoty parafialne i diecezjalne, ale także szkoły wszelakiego rodzaju, szpitale, sierocińce, osiedla dla ludu, o portach, studniach głębinowych i najróżniejszych zakładach, które dawały zatrudnienie i chleb ludziom nie wspominając. Szkoda, że dziś się już prawie o tym nie pamięta i nie okazuje się Bogu wdzięczności za to niezwykłe dzieło. Co więcej, coraz częściej szkaluje się Kościół Katolicki, jakby chcąc celowo to całe przeogromne dobro wymazać z kart historii. Wielkim szacunkiem otacza się tutaj papieża Franciszka, który będąc w tym roku w Rio de Janeiro podkreślił ten wielki wkład misjonarzy w rozwój Amazonii.  Wyraził on też swoją pewność, że ta obecność Kościoła Katolickiego, mimo najróżniejszych znaków bardzo niepokojących, będzie też miała wielki wpływ na przyszłość Amazończyków. Jezus jest w Amazonii, aby byś z tutejszym ludem. On stał się Amazończykiem i w ten sposób Kościół Katolicki jest jak najbardziej amazoński. Przyszłość Amazonii musi byś katolicka!

Jakie przyrzeczenia złożyli księża biskupi? Że tożsamość Kościoła będzie się zawsze wyrażała w postawie świadka wiary, sługi, ucznia i misjonarza, który jest otwarty na dialog, obrońcą życia, bratem stworzenia, obecny wśród najbardziej prostego ludu.

Co interesujące, księża biskupi tym razem wyrazili wręcz swój nieogarnięty ból z powodu wykluczenia bardzo wielu wspólnot z Eucharystii. Może ktoś z czytelników zdziwi się, że tak to ujmuję. Jednak do tej pory najważniejsza zdawała się praca socjalna. Jak można głosić Ewangelię głodnemu, skrzywdzonemu, wykorzystanemu, czasami wręcz niewolnikowi. Trzeba było najpierw mu pomóc. Rzeczywistość jednak dała Kościołowi Katolickiemu surową lekcje. Biedacy najedli się i napili ale do Kościoła nie przyszli. Polecieli do sekt i tam są wykorzystywani i wydaje się im nawet, że są szczęśliwi. Uświadomieni co do swoich praw, zamiast okazać wdzięczność Kościołowi Katolickiemu, od niego się odwrócili. Szkoda, bo naprawdę bardzo wielu misjonarzy katolickich oddało za to życie.

 Ów ból z powodu głodu eucharystycznego to głośne wołanie o misjonarzy kapłanów. Bardzo powszechnym jest bowiem, że ogromna ilość wspólnot katolickich, to może być wręcz liczba idąca w tysiące (około 70% wspólnot katolickich istniejących w Amazonii),  nie ma prawie w ogóle celebracji eucharystycznej. Co najwyżej raz czy dwa razy w roku. Podkreślono, że żadna wspólnota wiary nie ma warunków do rozwijania się jeśli nie ma ona Eucharystii, która jest źródłem wspólnotowego ducha i mocy do życia po bożemu. Przerażający brak kapłanów na szczęście jest jakoś tam leczony wyjątkowym zaangażowaniem świeckich. Ich piękna postawa, oddanie i poświęcenie, chociaż często sami mają naprawdę bardzo dużo pracy, jest wyjątkowo budująca. Da się odczuć, że są to ludzie Chrystusa, gotowi na wszystko.

 

 

Wracam do Manaus..

paderewskigrzegorz

Wracam do Manaus, a tu się wielkie rzeczy dzieją! Na przykład natrafiam na pierwszy w historii Kongres Kościoła Katolickiego z Amazonia Legal.  Chodzi o spotkanie księży biskupów z terytorium tak zwanej Amazonii administracyjnej lub też prawnej. Tak właśnie pozwalam sobie przetłumaczyć zwrot Amazonia Legal, który jest stosowany na oznaczenie tych wszystkich terytoriów, gdzie spotkać można las amazoński i cokolwiek z nim mogłoby być związane. W praktyce oznacza to, że Amazonia Legal jest sporo większa od geograficznej, bo pierwsza leży na obszarze dziewięciu stanów brazylijskich, a druga tylko na sześciu, które powszechnie uważa się za amazońskie (Amazonas, Roraima, Rondônia, Acre, Pará e Amapá).

Jakie to ma znaczenie? To pewnie najlepiej wyjaśniłyby liczby. Może na początku same zachwyty. Na przykład Amazonia Legal to lekko ponad dwa miliony kilometrów kwadratowych, co daje 61% całej Brazylii. Dżungla amazońska to 1/3 wszystkich lasów deszczowych na świecie. Na terytorium Amazonia Legal mamy 1/5 światowych zasobów wody pitnej. O zwierzakach i roślinach już nie będę wspominał, bo oczywiście wszystkiego mamy tu najwięcej i tylko w Amazonii wiele z tego bożego stworzenia można napotkać.

Są też inne liczby, które już na pewno nie zachwycają. Napawają zaś wielką troską, niepokojem, może nawet wręcz przerażeniem. A są one związane z krzywdą ludzką i degradacją środowiska naturalnego. Stąd na spotkaniu amazońscy księża biskupi debatowali na wiele tematów, a zwłaszcza poruszane były następujące zagadnienia: handel ludźmi i praca niewolnicza, eksterminacja Indian połączona z zajmowaniem ich terenów, drastycznie zmniejszająca się liczba katolików w Amazonii, nieprzemyślane rządowe inwestycje niszczące Amazonię. O handlu narkotykami, bezrobociu, przestępczości, deprawacji młodzieży i dzieci, rozbitych rodzinach, korupcji i bezprawiu wspominać już nie muszę. Mając to wszystko na uwadze nie możemy być zdumieni, że Kościół Katolicki po raz kolejny podejmuje próbę zaradzenia temu najróżniejszemu złu.

            Przyznam, że to spotkanie amazońskiego kościoła było bardzo wzruszające. Ma się wrażenie, że przed księżmi biskupami, którzy reprezentowali wszystkie diecezje i prałatury Amazonia Legal stawali po kolei różni ludzie i, jak dobremu ojcu, opowiadali o swoich krzywdach. Pierwszy pojawił się Jacir Makuxi, Indianin z terytorium Raposa Serra do Sol. Wręczył on księżom biskupom list, w którym przedstawił sytuację swojego ludu opisując przy tym to wszystko, co wyczynia z nimi rząd brazylijski. „Walczyliśmy, cierpieliśmy i byliśmy mordowani – napisał Jacir Makuxi – w czasach podbojów naszej ziemi i zostaliśmy naznaczeni na zawsze bliznami przemocy wobec nas przez kolonizatorów. Znów walczy się przeciwko Indianom. Już wielu zostało zamordowanych. Państwo ludem indiańskim się nie interesuje.” Potem padły słowa pełne beznadziei o tym, że w Brazylii, która ponoć jest państwem dla wszystkich, nie ma miejsca dla Indian. Ich ziemie są zabierane, bo rząd uległ dyktaturze ekonomii i dąży do zysku za wszelką cenę, nawet za cenę życia setek tysięcy ludzi, którym odmawia się prawa do wszystkiego. Wraz z Indianami ginie ich kultura, obyczaje, wierzenia. Chociaż oni są oryginalnymi panami tej ziemi, to odmawia się im prawa do istnienia.



Na koniec indiański lider zwrócił się do księży biskupów o poparcie w senacie w sprawie opracowania i uchwalenia statutu ludów indiańskich, gwarancję nienaruszalności i tak już okrojonych do niewielkich skrawków ich terytoriów, osądzenie morderców Indian, zapewnienie Indianom edukacji, opieki zdrowotnej i bezpieczeństwa.

Prawdę powiedziawszy, to trudno uwierzyć, że takie rzeczy dzieją się jeszcze w naszych czasach. Znów też okazuje się, że tylko Kościół Katolicki stara się na te dramaty reagować i pomagać prześladowanym. O pozostałych problemach postaram się napisać w kolejnym liście.

 

Rio 2013 - Cracovia 2016

paderewskigrzegorz

Następne Światowe Dni Młodych odbędą się w Krakowie w roku 2016. Właściwie mówiło się o tym od dawna i prawie byliśmy pewni, że taka właśnie będzie decyzja Ojca Świętego. Piszę „prawie”, bo tuż przed sobotnią Wigilią zaczęła krążyć wieść, że papież Franciszek chciałby, aby następne JMJ odbyło się w Afryce. Podobno nawet mówił konkretnie o Republice Południowej Afryki. Jednak wiadomość ta okazała się zwykłą plotką i w niedziele, na Mszy Świętej kończącej spotkanie usłyszeliśmy słowa wszystkim już znane: „Mamy już umówione spotkanie! Następne Światowe Dni Młodych odbędą się w Krakowie!” Wszyscy bardzo się cieszyli z tego wyboru, nie tylko Polacy. Jednak pielgrzymi polscy wyrażali tę radość wyjątkowo dynamicznie, skacząc, śpiewając i wykrzykując z radości. Po zakończeniu Mszy furorę robili ci, którzy ubrani byli w koszuli z godłem i polskimi barwami, z flagami, bo cały świat chciał robić sobie z nimi zdjęcia. Nawet byli tacy, którzy chcieli wymieniać się koszulkami, ale akurat to nie spodobało się Polakom. 

Wiele osób już mnie pyta, czy Polska poradzi sobie w urządzeniu spotkania. Co do tego nie mam najmniejszej wątpliwości. Mamy w tym praktykę, chociażby w organizowaniu papieskich pielgrzymek, Lednicy czy też spotkań Taize. Chociaż może być dużo więcej ludzi, ale doświadczenie mamy większe.

Brazylijczycy mieli pewne kłopoty, co powodowało małe i większe problemy, ale nie wszystko było możliwe do przewidzenia. Na przykład na spotkanie w Rio zapisało się oficjalnie, co też oznacza, że zapłaciło za nie, niewiele ponad 400 tysięcy osób. A w finale było prawie cztery miliony. Wyobraźmy sobie wynikające z tego faktu trudności. Z jednej strony jak organizatorzy mogli, oczywiście w przybliżeniu, oszacować liczbę uczestników, aby odpowiednio się na ich przyjęcie przygotować, a potem ich obsługiwać. A z drugiej strony pozostaje kwestia finansowa. Wpływy z opłat uczestników oficjalnie zgłoszonych nie mogły przecież wystarczyć dla czterech milionów. Istnieje ogromna różnica w zapewnieniu miejsca, toalet, nagłośnienia, telebimów i innych rzeczy używanych przy takich okazjach dla 400 tysięcy i dla 4 milionów. Oczywiście organizatorzy spodziewali się większej liczby uczestników, ale pewnie nie liczyli, że aż tak dużo ludzi przyjedzie spontanicznie. Stąd dzisiaj Archidiecezja w Rio jest w poważnych tarapatach finansowych. Nieustannie dostaję od organizatorów JMJ rozpaczliwe listy z prośbą zorganizowanie jakichś zbiórek na pokrycie długów.

Głównie za tę sytuację odpowiedzialna jest pogoda. Czemu? Historia z tym jest nieco skomplikowana. Spotkanie miało odbywać się, w swojej pierwszej części, od wtorku do piątku, na Copacabana. Jednak na sobotę i niedzielę miało być przeniesione w inne miejsce. Dla mieszkańców Rio jest nie do wyobrażenia, że w weekend mogliby być pozbawieni swobodnego dostępu do swojej słynnej plaży. Nawet koniec świata nie byłby wystarczającym ku temu powodem. Stąd prefekt Rio nie zgodził się na to, aby całe spotkanie odbyło się na Copacabana. Pozwolił zaś, aby Wigilia i niedzielna Msza Święta były zrealizowane na terenie nazywanym Guaratiba, znajdującym się nieco za miastem. Ten właśnie teren organizatorzy od kilkunastu miesięcy przygotowywali wielkim nakładem wysiłku i kosztów. Teren ten osuszono, tam zbudowano ołtarz i drogę. Pielgrzymi mieli odbyć, idąc z Rio do Guaratiby, trzynasto kilometrową pielgrzymkę. Guaratiba z niezliczoną ilością telebimów, nagłośnienia, zbiorników wody pitnej, punktów wydawania jedzenia itd. mogła przyjąć wielkie miliony. Tymczasem przez cztery dni i noce, od wtorku do piątku, padał rzęsisty deszcz, nie mówiąc już o niskiej temperaturze. Guaratiba zamieniła się w jezioro. W piątek wieczorem, po rozmowie z Papieżem, prefekt Rio podjął decyzję, że spotkanie będzie kontynuowanie na Copacabana. Stąd wynikły trudności w przyjęciu milionów uczestników na plaży.

Młodym raczej te trudności nie przeszkadzały. Atmosfera była wspaniała a nasza katolicka młodzież zachowywała się wspaniale. Radość, skupienie, modlitwa, zrozumienie i cierpliwość towarzyszyły nam bez przerwy. Mam tę pewność, że w Krakowie też tak będzie. Tym bardziej, że spotkanie zorganizujemy perfekcyjnie. 

Rio 2013 cd, cd

paderewskigrzegorz


Chciałbym jeszcze ten list poświęcić rozważaniom nad treściami wygłoszonych przez papieża Franciszka podczas najróżniejszych kazań i przemówień. Obiecuję, że nie będę więcej testował cierpliwości czytelników W Rodzinie. Uważam, że bardzo ciekawe były słowa Ojca Świętego wypowiedziane do Konferencji Biskupów Ameryki Łacińskiej, w których  przestrzegał przed ideologizacją psychologiczną. O co tu chodzi? Otóż w Brazylii, a pewnie to jest zjawisko dosyć powszechne w całej Ameryce Południowej, w kształtowaniu seminarzystów, nowicjuszy i nowicjuszek decydujący głos ma psycholog. Czasami nawet mam wrażenie, że wszystko od psychologa zależy. Jak bardzo jest to zawodne, to mogłem się o tym przekonać na przykładzie dwóch kandydatów do seminarium, którzy w pewnym momencie pojawili się w naszej parafii. Jednego z nich psycholog w rozmowie kwalifikacyjne uznał za tak wspaniałego, że natychmiast przyjęto go do seminarium. Niestety, wkrótce potem okazał się bardzo poważnym oszustem i musiał być wydalony. Drugiego zaś chłopaka odrzucił. Według niego nie miał on powołania, że chciał iść do seminarium, bo chciał tylko podnieść swój status społeczny. Dla tego człowieka decyzja ta była strasznym ciosem. Dziś dzielnie pracuje w piekarni i równocześnie studiuje zaocznie. Ja zaś obserwując go dochodzę do pewności, że tamten psycholog nie wiedział, co robi. Problem z ideologizacją psychologiczną jest moim zdaniem bardzo poważny. Jak bowiem jakiś psycholog, często z wątpliwymi kwalifikacjami i zupełnie nie związany z Kościołem, o znikomym życiu duchowym, może pomagać Kościołowi w rozeznawaniu powołania? Najzwyczajniej nie  rozumiem tego! Jestem więc bardzo wdzięczny papieżowi za te słowa. W Brazylii jakby zapomniano, że pierwszym i podstawowym zadaniem naszego życia jest spotkanie z Jezusem Chrystusem. Dlaczego człowiek słabszy nie miałby prawa do tego spotkania nie będąc prowadzony przez psychologa? Moim zdaniem jest to jedna z przyczyn, z powodu których w życiu kapłańskim czy konsekrowanym czasem coś się sypie. Jeśli bowiem nie będziemy trzymać się Chrystusa rękami, nogami, nie pomogą nam żadne terapie.

Kolejna  sprawa to żelazne tematy dziennikarskie i pytania o stosunek do homoseksualizmu i miejsca kobiet w Kościele. Dziennikarze zbyt pochopnie interpretują słowa papieża jako sensacyjne.  Przy takich okazjach wychodzi po raz kolejny, jak słabo, jeśli w ogóle, dziennikarze są przygotowani do zajmowania się tematami związanymi z naszym Kościołem. Na przykład nie sięgają do dokumentów Kościoła, by przekonać się, że w wypowiedziach naszego papieża Franciszka nie ma niczego sensacyjnego.

O problemie kobiet w Kościele mówił już Paweł VI, rozwinął tę sprawę Jan Paweł II, choć jego dokumenty już pewnie trafiły głównie na półki bibliotek. I nie chodzi tu tylko o kapłaństwo kobiet, co zdaje się dla dziennikarzy najważniejsze. Papież przypomniał, że ważne jest, by kobieta była postrzegana i szanowana w Kościele ze względu na to, kim jest i co wnosi w jego życie, że kobieta ma wiele do zaoferowania w duszpasterstwie.

Piękne były słowa papieża w których mówił, że „Rola kobiety w Kościele to nie tylko macierzyństwo, bycie mamą w rodzinie, ale jest dużo mocniejsza: to ikona Matki Bożej, Madonny, tej, która pomaga Kościołowi wzrastać! (...) Kościół ma także wymiar kobiecy: to Ecclesia, oblubienica, matka…”

Rio 2013 cd

paderewskigrzegorz

Hasło Światowych Dni Młodzieży: „Idźcie i nauczajcie wszystkie narody!” zdeterminowało spotkanie z Ojcem Świętym i narzuciło, jako główny, temat ewangelizacji. Słuchając papieża, który zachęcał nas do postawienia sobie pytania, czy my dzisiaj mamy odwagę niesienia Ewangelii, dyskutowałem potem z moją młodzieżą, wykorzystując na te rozmowy wszelkie kolejki i przejazdy środkami transportu miejskiego. O ile było to oczywiście możliwe, bo niekiedy śpiewy i tańce międzynarodowej braci katolickiej brały górę i dyskusje przekładaliśmy na później. Nie mniej dostrzegaliśmy, że tylko czasami przychodzi nam do głowy, że ewangelizacja powinna być naszym głównym zadaniem. Częściej, niestety, myślimy inaczej. Skoro są parafie, księża, instytucje religijne, to one powinny dbać o dynamiczne propagowanie Ewangelii. Jest niekiedy jeszcze gorzej. Czasem dajemy sobie nawet wmówić, że wyjście ku innym z przesłaniem o Chrystusie nie jest dziś politycznie poprawne, narusza dobra innych, ogranicza ich wolność itp., że wiarę należy zachować dla siebie, aby inni nie czuli się zagrożeni…

Tymczasem nasza postawa powinna być zupełnie inna! To od nas zależy skuteczność ewangelizacji! Każdy jest do niej wezwany. W tym kontekście słowa Papieża o tym, że mamy być uczniami i misjonarzami są bardzo wymowne. Wspaniałe jest to, że papież Franciszek mówi nam - idźcie do ludzi wierzących i niewierzących. Papież mówi - musicie być odważni. Mówi nam, że nasza wiara ma być żywa, życiodajna i ożywiająca, że musimy pozbyć się uczucia zmęczenia i nieufności wobec naszych własnych sił.

W tym miejscu dochodzimy do jednej z najbardziej intrygujących i interesujących mnie spraw czy problemów duszpasterskich. Według  papieża Franciszka, abyśmy byli odważni, aby nasza wiara była żywa, życiodajna, ożywiająca, pociągająca i inspirująca, musimy przejść przez nawrócenie pastoralne.

Jak papież o tym nawróceniu powiedział, to prawie zakrzyczałem coś tam dziarskiego z radości, bo od kilku już dobrych lat słyszę w Brazylii o owym „duszpasterskim nawróceniu”. Nikt jednak do tej pory nie zdołał mi za bardzo wyjaśnić na czym to wszystko miałoby polegać. Tymczasem papież mówi o nawróceniu duszpasterskim, które musi być głęboko zakorzenione w wierze w Jezusa Chrystusa, wierze w pomoc i przewodnictwo Ducha Świętego i proponuje konkretne pytania do głębokiego rachunku sumienia, bez którego to nawrócenie nie jest możliwe: co zrobić, aby praca księży była bardziej duszpasterstwem niż administrowaniem; jak przezwyciężać pokusę przerzucania odpowiedzialności na innych, na świat, na mentalność, zamiast ją kształtować naszymi działaniami i wyborami?

Dalej ważnym pozostaje pytanie o rolę świeckich i ich udział w życiu Kościoła. Nawrócenie duszpasterskie według papieża Franciszka to przede wszystkim postawy i reforma życia. Podstawą zaś jest tożsamość katolicka pojmowana jako przynależność kościelna. Są to bardzo ważne pytania, dla każdego z nas. Moja młodzież bardzo ładnie te papieskie myśli z poszczególnych homilii i katechez wyłapywała. Wprawdzie oni już bardzo silnie utożsamiają się z Kościołem, nie mniej takie papieskie nauczanie to dla nich potężna pomoc w ich rozwoju duchowym. Oby tylko to zaowocowało w gorliwej realizacji ewangelizacyjnego nakazu, który Chrystus pozostawił nam wszystkim: „Idźcie i nauczajcie wszystkie narody!”

 

Rio 2013

paderewskigrzegorz

Ostatnio było o wrażeniach, takich jeszcze prawie na gorąco, ze Światowych Dni Młodzieży w Rio. Minęło już kilka tygodni, ciągle jeszcze o JMJ rozmawiam. Stąd dziś chciałbym napisać bardziej o tym co papież Franciszek do nas podczas swojego pielgrzymowania po Brazylii i Spotkania Młodych powiedział. Jeszcze przed jego przyjazdem wiele się o tym mówiło i pisało. Byli tacy, którzy w tonie nakazu wyrażali treści które papież powiedzieć powinien. Nie mniej pewne rzeczy zdradzały, że papież Franciszek będzie nauczał nas zwłaszcza o ewangelizacji, misyjności, byciu uczniem Chrystusa itd. Te sygnały które zdradzały treści przemówień, homilii i katechez papieża związany były chociażby z tym, że Ojciec Święty miał swój znaczny udział w powstaniu bardzo ważnego dla kościołów Ameryki Łacińskiej Dokumentu z Aparecidy. Temat Światowych Dni Młodych też nie pozostawiał żadnych wątpliwości. Ewangelizacja, misje, świadectwo wiary i nadziei, radość z bycia katolikiem, obecność Kościoła w świecie, nasza odpowiedzialność za zbawienie innych, rola wspólnoty parafialnej, itd. Było bardzo wiele tematów, ogrom treści, trudno to zebrać w jednym miejscu w kilka zdań.

Wielu oczekiwało, takie przynajmniej było moje wrażenie, że papież Franciszek wyjdzie i powie mniej więcej tak: aby doszło do odnowy kościoła, to trzeba zrobić to i to. Prostota przemówień ojca świętego jest tak zaawansowana, że właśnie słyszeliśmy mniej więcej Jego nauczanie w ten sposób. To ojciec który nas, swoich synów, uczy z prostotą i ogromną mądrością życiową popartą bardzo konkretnym doświadczeniem. Zostawił nam program odnowy, poruszenia, pobudzenia Kościoła do tego, by był bardziej Chrystusowy, odważny, radosny i gotowy głosić Ewangelię nawet za cenę bólu i cierpienia. Musi się to zaczynać się od Kościołów partykularnych – a więc od diecezji, parafii, od każdego z nas. Myśleliśmy i mówiliśmy często o potrzebie zmiany struktur, oczekiwaliśmy od Papieża Franciszka, że podejmie nie wiadomo jakie reformy. Tymczasem reformy najważniejsze, tak to przynajmniej zrozumiałem, mają dokonać się w naszych sercach i z nich wyjść w świat. Wszyscy najpierw musimy być uczniami (w szkole Chrystusa) i misjonarzami. Misjonarzami idącymi ku innym z przekonaniem i radością, że niesiemy Dobrą Nowinę. Wiele razy przywoływana była tajemnica rozwoju pierwotnego Kościoła, kiedy mała grupa śmiertelnie przerażonych początkowo uczniów stała się świadkami i misjonarzami, tymi, którzy głosili i nieśli Dobrą Nowinę bez lęku i z radością. Działo się tak, bo najpierw stali się prawdziwymi uczniami Chrystusa, a zaraz potem świadkami i misjonarzami. Świadek w sensie tego nauczania to nie tylko świadek faktu, tego co się stało. To świadek rzeczywistości, tego, co sam przeżył, doświadczył tego jako prawdziwe i przekonał się, że to daje szczęście. A teraz chce o tym wszystkich przekonać i dla tego staje się misjonarzem. Trudno mu wytrzymać ze świadomością, że inni jeszcze tego szczęścia bycia z Chrystusem nie doświadczyli. To go aż boli i nie może wytrzymać, aby nie ewangelizować i misjonować.

Do tematu, jeśli Bóg pozwoli, powrócę w kolejnym liście pisząc o zmianach, jakie powinny dokonać w naszym sercu, aby ta ewangelizacja była skuteczniejsza i odnowa Kościoła rzeczywiście się dokonała. 


Jestem teraz w Polsce i mam okazję, spotykając się z wieloma osobami nie tylko doświadczać wyjątkowej serdeczności i życzliwości, ale też widzę wielkie otwarcie na ewangelizację i misje. W trzecią niedzielę października, tę „urzędowo” misyjną, będę miał w chojnickiej parafii Matki Bożej Królowej Polski homilie o misyjnej tematyce. Natomiast 19 października o 10.00 zaczniemy nasz misyjny dzień skupienia. Zapraszam do udziału w nim wszystkich sympatyków misji, członków Róż Różańcowych, duszpasterstw i wspólnot. Będziemy mieli okazję do modlitwy za misje, animacji  i do formacji. Z całego serca zapraszam!

 

Rio 2013

paderewskigrzegorz

Na pewno już wszyscy, którzy uczestniczyli w  Światowych Dniach Młodzieży powrócili do swych domów. Ja nawet zdołałem dotrzeć do mego domu rodzinnego w Polsce. W zaciszu mojego pokoju myślę sobie o tym, co tam, w Rio de Janeiro razem z moimi wspaniałymi młodymi parafianami przeżyliśmy. A jest tego bez wątpienia ogromnie dużo. Mam do podzielenia się z czytelnikami „W Rodzinie” materiał niezwykle bogaty. Boję się tylko, że nie wszystkim wystarczy na to cierpliwości. Ale do  rzeczy! Najpierw chyba wypada napisać kilka zdań o statystykach, bo takie dane narysują przed nami mniej więcej ramy tego ogromnego wydarzenia. Już następnego dnia po spotkaniu Dom Orani Tempesta na konferencji prasowej, bardzo zmęczony ale i ogromnie rozpromieniony radością, opowiadał dziennikarzom, podając ciekawe liczby, o tym, co się właśnie wydarzyło. Otóż poinformował on, że we Mszy św. kończącej 28 lipca obchody Światowego Dnia Młodzieży w Rio de Janeiro wzięło udział 3,7 mln ludzi. Niezwykłe, prawda? Jak do tej pory było to nie tylko największe pod względem liczby uczestników wydarzenia na Copacabana, ale w całej historii Brazylii.

Przyznam, że kiedy jeszcze przygotowywaliśmy się do spotkania i podawane były nam, mniej więcej pod koniec czerwca, nieoficjalne dane zapisanych uczestników, to bardzo mnie one smuciły, bo rzeczywiście były one bardzo niskie. No cóż, opłata za udział w spotkaniu, która dawała prawo do plecaka pielgrzyma (wraz z czapką, koszulką, modlitewnikiem, książeczką z informacjami, słynnym już teraz na cały świat krzyżykiem, dziwnej butelki i paru innych drobiazgów) noclegów, jedzenia, transportu i ubezpieczenia wynosiła 608 realów czyli około 1100 zł. Tyle generalnie zwykli ludzie zarabiają w Brazylii przez cały miesiąc. Było to więc bardzo dużo pieniędzy. Doliczyć jeszcze koszty dojazdu i mamy już fortunę. To właśnie sprawiło, że tych oficjalnych zapisów było bardzo mało.

 

Oficjalnie ostatecznie na ŚDM zapisało się tylko 427 tys. osób ze 175 krajów. Jednak rzeczywista liczba uczestników wzrastała wraz z kolejnymi uroczystościami. Na Mszę otwierającą obchody 23 lipca przyszło 600 tys. ludzi. Dwa dni później na Copacabanie witało papieża Franciszka już 1,2 mln, w nabożeństwie niezwykle przejmującej Drogi Krzyżowej 26 lipca uczestniczyły 2 mln, zaś nazajutrz w czuwaniu modlitewnym z papieżem - 3,5 mln. Dom Orani tak to skomentował: „Zobaczyliśmy działanie Boga. Bóg działał pośród nas. Bóg nas zaskoczył. Było lepiej niż planowaliśmy. Zobaczyliśmy, jak Bóg działa w historii. Nie znajduję na to innego wyjaśnienia” No cóż rzeczywiście wyjaśnić się tego nie da inaczej.

 

Moja grupa była przyjęta w Rio przez wspaniałą parafię św. Jadwigi na Braz de Pina. Byliśmy jedyną grupą oficjalnie zapisaną i tam skierowaną. Pierwsi też tam dotarliśmy. Potem zaczęły do tej parafii ściągać pielgrzymki nie tylko z południa i północy Brazylii, ale także z Paragwaju i Chile. Nie wiem, gdzie wszyscy się tam pomieściliśmy, ale na początku ludzie „brali” po jednym pielgrzymie, ale potem „dobierali” jeszcze dużo więcej. Zadziałał też wspaniale efekt pielgrzymki i spotkania, bo jak tylko media zaczęły dużo o tym mówić, a wcześniej był to z jakiś dziwnych przyczyn temat totalnie przemilczany, to bardzo dużo rodzin otwierało swoje domy i ludzie przychodzili do parafii po pielgrzymów. Ostatecznie nikt nie został na ulicy, niektórzy tylko chłopcy spali na podłodze w salkach parafialnych.


Wśród osób zapisanych do udziału w ŚDM przeważali, co oczywiste, mieszkańcy Ameryki Łacińskiej. Najwięcej młodych pielgrzymów przybyło właśnie z Brazylii, a następnie z Argentyny, USA, Chile, Włoch, Wenezueli, Francji, Paragwaju, Peru i Meksyku. Znaczna większość, bo aż 87 procent pielgrzymów nigdy wcześniej nie uczestniczyło w ŚDM. Większość (55 proc.) stanowiły kobiety, 60 proc. zapisanych było w wieku 19-34 lata. Przybyło 644 biskupów, 28 kardynałów, 7814 kapłanów i 632 diakonów. Katechezy dla młodzieży były głoszone w 264 miejscach w 25 językach. W przebiegu ŚDM pomagało 60 tys. wolontariuszy. Bez ich oddania i pracy w warunkach ogromnie trudnych w ogóle nie umiem sobie wyobrazić tego wydarzenia. To na razie tyle o ŚDM w Rio de Janeiro. W następnych listach napiszę o tym, co dużo ważniejsze, czyi o dziedzictwie spotkania. Właśnie o to jestem najczęściej pytany.

 

Nha Chica 3.

paderewskigrzegorz

Manaus, 15. 06. 2013

Poznaliśmy już wyjątkowy dar mądrości jakim ludziom wszelkich stanów służyła Nha Chica. Jednak to nie jedyny charyzmat, jaki posiadała i którym służyła potrzebującym. Oprócz porad we wszelkich problemach ludzie szukali u Nha Chica wsparcia materialnego i pomocy w chorobach.

Jak osoba tak bardzo biedna jak Nha Chica mogła pomagać materialnie innym biedakom? Mówimy tutaj nie o jakiejś jednorazowej, sporadycznej i małej zapomodze. Nha Chica zorganizowała cały system oparty o ewangelizację. Początki tego wyglądały mniej więcej tak: Nha Chica miała obok swego domku, a mieścił się on na dalekich peryferiach ówczesnego Baependi, spory kawałek ziemi, który uprawiała. Pracowała bardzo wytrwale, aby mieć różne warzywa i owoce. Miała też kurnik. Kiedy biedni prosili o wsparcie, ona z tego, co sama wyhodowała gotowała dla wszystkich zupę. Ponieważ biednych z dnia na dzień przybywało, więc trzeba było coraz więcej i więcej pracować i przygotowywać pożywienia. Ale kiedy nie starczało tego, co sama wyhodowała, pojawiali się dobrzy ludzie i przynosili najróżniejsze dary w naturze, które potem były rozdawane biednym. Jednak bardzo szybko Nha Chica zauważyła, że bieda materialna nie była jedyną, na jaką cierpieli ci ludzie, którzy codziennie gromadzili się przed jej drzwiami. O wiele większa była ich bieda duchowa. Stąd też wprowadziła w system pomocy codzienne mini katechezy  oparte na lekturze i rozważaniu Pisma Świętego. Sama była analfabetką ale zawsze był ktoś, kto dla nich Biblię czytał, a ona później ją wyjaśniała. W ten sposób postępowała ewangelizacja.

Mam w tym momencie różne wspomnienia związane z nasza parafią i pomocą, jaką organizujemy dla naszych biednych. Przyznam, że my też mamy ten sam problem. Widać bowiem bardzo wyraźnie, że nasi potrzebujący są nie tylko biedni materialnie, ale zwłaszcza duchowo, religijnie. Nasza parafialna Caritas organizuje dla swoich podopiecznych katechezy coniedzielne połączone zawsze z modlitwą. Problem w tym, że oni wcale, albo tylko niektórzy i to w niewielkim stopniu, tym duchowym wymiarem są zainteresowani. Byli nawet tacy, którzy woleli zrezygnować z pomocy przez nas im ofiarowanej, niż zaakceptować zasady jej otrzymywania. No cóż, chyba w ten sposób właśnie mogliśmy zobaczyć, że niektórzy wcale aż tak bardzo naszej pomocy nie potrzebowali. Widać wyraźnie, że wielu biednych jest biednych bo pozostają z daleka od Boga i Kościoła. Gdyby otworzyli się na Boga i zbliżyli się do Kościoła, to wiele rzeczy w ich życiu uległoby natychmiastowej zmianie. Byłaby to zarówno zmiana duchowa jak i materialna.  To właśnie perfekcyjnie rozumiała Nha Chica i próbowała swoją pomoc potrzebującym oprzeć na Bogu. Wszystko wskazuje na to, że jej się udało. Później jej skromna pomoc nabrała wielkich wymiarów i przekształciła się w instytucję charytatywną, która działa do dziś i jest prowadzona przez siostry zakonne.

Interesujące jest też to, że kiedy rosła liczba potrzebujących pomocy, rosła tez liczba wspierających Nha Chica. Z czasem zaczęła otrzymywać gigantyczne wręcz sumy w formie darowizn i spadków. Pierwszym, który zapisał jej w spadku wielkie tysiące, był jej brat Teotonio. On to właśnie podczas swojego życia odniósł liczne sukcesy polityczne i ekonomiczne. Stąd właśnie mógł bardzo hojnie wspierać ciągle swoją siostrę i w końcu zapisać jej znaczną część swego majątku. Nie potrzebujemy dodawać, że mimo tych wszelkich bogactw, jakie zaczęła posiadać i jakimi administrowała Nha Chica, pozostała ona biedna i skromna. Prawdziwych cnót nic nie zdoła zniszczyć. 

© B R A Z Y L I A
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci