Menu

B R A Z Y L I A

Unidos em Cristo

paderewskigrzegorz

Manaus, 14. 08. 2015

Unidos em Cristo

Po powrocie z Polski od razu zostałem zasypany wieloma pytaniami przez moją młodzież marząca o wyjeździe na Światowe Dni Młodzieży. Pytali o to, jak się Polska na to spotkanie przygotowuje i co oni mogą jeszcze zrobić, aby to samo uczynić. No cóż, w Polsce w tym temacie dzieje się rzeczywiście wiele, nie wszystko można zastosować na tutejszym gruncie i w realiach naszej parafii. Nie mniej opowiadałem dużo, bo też i wiele miałem im do przekazania. Grupa niestety zmalała, bo wszystko jakby zwraca się przeciwko nam. Sytuacja ekonomiczna Brazylii jest teraz bardzo trudna. W Manaus, które w całości zależy od światowych kapitałów, jest jeszcze trudniej. W ciągu ostatnich kilku miesięcy fabryki zwalniały masowo swoich funkcjonariuszy, co sprawiło, że nasza parafia stała się prawie w całości bezrobotna. A ponieważ młodzież, aby pojechać do Krakowa potrzebowała wsparcia ze strony swoich rodziców, to w obecnej sytuacji to, co już i tak było trudno osiągalne, stało się jeszcze trudniejsze. Stąd właśnie spora część marzycieli zrezygnowała. Kiedy ostatnio na jednym z naszych zebrań formacyjnych sprawdzaliśmy ceny biletów do Warszawy w okresie przyszłorocznego spotkania, to widząc jeszcze wyższe ceny, duch rezygnacji zaczął obejmować już prawie wszystkich.  Ja do tej pory byłem największym realistą i, znając koszty takiego wyjazdu, z rezerwą słuchałem planujących i marzących. Teraz zaś, kiedy szanse stają się nikłe, nagle staje się entuzjastą. Sam do końca tego nie rozumiem, ale czuję, że warto o spełnienie tego marzenia powalczyć. Już raz coś takiego przeżywaliśmy. Historia jest wprawdzie długa, ale pokazuje, że może istnieje jeszcze jakaś nadzieja.

Kiedy w roku 2011, w Madrycie, papież Benedeykt XVI ogłosił Brazylię jako kraj, w którym miały się zrealizować to światowe spotkanie, wiedziałem, że to będzie nasza wielka szansa. Niezwykła okazja dla całego Kościoła w Brazylii, ale też wyjątkowa dla naszych młodych katolików z Manaus. Takiej okazji nie mogliśmy nie wykorzystać. Radość jednak szybko zaczęła opadać, bo w miarę upływu czasu i zapoznawania się z ewentualnymi kosztami możliwość uczestniczenia w tym wydarzeniu stawała się mniej prawdopodobna. Lot z Manaus do Rio kosztował fortunę. Normalnie jest bardzo drogo, a na ten czas linie lotnicze niemiłosiernie wywindowały ceny. Dla naszej młodzieży z przedmieść amazońskiej stolicy było to najzwyczajniej nieosiągalne. Jednak ktoś nam zaczął pomagać. Najpierw, głęboko w to wierzę, był to Duch Święty. On nie pozwolił nam zrezygnować z marzeń. Trwaliśmy na modlitwie, spotykaliśmy się na katechezach i powstawały coraz to nowe pomysły na zdobycie pieniędzy. Jedni sprzedawali wodę chodząc pomiędzy samochodami na skrzyżowaniach, inni hot dogi na ulicy, tutaj nazywane cachorro quente, albo jeszcze sympatyczniej kikao. Kiedy w mieście organizowane były wielkie spotkania religijne, koncerty czy celebracje, ponownie nasi młodzi ruszali z wodą mineralną i lodami. Kto mógł pracował gdzie popadło. Jednak tego wszystkiego było mało. Wtedy to właśnie Pan Bóg podesłał nam najróżniejszych pomocników i dobrodziejów. Do dziś pozostajemy wdzięczni naszym dobroczyńcom z Polski, którzy swoimi ofiarami nie pozwolili, aby nasze marzenia umarły. W taki oto sposób z mojej prostej parafii do Rio de Janeiro pojechało na spotkanie młodych katolików z całego świata aż 33 osoby. Manaus jest Kościołem odizolowanym. Stąd wartość takich wydarzeń, jak ŚDM, jest niewyrażalna. Być na tych spotkaniach to znaczy spotkać się z Kościołem wyjątkowo dynamicznym, atrakcyjnym, młodym, pięknym, barwnym, pełnym Bożej obecności, tryskającym łaskami i charyzmatami. To jest Uczestniczenie! To Uczestniczenie daje pewność, że się jest członkiem uniwersalnej wspólnoty wiary, w której Chrystus Zmartwychwstały jest cały czas obecny. To doświadczenie, które jest jedyne, staje się takie niepowtarzalne.

Kiedy na zakończenie Mszy Rozesłania celebrowanej na najsłynniejszej plaży świata, na Copacabana, gdzie zgromadziło się prawie 4 miliony katolików, usłyszeliśmy o Krakowie, to oczywiście moja radość była niesamowita. To super, to wspaniale, niech żyje Kraków! Nasza młodzież, jak na Brazylijczyków,  dużo wie o Polsce. Św.  Jan Paweł II, św. Faustyna Kowalska, Miłosierdzie Boże. Takie hasła padały przez cały nasz naszego powracania z Copacabana. Jedziemy! Będziemy tam! Oni byli radośni a ja przerażony, bo znając koszty takiej wyprawy do Polskiej wówczas nie miałem żadnych nadziei na to, że takie doświadczenie mogłoby być nam raz jeszcze dane. Mimo trudności, więcej, wręcz namacalnej niemożliwości, moja młodzież nie traciła nadziei, cały czas pracowała, aby zdobyć fundusze na wyjazd. Znów były woda i lody, hodogi, pizza i kanapki sprzedawane na ulicach, wiecach i piknikach. Na początku nazywaliśmy nasz projekt „Caravana Cristo Rei – JMJ Cracovia 2016”. Teraz zaś pojawiło się nowe imię dla tej naszej grupy: „Unidos em Cristo”, czyli „Zjednoczeni w Chrystusie”. To nazwa wyjątkowo piękna, definiuje stan duchowy naszej młodzieży. Te starania o zgromadzenie środków na wyjazd bardzo ich zjednoczyły, to już jest wręcz wspólnota, mała wprawdzie, ale bardzo zjednoczona. Czy więc cała ta praca i zapał miałyby pójść na marne? Może jeszcze da się coś z tego wspaniałego marzenia uratować. Jeśli istnieje chociaż najmniejsza szansa, to nie wolno nam tej okazji, jaką nam dają Światowe Dni Młodych nie wykorzystać.

Może ktoś chciałby nam pomóc? To jest możliwe poprzez dokonanie wpłaty na konto w mBanku: 05114020040000350203904698. Oczywiście z dopiskiem Unidos em Cristo. Grosz do grosza i w ten sposób marzenie młodych katolików z Manaus może przerodzić się po raz kolejny w najpiękniejsze doświadczenie ich życia. Najpiękniejsze i najważniejsze!

 

Kongres Misyjny

paderewskigrzegorz

Ostatnio Polska stała się bardziej misyjna i może się jeszcze bardziej w tej wspaniałej apostolskiej postawie rozwinąć. A to za sprawą Kongresu Misyjnego, który odbył się w połowie czerwca tego roku. Nasza diecezja pelplińska w kwestii krajowych kongresów misyjnych kiedyś znaczyła bardzo wiele. Właśnie pierwszy taki kongres, który odbył się w 1938 roku w Poznaniu, został zorganizowany przy znacznej współpracy diecezji pelplińskiej. Nawet na jego rozpoczęcie przemawiał ksiądz biskup diecezjalny Stanisław Okoniewski z Pelplina. Potem tych misyjnych kongresów było bardzo mało, bo tylko dwa. Może ten ostatni sprawi, że będzie ich więcej, bo bez wątpienia mogą one przynieść dużo zmian jeśli chodzi o misyjną postawę naszego Kościoła. Przyznam, że poruszone tematy wyjątkowo mnie interesują. Mówiono, na konferencjach oraz w grupach dyskusyjnych, między innymi o tym, jak umisyjnić struktury Kościoła w Polsce, o nowym spojrzeniu na misje, czy polskie seminaria wychowują kleryków na przyszłych misjonarzy, o misjonarzach świeckich, o tym, jak wiele dla misji mogą uczynić ruchy i stowarzyszenia kościelne oraz  jak ważna jest katecheza misyjna w szkołach. Oczywiście było jeszcze wiele innych, niezwykłych tematów. Polska ma obecnie 2065 misjonarzy w 97 krajach misyjnych. Oczywiście najwięcej wśród nich jest zakonników i sióstr zakonnych, głównie w Afryce i Ameryce Południowej. Dziś wyraźnie widać, że koniecznym jest kolejne rozbudzenie misyjne wśród księży diecezjalnych i świeckich. To oni mogą stać się wyjątkowo liczną grupą misyjną. Księża diecezjalni, obecnie jest ich tylko 314, najwięcej w Południowej i Środkowej Ameryce, wyjeżdżając na misje są nazywani fidei donum, dar wiary. Ta nazwa związana jest z encykliką Ojca Świętego Piusa XII z 1957 roku o takim właśnie tytule Fidei donum. W niej papież przypomniał kapłanom diecezjalnym, że winni zrozumieć, iż ich życie jest również poświęcone służbie misjom i że nie są ustanowieni tylko dla jednej parafii, lecz z racji święceń kapłańskich są zobowiązani głosić Ewangelię aż po krańce świata. Ta encyklika to bardzo ciekawy dokument. Dzięki niej wielu księży diecezjalnych zaczęło wyjeżdżać do krajów misyjnych. Stali się w ten sposób znaczną pomocą dla zakonów misyjnych. Nawet w wielu miejscach, gdzie działalność swą owe misyjne zakony przerwały z powodu braku powołań, misjonarze fidei donum  tę pracę kontynuowali. Dziś najwyraźniej musimy raz jeszcze z uwagą przeczytać, przemyśleć i przemodlić tę encyklikę papieską, bo polski Kościół ma jeszcze rzeczywiście znaczne możliwości aby więcej takich misjonarzy fidei donum w świat wysłać. Druga sprawa to misjonarze świeccy. Okazuje się, że jest ich coraz więcej i, trzeba przyznać, jest to z ich strony prawdziwe poświęcenie. To są prawdziwi bohaterowie wiary. Rezygnują z wygodnego i bezpiecznego życia, opuszczają bliskich i przyjaciół aby cicho i pokornie służyć najbardziej potrzebującym. Mamy teraz 61 świeckich misjonarzy i najwięcej z nich pracuje w Afryce. No cóż, nie ma co się dziwić. Z jednej strony kraje afrykańskie wyjątkowo takie osoby potrzebują. Z drugiej pojechanie tam, to stosunkowo łatka sprawa. Misje czekają na lekarzy, pielęgniarki, budowlańców, kierowców i nauczycieli. Inne kraje, na przykład jak Brazylia, mnożą niestety trudności, stąd mało jest u nas takich misjonarzy. Jest ich niewielu, ale każdy z nich jest wyjątkowy. Pewnie najsłynniejszą byłaby pani Zofia Kusy, która całe swoje życie poświęciła pracy dla dzieci i Pan Bóg jeden tylko wie ilu Brazylijczyków jej zawdzięcza to, że żyje. Bez wątpienia jest ich bardzo wielu.

Ks. biskup Jerzy Mazur, który stoi na czele Komisji Episkopatu do spraw Misji ma wspaniały pomysł na uczczenie 1050 rocznicy chrztu Polski. Byłoby to wysłanie 105 misjonarzy. Na pewno przy nieco większym zaangażowaniu nas wszystkich może się to udać. 

Boże Ciało 2015

paderewskigrzegorz

Boże Ciało w tym roku w Manaus było wyjątkowe. Nie tylko z powodu bardzo licznie zgromadzonych wiernych, ale także z racji rocznicy Narodowego Kongresu Eucharystycznego, jaki przed czterdziestoma latami odbył się właśnie w Manaus. Według obliczeń policji przybyło około siedemdziesiąt tysięcy wiernych. Najpierw była celebrowana uroczysta msza, oczywiście pod przewodnictwem księdza arcybiskupa Dom Sergio, z udziałem biskupów pomocniczych i prawie wszystkich pracujących w Manaus księży. Obecny był także ksiądz biskup Dom Edson z Sao Gabriel da Cachoeira, diecezji amazońskiej z największą liczbą katolików Indian.

Dom Sergio w swej homilii miedzy innymi powiedział: „Eucharystia którą sprawujemy w naszych wspólnotach, kościołach i parafiach jest świadectwem naszej wiary w rzeczywistą obecność Chrystusa wśród nas. Eucharystia jest chlebem konsekrowanym, winem pobłogosławionym. Jezus prosił aby jego uczniowie przygotowali Paschę. Celebrując Paschę Jezus staje się naszą paschą, naszym barankiem i ofiarą. Umiera za nas, daje życie za nas, wylewa swoją krew jako baranek Nowego Przymierza. Z tego Nowego Przymierza rodzi się nowy lud i powstaje Eucharystia. To Kościół rodzi się z Eucharystii i pielgrzymuje do Eucharystii, która jest szczytem naszej wiary i naszego życia chrześcijańskiego.

Natomiast o znaczeniu procesji eucharystycznej Dom Sergio powiedział tak: ”Celebrujemy Eucharystię i zaraz potem wychodzimy z procesją, aby dać świadectwo naszej wiary w rzeczywistą obecność Chrystusa w Chlebie Konsekrowanym. Ten Chleb Kościół zaczął przechowywać i strzec od samych początków swego istnienia, aby był zanoszony do chorych, więźniów i tych, którzy nie mogli uczestniczyć w Eucharystii. Wierzono, że nawet po zakończeniu celebracji eucharystycznej Chrystus pozostawał obecny sakramentalnie w Chlebie Konsekrowanym. Dla tego my przechowujemy ten Chleb w tabernakulum, umieszczamy w monstrancji i adorujemy w Najświętszym Sakramencie. Oto znaczenie Uroczystości Bożego Ciała. To nasza wiara w prawdziwą obecność Jezusa w Najświętszym Sakramencie. Eucharystia jest chlebem życia dla świata, pożywia nas, daje nam odwagę dzielenia się chlebem z innymi.

W ten właśnie sposób ksiądz arcybiskup nawiązał do tego, co działo się w tym miejscu czterdzieści lat temu, a mianowicie do Narodowego brazylijskiego Kongresu Eucharystycznego, który jako temat miał takie oto słowa: „Podzielić się chlebem.” Miał on wówczas za zadanie zmobilizowanie katolików do refleksji nad Eucharystią, która jest przecież ofiarą, dzieleniem się, wspólnotą i posiłkiem. W tym momencie ksiądz arcybiskup powiedział wyjątkowe słowa: ”Jeśli chcemy mieć prawdziwe życie eucharystyczne, to musimy, oprócz adorowania Najświętszego Sakramentu, dzielić się codziennie chlebem, żyć we wspólnocie i być solidarnymi.” Swoją homilię zakończył zaś mówiąc: „Obyśmy nigdy nie stracili wiary w Eucharystię! Niech nasze życie będzie prawdziwie eucharystyczne!

Zazwyczaj na świętowanie Corpus Cristi nasza diecezja gromadzi się w katedrze, a potem Msza jest sprawowana tuż przy niej. W tym roku Msza w Uroczystość Bożego Ciała sprawowana była w innym, niż zazwyczaj miejscu, na Placu Kongresu. To tutaj, w 1942 roku, odbył się XIX Kongres Eucharystyczny. W Manaus już o tym zapomniano i nikt w sumie nie wiedział czemu właśnie tak ten plac się nazywa. Mam nadzieję, że przynajmniej katolicy teraz będą już to wiedzieli. Wtedy też powstała jedna z Modlitw Eucharystycznych, która znana jest chyba tylko w Brazylii, a która w Mszale nazywana jest Modlitwą z Manaus. Obecność księdza biskupa z Sao Gabriel da Cachoeira, Dom Edsona, nie była przypadkowa. On właśnie, jako pierwszy brazylijski ksiądz, wówczas neoprezbiter, podczas swojej Mszy prymicyjnej, modlił się używając właśnie owej Modlitwy Eucharystyczne w Manaus.

Bóg nieustannie jest obecny w historii ludzkiej, tylko my tak rzadko Go zauważamy. A przecież wystarczy spojrzeć na Eucharystię, aby mieć pewność, że Jezus nieustannie jest z nami. 

Trzydziestolecia ciąg dalszy

paderewskigrzegorz

Podczas celebracji trzydziestolecia Oazy w Brazylii wygłoszono wiele słów. Były podziękowania i świadectwa. Oczywiście, wszystkie są warte uwagi. Niemniej jedno z świadectw, które dał ksiądz Vanderley Oliveira z diecezji Barra do Pirai w stanie Rio de Janeiro szczególnie chciałbym tu podkreślić.

Na początku przypomniał on misyjną drogę księdza biskupa Edwarda Zielskiego. Jest ona imponująca. Rozpoczął swoją misję od stanu Santa Catarina, potem był stan Bahia i w końcu Pernambuco. Przywiózł on do Brazylii, tak mówił ksiądz Vanderley o księdzu biskupie, doświadczenie formacji dla młodzieży w Polsce, gdzie, podczas piętnastu dni, realizuje się intensywną pracę z młodymi, formację duchową, głoszenie Słowa Bożego, poznawanie prawd wiary. Nacisk kładziony jest na Eucharystię, mariologię, modlitwę, wspólnotę i służbę. A to wszystko wydaje cudowne owoce budząc w sercach młodych wielkie pragnienie służby i ewangelizowania. Ta realizowana w Polsce praca została zaadaptowana do rzeczywistości brazylijskiego północnego-wschodu, gdzie bardzo szybko przyjęła się i liczni młodzi pozwolili się prowadzić i formować w Oazach. „Po tych piętnastu dniach, to dosłowna wypowiedź księdza Vanderley, wracaliśmy z wielkim pragnieniem oddania się służbie Ewangelii. Tak rodzili się katechiści, koordynatorzy wspólnot i duszpasterstw, szafarze Słowa Bożego i Eucharystii i, tego przecież nie mogło zabraknąć, narodziły się też powołania do kapłaństwa.”

Gdziekolwiek ewangelizował ksiądz biskup Zielski, tam zawsze niezmordowanie kontynuował pracę z młodzieżą. To rodziło coraz więcej powołań. Kiedy dotarli do niego młodzi z Piaui, nikt się nie spodziewał, że wkrótce, już jako biskup, będzie pracował właśnie na tym wyjątkowo ubogim terenie. Nominacja biskupia dokonała się w 2000 roku. Kontynuuje pracę z młodzieżą, jakby nic się zmieniło.

W Polsce ten typ pracy z młodzieżą znamy jako Oazę Nowego Życia. W Brazylii zaś jest to Ruch Ewangelizacyjny Światło – Życie. Chodzi oczywiście o to samo. Młodzi z Piaui zdrobniale nazywają Oazy MELV, co jest po prostu skrótem od pierwszych liter portugalskiej nazwy. Nie mniej chodzi o Światło Boże, które przenika człowieka i czyni z niego nowe stworzenie. Obchody trzydziestolecia brazylijskiej Oazy były uświetnione obecnością wychowanków ze wszystkich miejsc, gdzie pracował ksiądz biskup Zielski. Obecni też byli oazowicze z Polski. Swoje przemówienie ksiądz Vanderley zakończył tak: „Chciałbym w tym momencie wyrazić podziękowanie księdzu biskupowi za lata poświęcenia się formacji młodzieży z tak wielką miłością, zapałem i troską. Czynię to w imieniu tysięcy młodych ludzi.” Aby było jeszcze milej, to swoje podziękowanie zakończył po polsku. Bez wątpienia musiał sporo trenować, bo wypowiedzieć polskie wyrazy „dziękuję” czy „księdzu” jest dla Brazylijczyka bardzo trudne.

W Brazylii generalnie brakuje księży. Powołań do kapłaństwa jest jak na lekarstwo. Tymczasem diecezja Campo Maior, gdzie ordynariuszem jest właśnie ksiądz biskup Zielski, stała się swoistym ewenementem. Tam powołania są i obecnie księży najwyraźniej nie brakuje. Po świadectwie księdza Vanderley możemy śmiało powiedzieć, że w wielkiej mierze zawdzięcza to Oazom. Rzeczywiście jest to Boże światło, które przenika dogłębnie młode serca i wzbudza w nich pragnienie służby Bogu i ludziom. 

30 lat Oazy w Brazylii

paderewskigrzegorz

Pisałem ostatnio o orędziu o Miłosierdziu Bożym. Wielu, którzy nie bardzo znali temat, z wielkim dystansem traktowali to nabożeństwo. Argumentowali, że to może być zbyt polskie, albo przynajmniej europejskie, co mogłoby stać się przeszkodą w rozumieniu orędzia i przyjęcia go przez lud brazylijski. Okazało się zupełnie co innego. Brazylijczycy pokochali nad wyraz Jezusa Miłosiernego i Jego pokorną sekretarkę, świętą siostrę Faustynę. Okazuje się, że to nie jedyny „polski akcent” w tutejszej pobożności. Brazylijski Kościół ma okazję do wielkiego dziękczynienia Bogu. Oto Oaza, Ruch Światło – Życie obchodzi trzydziestą rocznicę swojego istnienia na ziemi brazylijskiej, a pewnie też i na kontynencie amerykańskim. Od razu ożywają wspomnienia i nawet jakaś tęsknota. Chyba już trochę we mnie duszy brazylijskiej, bo Brazylijczycy zawsze czują tę swoją tęsknotę, która nazywają saudade. Pamiętam  jak te rekolekcje Ruchu Światło – Życie były organizowane przez księdza biskupa Zielskiego w diecezji Campo Maior. Chociaż sam w nich nie uczestniczyłem, to praktycznie przez cztery lata jakoś tam byłem często świadkiem tego, co w Oazie się działo. Byłem proszony o spowiedź uczestników rekolekcji. Pamiętam też, że zawsze coś tam pomagaliśmy zawozić i przywozić. No i odwiedzałem księdza biskupa, kiedy wraz z młodzieżą już przebywał na rekolekcjach. Pamiętam, że organizowane były one w szkole, na terenie jednej z parafii. Warunki były bardzo spartańskie, ale na pewno nie miało to najmniejszego znaczenia. Duch „oazowy” ożywiał wszystkich w sposób nadzwyczajny.

Wprawdzie już kiedyś bardzo wyczerpująco o tym pisałem, ale wspomnę raz jeszcze, tak dla przypomnienia, jak to z początkami oazowymi na ziemi brazylijskiej było. Pamiętam, co mi kiedyś o tym wszystkim opowiadał ksiądz biskup Zielski, który zaszczepił Oazę w Brazylii. Było w sumie bardzo wielu księży „oazowiczów”, którzy zostawali misjonarzami. Jednak, kiedy przyjechali do Brazylii, sądząc, że nie da się oazowych metod i dynamizmu przeszczepić na grunt brazylijski, porzucali cały swój dorobek i doświadczenie w pracy z młodzieżą. Ksiądz biskup Zielski natomiast zauważył, że może i powinno być inaczej. Ruch oazowy, tak w Polsce, jak i w Brazylii, pomaga młodzieży stać się chrześcijanami odpowiedzialnymi. Na początku namawiał różnych księży do poprowadzenia w Brazylii działalności oazowej. Jednak na niewiele zdały się te jego zachęty i namowy.Zaczął sam prowadzić rekolekcje. W 1985 roku, jako pierwszy w Brazylii, zainicjował Ruch Światło - Życie. Najpierw w Bahia, potem w Pernambuco, a następnie w Piauí. Już w roku 1986, ksiądz Szczepan Mitros pochodzący z diecezji łomżyńskiej, widząc, że ksiądz biskup Edward prowadził  oazy z sukcesem, chcąc poznać jak to się robi w Brazylii, przyjechał do księdza biskupa z grupą ośmiu osób i uczestniczył w rekolekcjach. Zaraz potem on także zaczął wprowadzać Ruch Światło - Życie w swojej parafii, wówczas w Cocal. Obecnie obaj ci kapłani pracują dosyć blisko siebie, w sąsiednich diecezjach, obaj realizują rekolekcje oazowe. Widać wyraźnie, że te rekolekcje przynoszą wielkie owoce. Kształtują dzięki nim dobrych katechetów, pomocników w duszpasterstwie liturgicznym, w duszpasterstwie rodzin, młodzieży i dzieci.

Jak mi wyjaśniał ksiądz biskup Zielski, Ruch Oazowy w Brazylii jest prowadzony tak samo, jak w Polsce. Jeśli są jakieś różnice, to niewielkie. Większy nacisk kładziony jest na sprawy doktrynalne, gdyż w Brazylii jest bardzo małe wykształcenie religijne. Dla tego, w tak zwanej szkole apostolskiej, starają się przekazać  jak najwięcej wiedzy. Tematyka, metodologia są takie same, jak w Polsce. Podejmowane są starania, aby rozpowszechniać oazę wśród tutejszych młodych księży, aby i oni zrozumieli potrzebę takiego ruchu i przyjęli jego metody pracy z młodzieżą. Jest wielu obecnie młodych księży Brazylijczyków w diecezji Campo Maior żywo zainteresowanych ruchem Światło - Życie. Ruch ten zrodził bowiem wiele powołań do kapłaństwa. Opiszę to jeszcze w następnym moim liście.

Rok Miłosierdzia

paderewskigrzegorz

Manaus, 22. 04. 2015

Księża biskupi z całej Brazylii zaraz po Wielkanocy mieli swoje generalne zebranie, podczas którego dokonało się wiele zmian. Został wybrany nowy przewodniczący, nowy sekretarz, nowi odpowiedzialni za poszczególne sektory pastoralne. Było wiele zajęć, jednak przy tak intensywnych pracach księża biskupi znaleźli jeszcze czas aby napisać do Papieża Franciszka bardzo sympatyczny list. Napisali w nim swoje „dziękuję”. Oczywiście jest to podziękowanie za bullę o Bożym Miłosierdziu. „Zaczynamy nasze zgromadzenie – napisali księża biskupi – mając przed sobą bullę Misericordia Vultus, w której to Wasza Świątobliwość ogłosił Nadzwyczajny Jubileusz Miłosierdzia. Chcemy wyrazić naszą radość z powodu tej proklamacji. Przyjmujemy ten Nadzwyczajny Święty Rok i w naszych diecezjach uczynimy wszystko, aby nasz lud przeżył odnowione doświadczenie Miłosierdzia Bożego.” Potem jeszcze księża biskupi dodali: „Dla nas, Ojcze Święty, Twoje słowa są wielką zachętą abyśmy zbliżyli się do naszego ludu, zwłaszcza do tych osób, które znajdują się na geograficznych i egzystencjalnych peryferiach. Dla naszych wiernych Twoje słowa wyrażają jedną prawdę, że Bóg kocha każdego człowieka. On nie męczy się, nie nuży tym kochaniem nas, obejmowaniem nas i przebaczaniem nam.” List zawiera też słowa bardzo „amazońskie”. Księża biskupi zapewniają o swoim zatroskaniu o ewangelizację Amazonii i o jej ochronę. O tym amazońskim zmartwieniu ewangelizacyjno – ekologicznym to kiedyś jeszcze więcej napiszę, ale dziś chciałbym skupić się na bulli o Jubileuszu Miłosierdzia.

Brazylijczycy mają wiele ciekawych powiedzeń. Jedno z nich mówi tak: jak ktoś nie chce dojść do Boga poprzez miłość, to będzie musiał dojść Niego przez cierpienie. Może ma to jakieś pokrewieństwo z polskim: jak trwoga to do Boga. Nie mniej bardzo często mam okazję być świadkiem takich sytuacji, kiedy to ludzie nagle powaleni jakimś cierpieniem zaczynają rozumieć, że odrzucali Boga, odrzucali Jego miłość, ale dopiero ból sprawił, że to dostrzegli. Po ludzku wszystko może wydawać się stracone, ale w Bożej przestrzeni jest zawsze szansa na odbudowę i odnowę, tę szansę gwarantuje właśnie Boże Miłosierdzie. Coraz częściej mam okazję, a jest to zawsze dla mnie przeżycie wyjątkowo głębokie i motywujące, widzieć jak działa Boże Miłosierdzie. Brazylia to kraj gdzie świadomość grzechu została wymazana nawet z serc katolików. Jak nie ma grzechu, nie ma też winy i odpowiedzialności. Chociaż to trudno jest zawsze wytłumaczyć, ale te dwie wymazane z naszej świadomości rzeczy sprawiają, że nie ma też miłości i wolności. Ale to dopiero człowiek dostrzega, kiedy już jest bardzo z nim źle. Często nawet nie jest już w stanie tego dostrzec, bo żyje zatopiony w nienawiści i egoizmie oraz zniewolony swoimi nałogami i żądzami. Kiedy mówimy o Miłosierdziu Bożym, to nie sposób jest nie mówić o tym, co najbardziej je „uruchamia”, czyli o grzechu. Jeśli ktoś powalony przez grzech będzie w stanie to w końcu rozpoznać i uznać się za grzesznika, to otwiera sobie drogę do Miłosierdzia.

Dla mnie wszystko w bulli ogłaszającej rok Miłosierdzia jest niezwykłe. Na przykład dzień jego rozpoczęcia. Wiem, że data ósmego grudnia jest związana z zakończeniem Soboru Watykańskiego II. Dla nas tutaj ma to jednak jeszcze więcej treści. Nasza diecezja ma za swoją Patronkę Najświętszą Maryję Pannę Niepokalanie Poczętą. Ze strony tutejszych ewangelików Maryja nieustannie spotyka się najróżniejszymi obelgami. Jednak najgorsze są właśnie wtedy, kiedy obchodzimy Niepokalane Poczęcie. W tym właśnie dniu Kościół chce ogłosić Rok Miłosierdzia, miłości w nadmiarze, bezwarunkowej, nie zasłużonej, niechcianej i odrzuconej ale tak bardzo potrzebnej do zbawienia. Jeśli nie przez miłość, to przez cierpienie dochodzi się do Boga. Uważam, że ta data jest opatrznościowa i wielu otrzyma łaskę nawrócenia. Jednak to działanie Boże dostrzegam też w zakończeniu Jubileuszu. Papież wyznaczył go na niedzielę Chrystusa Króla w 2016. To przecież dzień naszego odpustu parafialnego. Bez wątpienia nasza parafia jest w szczególny sposób powołana do dania świadectwa Bożego Miłosierdzia.

 

Święto Bożego Miłosierdzia 2015

paderewskigrzegorz

Święto Miłosierdzia Bożego, które właśnie co było przez cały Kościół obchodzone, daje nam okazję do pewnych podsumowań i pytań o Nabożeństwo do Bożego Miłosierdzia w Brazylii. Czasami odwiedzający nas kapłani pytają o to, kto rozpropagował Jezusa Miłosiernego w Brazylii. No cóż, odpowiedzieć na to pytanie chyba nie jest łatwo. Mam wrażenie, że wszystko zależy od źródła.

Swego czasu pan Wojciech Cejrowski w jednym ze swoich filmików o podróżach na krańce świata tłumaczył kto i jak odkrył źródła Amazonki. Były ponoć dwie wyprawy, jedna finansowana przez Rosjan, druga przez Amerykanów, ale w obu, jako kierownicy, brali udział Polacy. Podobno do dziś istnieje spór, która z tych wypraw powinna być uznana za tę decydującą, a co za tym idzie, które ze źródeł Amazonki jest to najwłaściwsze. Cejrowski skomentował to mniej więcej tak: Jedno nie podlega wątpliwości! Jakiekolwiek byłoby to źródło, to na pewno odkryli i zbadali je Polacy!

Tak samo bez wątpienia możemy powiedzieć o nabożeństwie do Bożego Miłosierdzia. To właśnie Polacy, w Kurytybie byli to księża marianie, a w Rio de Janeiro polscy pallotyni, rozpowszechnili kult Bożego Miłosierdzia. To z tych dwóch ośrodków orędzie siostry Faustyny rozeszło się na całą Brazylię. Dziś kult ten jest bardzo popularny. Aż zdumienie bierze, z jaką siłą i prędkością ta pobożność się rozpowszechniła wśród Brazylijczyków.

Jeśli chodzi o księży marianów, to oni zaczęli propagować kult Bożego Miłosierdzia w Kurytybie we wczesnych latach osiemdziesiątych minionego stulecia. Już w 1982 roku wydano pierwszy Dzienniczek siostry Faustyny. Tłumaczem był pan Mariano Kawka, słynny wśród polonii brazylijskiej naukowiec, tłumacz i pisarz. Do wydania Dzienniczka walnie przyczynili się marianie z prowincji św. Stanisława Kostki ze Stanów Zjednoczonych. Wtedy, kiedy pierwsze egzemplarze Dzienniczka rozchodziły się jak ciepłe bułki, były pochłaniane przez czytelników w oka mgnieniu i wielu ludzi garnęło się do Miłosierdzia Bożego, zrodziła się idea utworzenia Apostolatu Bożego Miłosierdzia. Znów z pomocą Amerykanów kupiono teren w Kurytybie z małym domkiem, który stał się pierwszą siedzibą Centrum Kultu Miłosierdzia Bożego. Potem była już lawina najróżniejszych akcji, rekolekcji, kongresów, publikacji, gazet. Dziś Kurytyba ma Sanktuarium Miłosierdzia Bożego, które znane jest w całej Brazylii.

Właściwie to prawie to samo można powiedzieć o pallotynach i ich pracy nad rozpowszechnianiem kultu Bożego Miłosierdzia. To także zaczęło się na początku lat osiemdziesiątych. Pytani przeze mnie pallotyni zawsze wskazują na księdza Tadeusza Korbeckiego, jako na tego, który zaczął Miłosierdzie Boże w Brazylii. On też dosłownie budował sanktuarium Miłosierdzia Bożego. Każdego dnia stawał do pracy jako murarz.

Realizowane w Rio de Janeiro, w pallotyńskim sanktuarium, Święta Miłosierdzia stały się słynne na pół świata. Odbywają się one tam z wielką procesją po ulicach miasta. Od wielu lat uroczystości organizowane są na krytym stadionie Maracanazinho. Tak wielka już jest liczba uczestników, zwykle jest co najmniej 20 000 ludzi. Żaden kościół nie mógłby pomieścić tylu wiernych.

U nas nie mamy jeszcze aż takich tłumów. Nie mniej święto Miłosierdzia Bożego, jak też cały kult, jest też w naszej parafii bardzo popularne. Co ciekawe, zwłaszcza wśród młodzieży. Ostatnie rekolekcje Oratorium oparte były o refleksje księdza Michała Sopocko na temat dusz oziębłych. Dla mnie było to wielkie przeżycie. Okazuje się, że rzeczywiście Miłosierdzie Boże jest nie tylko ostatnią deską ratunku, ale też przeogromną siłą przemieniającą duchowe ugory w cudowne ogrody. 

Wielki Tydzień 2015

paderewskigrzegorz

Manaus, 06. 04. 2015

Wielki Tydzień w naszej parafii znów był niezwykły. Uczestnictwo naszych parafian we wszelkich celebracjach liturgicznych napełniło mnie wielką radością i wdzięcznością. A nasza Droga Krzyżowa przeszła już moje najśmielsze oczekiwania. Przyszło bardzo wielu ludzi. Chyba powoli nasze nabożeństwo wielkopiątkowe staje się „sławne”, bo widziałem wiele nieznanych mi twarzy, co oznacza, że bez wątpienia byli to ludzie z innych parafii. Wprawdzie podczas nabożeństwa Męki Pańskiej zaczął padać gwałtowny deszcz i zacząłem się obawiać, że może on uniemożliwić realizację Drogi Krzyżowej na ulicach naszej parafii, to na szczęście po jakimś czasie padać przestało i przepięknie się rozpogodziło. Rozważania przygotowaliśmy w oparciu o temat tegorocznej Kampanii Braterstwa: „Kościół i społeczeństwo. Przyszedłem, aby służyć.” Brzmiały one niezwykle w scenerii poszczególnych stacji. Nasz Kościół właśnie służąc, odnajduje i w pełni realizuje się w społeczeństwie. Chociaż coraz bardziej jest z tego społeczeństwa wyrzucany, to jednocześnie to samo społeczeństwo coraz bardziej go potrzebuje. To paradoks, który chyba na zawsze pozostanie nieprzezwyciężony. W sumie nie powinno nas to dziwić, przecież żyjąc w tym świecie nie jesteśmy dla tego świata. To dla tego świat nas nie chce rozumieć i nas odrzuca. Muszę przyznać, że dla wielu naszych parafian zrozumieć to zjawisko jest czymś ogromnie ważnym. To daje im siłę do wytrwania w środowiskach, gdzie są wręcz prześladowani dla tego, że są katolikami. Coraz mniej mamy tolerancji. Właściwie to może i ona jest, ale nie dla nas katolików. Wszyscy mają prawo do wszystkiego, tylko nie my, katolicy.

Z jednej strony obserwuję znaczne ożywienie religijne wśród naszego ludu. Coraz więcej osób poszukuje sakramentu pojednania, rośnie nasza grupa katechezy dla dorosłych. Młodzi wyraźnie zainteresowani są duchowymi skarbami naszego Kościoła. Z drugiej jednak strony można zaobserwować wiele niepokojących zjawisk. Na przykład pokazuje się nam, że wiara i religia to coś, co już powoli zanika i ludzie są za każdym razem coraz bardziej oddaleni od Boga. Może tu, w Manaus, jest to spowodowane występowaniem ogromnej liczby najróżniejszych sekt i religii. Sprawia to, że wszystko się miesza i trudno o jakieś wyraźne definicje. Nie mniej, kiedy oglądaliśmy lokalne wiadomości, to dziennikarze relacjonujący przebieg katolickich celebracji związanych z Wielkim Tygodniem po prostu opowiadali najzwyczajniejsze bzdury. To totalna dezinformacja i dezorientacja religijna. Jak to też zawsze w takich momentach bywa, co chyba też zdarzyło się w Polsce, tak zupełnie przy okazji podano wyniki badań jakiejś tam firmy na temat religijności Brazylijczyków. Według nich tylko 37 procent w jakichś tam sposób celebruje Wielkanoc. 19% nie świętuje Paschy w ogóle. Nawet nie uznają tego czasu za świąteczny. Dla 44% zaś Wielkanoc oznacza spotkanie rodzinne, z przyjaciółmi, wolne od pracy i czekoladowe jajka. No cóż, media i konsumpcjonizm zrobiły już swoje wielkie spustoszenia. Niepokojące to wszystko, ale ja ciągle ufam, że jeszcze da się wiele uratować.

W Brazylii, co już wiele razy opisywałem, w czasie Wielkiego Tygodnia, ludzie urządzają coś, co nazywają tutaj torturowaniem lub paleniem Judasza. Nazwy są okrutne, ale i to, co robi się z Judaszem też nie ma nic wspólnego z pokojem i łagodnością. Robią ze szmat postać Judasza, naturalnego rozmiaru, wloką ją po ulicach, linczują, biją, kopią, w końcu palą lub wieszają na słupie. Oczywiście zawsze taki Judasz symbolizuje kogoś współczesnego. Wtedy przyczepiają na szyi Judasza tabliczkę z jego nowym imieniem, aby każdy wiedział, o kogo chodzi. W tym roku, z powodu gigantycznych rozmiarów skandalu korupcyjnego związanego z pewną państwową firmą, wielu Judaszów nosiło imiona poszczególnych bohaterów tejże afery. No cóż, szmacianą lalkę łatwo jest spalić.  O wiele piękniej byłoby, gdyby w taki sam sposób udało się nam wypalić, przezwyciężyć nasze słabości. Nie mniej Pascha Chrystusa nas uczy, że jest to możliwe. 

Wielki Post 2015

paderewskigrzegorz

Manaus, 16.03.2015

III, IV i V niedziela Wielkiego Postu to w naszej parafii czas skrutyniów młodzieży, która w czasie paschalnym przyjmie sakramenty wtajemniczenia chrześcijańskiego. To bardzo wzruszające dla nas momenty i celebrujemy je z wielkim namaszczeniem i radością. Nie mamy wielkiej grupy w tym roku, ale nie mniej jesteśmy z tych młodych ludzi dumni i wiążemy z nimi wielkie nadzieje. To w sumie wielki owoc katechezy katechumenalnej. Chociaż jest ich mniej, to są za to bardziej zaangażowani w życie poszczególnych wspólnot parafialnych. Właściwie to już nie mamy takich, co to tylko chcą sakramenty, ale nie chcą Kościoła. Dzięki Bogu świadomość eklezjalna młodych jest coraz większa. Kilkoro z nich zaczyna swoją drogę sakramentalną w Kościele od zera, co oznacza, że podczas Wigilii Paschalnej przyjmą chrzest. Nasze święto będzie więc miało swój najpełniejszy wymiar i najwspanialszą oprawę. To kolejna okazja to katechezy dla całej wspólnoty parafialnej.

Finał Wielkiego Postu będzie dla nas bardzo pracowity zwłaszcza z powodu Drogi Krzyżowej w Wielki Piątek. Tradycyjnie zostanie ona zrealizowana zaraz po liturgii wielkopiątkowej, którą zawsze zaczynamy o 15.00 pierwszą nowenną do Miłosierdzia Bożego. Po wszystkim wychodzimy na ulice i idziemy poprzez całą naszą parafię medytując Mękę Chrystusa. Ponieważ nasza Droga Krzyżowa stała się już bardzo wielkim przedsięwzięciem religijnym, to właściwie prace nad nią zaczynają się prawie rok wcześniej. To są naprawdę całe miesiące przygotowań. Poszczególni uczestnicy, bo nie wolno mi ich nazwać aktorami, oni nie odgrywają niczego, ale nam przedstawiają Misterium Męki Chrystusa  dzieląc się z nami swoimi przeżyciami, uczą się tekstów, medytują je, studiują z uwagą Pismo Święte i przekazy różnych świętych, mistyków czy wizjonerów, w tym też objawienia Anny Katarzyny Emmerich. Mają też swoje dni modlitwy, a właściwie to wręcz rekolekcji. Sam się dziwię, skąd u tych ludzi taki zapał i zaangażowanie. Są to czasami poważni panowie, zapracowani, którzy po godzinach spędzonych w fabryce biegną przez całe miasto, aby jeszcze wieczorami brać udział w tych pracach nad przygotowaniem Misterium. Widać jak są zmęczeni, ale jednocześnie szczęśliwi. Są też młodzi, którzy zamiast robić to, co ich koledzy, czyli tracić czas na głupoty tego świata, potrafią całe wieczory w ciągu roku wiele razy poświęcać wspólnocie. Kiedy się z nimi o tym rozmawia, to mówią, że życia sobie nie wyobrażają bez tej całej pracy. Aż się nie mogę doczekać tegorocznej Drogi Krzyżowej, aby się przekonać o tym, jak tym razem dane nam będzie doświadczyć misterium Męki i Śmierci Chrystusa. Dziś zaś poszukiwał nas dziennikarz z lokalnej telewizji chcą właśnie zrobić reportaż o naszej Drodze Krzyżowej. Nie wiem jednak, czy rzeczywiście takie reportażu potrzebujemy. Ponieważ każdego roku coraz bardziej rośnie niechęć do nas katolików ze strony zielonoświątkowców i często przy okazji takich demonstracji wiary jesteśmy obrzucani jakimiś wyzwiskami i w najróżniejszy sposób nam przeszkadzają, to też się na to przygotowujemy w ten sposób, aby nasze świadectwo wiary było za każdym razem coraz poważniejsze i autentyczniejsze. Chcemy w tym roku zachęcić naszych parafian, aby na drogę Krzyżową oznaczyli swoje domy katolickimi symbolami religijnymi. To tutaj wielka nowość, do tej pory nikt nigdy tego nie robił, ani na Boże Ciało, co u nas, w Polsce jest przecież tak oczywiste, ani na Niedzielę Palmową. Zobaczymy, jak się to nam uda. Może się to okazać wcale nie takie łatwe, bo katolicy na co dzień spotykają się z wielkimi represjami ze strony sekt zielonoświątkowych.  Ufam jednak, że dla nas wszystkich będzie to czas wielkich przeżyć i pogłębienia naszej wiary.

 

 

 

Campanha da Fraternidade 2015

paderewskigrzegorz

Ależ ten czas szybko biegnie. Już mamy drugi tydzień Wielkiego Postu. Jak zawsze w tym czasie, w Brazylii mamy Campanha da Fraternidade, czyli Kampanię Braterstwa. Wyznam szczerze, że jest ona w tym roku wyjątkowo ciekawa i bardzo potrzebna. Jej temat to: „Braterstwo: Kościół i społeczeństwo.” Celem ogólnym tegoż rocznego programu duszpasterskiego, bo chyba tak trzeba to określić, chcąc najzwięźlej wyrazić esencję Kampanii, jest rozwój i pogłębienie w świetle Ewangelii, dialogu i współpracy między Kościołem i społeczeństwem. Nie można tego rozumieć jakoby Kościół i społeczeństwo byłyby dwoma odrębnymi rzeczywistościami. My, katolicy, jesteśmy przecież też społeczeństwem, przynajmniej pewną jego częścią. Niestety, społeczeństwo, świadomie lub nie, od Kościoła nieustannie się separuje, chcąc nas przedstawiać jako coś przestarzałego i zbędnego. A tymczasem tak nigdy nie było, nie jest i nie powinno być. Ten rozwój i pogłębienie dialogu ze społeczeństwem odbywać się ma według propozycji Soboru Watykańskiego II i wyrażać się poprzez służbę ludowi brazylijskiemu. Stąd zawołaniem tegorocznej Kampanii Braterstwa jest cytat z Ewangelii według św. Marka: „Bo i Syn Człowieczy nie przyszedł, aby Mu służono, lecz żeby służyć i dać swoje życie na okup za wielu. ” Mk 10, 45. A wszystko to dla rozwoju Królestwa Bożego.

Cel rzeczywiście piękny i temat wyjątkowo tutaj aktualny. Właściwie to jest sprawa, która wręcz krzyczy o uwagę i uczciwe potraktowanie przez społeczeństwo. Obecne od bardzo dawna w Ameryce Południowej trendy, chociaż oczywiście spotykamy to chyba wszędzie na świecie, chcą zignorować Kościół Katolicki. Nie walczyć z nim, nie prześladować, ale jakby wymazać go z pamięci narodów, z ich historii, z ich życia. Mam nawet takie wrażenie, że już się to chyba w przypadku niektórych tutejszych krajów udało. Na przykład w Urugwaju Kościół Katolicki jest już jakby „nieistniejący”. Nie ma go podręcznikach szkolnych, codziennych wiadomościach, gdzieś zniknęły wszelkie znaki religijne, świątynie wydają się nieistniejące. Kiedy się spaceruje po Montevideo ma się silne wrażenie, że jedynym religijnym pomnikiem w stolicy tego kraju jest ten postawiony Janowi Pawłowi II. Mówienie publiczne o Kościele w ogóle nie ma miejsca. Jest totalna, już od bardzo wielu lat, cisza na temat Kościoła.

W Brazylii jeszcze takiej ciszy nie ma, ale najwyraźniej sytuacja w jej kierunku zmierza. Stąd Campanha da Fraternidade ma za zadanie przede wszystkim przypomnieć drogę Kościoła, to, co on tu uczynił. Kiedy wyciąga się tylko grzechy poszczególnych ludzi Kościoła nigdy nie widzi się tego, co Kościół dla tej ziemi zrobił. W Amazonii, a tak też jest w większości miast, miasteczek i osiedli całego kraju, wszystko było ufundowane przez Kościół Katolicki. Całe miasta ze wszystkim, co posiadają, a więc szkoły, szpitale, sierocińce i wiele innych rzeczy. Jednak to nie wszystko. Najważniejsze są wartości ewangeliczne, które zostały położone jako fundamenty budowanego przez Kościół Katolicki społeczeństwa. Właśnie to społeczeństwo, które zawdzięcza swoje istnienie Kościołowi, negując wartości duchowe, chce się od niego odwrócić. A ponieważ próżnia nie ma racji bytu, więc jest ona zapełniana przez sekty, zwłaszcza zielonoświątkowe, które sprytnie używają Biblii aby niemiłosiernie ludźmi manipulować i ich wykorzystywać.

Campanha da Fraternidade 2015 to powrót do najważniejszych duchowych wartości. Kościół Katolicki jest wspólnotą miłości, wspólnotą, w której doświadcza się Bożego Miłosierdzia. Stąd my, katolicy, zawsze wyciągamy rękę do każdego. Nikt przez nas nie jest odrzucany. Zawsze mamy dla powracających miejsce.

 

Guido Schaffer

paderewskigrzegorz

Manaus, 26.01.2015

Kościół w Brazylii ma wyjątkowo rozbudzony kult świętych, co nieustannie nas konfliktuje z wszelkimi rodzajami zielonoświątkowców. Nasi święci wprawiają protestantów w istny szał, często kończy się to aktami agresji, niszczeniem figur i demonstracjami antykatolickimi. Już nie tylko się zdarza, że jakiś gorliwy pastor rozbija młotkiem rzeźbę Najświętszej Maryi Panny, ale dochodzi też do sytuacji wyjątkowo drastycznych i ohydnych, o czym trudno wręcz mi pisać. Myślę o tym wszystkim dosyć zaniepokojony. Od jakiegoś już czasu, kiedy w niedzielę sprawuję Mszę Świętą w kaplicy świętej Elżbiety, to ulicą przechodzi demonstracyjnie mała grupka zielonoświątkowców, którzy wymachują rękoma w geście jakby rzucania czymś w naszą stronę i krzyczą „Queima, Senhor!”. Oznacza to „spal, Panie”. Mam nadzieje, że za jakiś czas przejdzie im ta ognista gorliwość.

Ta nadwrażliwość uwidacznia się zawsze, kiedy Kościół Katolicki w Brazylii ma swoje wielkie celebracje z okazji liturgicznych wspomnień różnych bardzo popularnych świętych. Styczeń to miesiąc poświęcony świętemu Sebastianowi, który w Brazylii jest bardzo kochany i popularny. Każde miasto musi mieć przynajmniej jeden kościół jemu zadedykowany. Natomiast w Rio de Janeiro, którego święty Sebastian jest głównym patronem i w jego liturgiczne wspomnienie miasto na dodatek obchodzi swoje urodziny, wszyscy są po uszy zakochani w tym dzielnym żołnierzu Chrystusa. Tego roku celebracja z okazji odpustu św. Sebastiana była doprawdy wyjątkowa. W Rio de Janeiro ten odpust trwa aż trzynaście dni i ma swoje stacje w najróżniejszych punktach miasta. Właśnie pierwszego dnia, podczas mszy świętej sprawowanej przez księdza kardynała Orani Joao Tempesta został otwarty proces beatyfikacyjny Guido Schaffera. Kim był ten Brazylijczyk? Nasza ciekawość wzrasta jeszcze bardziej kiedy patrzymy na licznie zgromadzonych młodych ludzi na tej mszy świętej, w tym seminarzystów, Siostry Miłosierdzia, lekarzy wszelkich specjalizacji i surferów ze swoimi deskami surfingowymi. Guido jest nazywany Sao Francisco Carioca, czyli świętym Franciszkiem z Rio de Janeiro. Urodził się w 1974 roku. Został lekarzem. Nie był jednak „zwykłym” lekarzem. Wszyscy patrząc na tego wyjątkowo utalentowanego młodzieńca widzieli w nim kogoś, kto w przyszłości na pewno zrobi wielką karierę. Rzeczywiście ją zrobił, tylko nie taką, jaką mu wróżono. Jako lekarz poświecił się szczególnie biednym. To właśnie z tego swojego poświęcenia najbardziej potrzebującym jest tak znany. Na dodatek, kiedy pewnego dnia otworzył Biblię na Ewangelii św. Łukasza 18,22 i przeczytał słowa: „Jednego co jeszcze brakuje: sprzedaj wszystko co masz, rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie; potem przyjdź i chodź ze mną.” Nie wiem, czy rzeczywiście sprzedał wszystko, co miał i rozdał ubogim, w Internecie piszą, że tak właśnie uczynił, ale na pewno bardzo zmienił swoje życie. Jeszcze bardziej poświęcił się biednym, do tego stopnia, że zaczęli go nazywać Aniołem. A ponieważ nie zrezygnował jedynie z pewnej swojej wyjątkowej pasji, czyli z serfowania, to nazywano go Aniołem Surferem. Potem wstąpił do seminarium. Niestety, kiedy brakowało już tylko kilka miesięcy do jego święceń diakońskich, doszło do tragicznego wypadku i Guido stracił swoje życie. Surfował wówczas w zatoce Guanabara, coś uderzyło go w szyję i to spowodowało jego śmierć. Jego pogrzeb był prawdziwa manifestacją wiary. Doszło też wówczas to niezwykłej sytuacji. Ksiądz kardynał Orani JoaoTempesta zbliżył się do trumny, zdjął swoją stułę i położył ją na ciele Guido. Powiedział wówczas: „Nie zdążyłeś zostać kapłanem tu, na ziemi, ale na pewno nim już jesteś w niebie.”

Brazylia ma jak do tej pory tylko jednego świętego oryginalnie brazylijskiego, świętego Frei Galvao. Jest też spora, około 70 osób, ale jak na ponad pięćsetletnią historię tego Kościoła to jednak niewielka, grupka błogosławionych. Natomiast wielu „ustawia się” w kolejkę na ołtarze. To wspaniale. Nasi młodzi potrzebują wzorów do naśladowania. Guido Schaffer to święty wyjątkowo pasujący na nasze czasy. 

Szafarze Eucharystii

paderewskigrzegorz

Manaus, 19.01.2015

Styczeń w naszych realiach duszpasterskich jest bardziej spokojny bo najzwyczajniej wakacyjny. Chociaż mało kto gdzieś tam sobie wyjeżdża na wakacje, to jednak wolne od szkoły wyludnia nieco nasze kaplice i trochę spowalnia nasze duszpasterstwo. Oczywiście cięgle dzieją się najróżniejsze rzeczy. Z takich najważniejszych to była nasza wspaniała celebracja z ustanowieniem ministros da eucaristia, czyli nadzwyczajnych szafarzy Komunii Świętej i naszym kandydatom do diakonatu stałego została udzielona posługa akolitów. Ta wspaniała uroczystość odbyła się szóstego stycznia. W Brazylii nie było to Święto Trzech Króli, bo tutaj ono jest zawsze przenoszone na najbliższą niedzielę. Wypadł dzień zwykły, ale dla nas był on jak najbardziej niezwykły. Często tak bywa, że pewne sytuacje pomagają nam dostrzec, jak to Pan Bóg ma nad wszystkim kontrolę. Nasze ustanowienie szafarzy planowaliśmy od bardzo dawna, wiele miesięcy temu ksiądz biskup wyznaczył datę. Nikt z nas wówczas nie zaglądał do kalendarza liturgicznego aby sprawdzić czytania. Tymczasem okazało się, że liturgia właśnie na ten dzień miała dla nas Ewangelię o rozmnożeniu chleba. Czas należy do Boga, bez wątpienia. On ma wszystko zaplanowane.

Mamy teraz 31 szafarzy Komunii Świętej. Są oni zarazem ministros da Palavra i ministros da visitação. Co to wszystko oznacza? Kiedy my nie możemy z jakichś tam powodów przewodniczyć celebracjom, oni wówczas realizują Celebrację Słowa Bożego. Rzadko się to zdarza, ale nasza parafia jest na takie ewentualności przygotowana. Ksiądz biskup bardzo o to dba, aby każda z parafii i wspólnot katolickich była zorganizowana w taki sposób, by w razie braku księdza każda z funkcji parafii była kontynuowana. Oczywiście kapłana żaden z nadzwyczajnych szafarzy zastąpić w pełni nie jest w stanie. Chodzi jednak tylko o sytuacje awaryjne.

Celebracja Słowa Bożego, pomoc w rozdawaniu Komunii Świętej podczas naszych Eucharystii, adoracje i wszelkie inne modlitewne zgromadzenia na terenie naszej parafii – to wszystko nie jest tak naprawdę tym, co najbardziej motywuje nas do poszukiwania i formowania naszych szafarzy. Tym, na czym nam najbardziej zależy jest właśnie ministerio da visitacao. Każdy z naszych szafarzy ma za zadanie każdego tygodnia odwiedzać chorych z Komunią Świętą. To właściwie nie jest taka prosta sprawa. Szafarz wręcz przejmuje opiekę duszpasterską nad chorym i jego rodziną. Odwiedzając tę rodzinę modli się razem z nimi, ewangelizuje, katechizuje, motywuje do uczestniczenia w życiu naszej wspólnoty. Jeśli trzeba, to woła księdza, aby chorych wyspowiadał lub udzielił Sakramentu Namaszczenia. Oczywiście wcześniej tego chorego na taki moment przygotowuje. Sytuacja duchowa naszych chorych jest ogromnie skomplikowana. Aby sakramenty były sprawowane i przyjęte godnie, trzeba znacznego przygotowania i wysiłku. W razie biedy w domu chorego ministro da visitacao informuje o tym nasz parafialny Caritas. Często idąc do takich chorych zabieram ze sobą, nie tylko dla niego, ale dla całej rodziny, najpotrzebniejsze rzeczy do jedzenia. Nasi ministrowie to nasza obecność w domu potrzebujących najróżniejszej pomocy.

Sześć miesięcy temu, nasi kandydaci do diakonatu, stałego Junior i Pedro, otrzymali posługę lektoratu. Tym razem ksiądz arcybiskup, Dom Sergio, udzielił im akolitatu. To moment wyjątkowy dla naszej parafii. Od dawna wykorzystuję wszelkie okazje do motywacji naszych parafian w rozwoju pobożności eucharystycznej. Tym razem też widzę w tym bardzo silny znak Boży. Stąd z uwagą słuchaliśmy homilii księdza arcybiskupa, który wyjaśniał nam znaczenie Eucharystii. Wśród wielu jej elementów tym najważniejszym jest miłość codziennie niesiona innym. Obyśmy umieli tak żyć każdego dnia. 

Reisada

paderewskigrzegorz

Często piszący do mnie znajomi pytają o bożonarodzeniowe tradycje Brazylijczyków. Brazylia niestety nie ma tak wielu i tak pięknych zwyczajów świątecznych związanych z Bożym Narodzeniem. To dosyć dziwne, bo przecież kiedy tak wiele narodów ten ogromny kraj kolonizowało, to ze swoich ojczyzn przywozili oni także obyczaje i tradycje religijne. Niestety, nie są one bardzo popularne i widoczne. Gdzieś to wszystko pozanikało. Zjawisko to też jest bardzo smutne, bo w miejsce tych nieistniejących obyczajów potworzyły się nowe, często tandetne, okropne i wręcz nieludzkie.  Wszystko zaś napędza handel. Kup dużo aby mieć święta szczęśliwe!

Tutaj też spoganiał sposób mówienia o Świętach Bożego. Oczywiście musi on być poprawny politycznie. Mówi się więc coraz częściej o świętach końca roku, świętach światła lub życia, świętach pokoju, uniwersalnym braterstwie. Oczywiście papai Noel, podobny do św. Mikołaja, aczkolwiek mało, poza brodą i wiekiem, mający z nim wspólnego, jest obecny obowiązkowo dosłownie wszędzie. Przyznam, że denerwuje mnie to, że już od połowy października można spotkać biegających po ulicy czy sklepach ludzi ubranych w mikołajowe czapki. Ponad trzydziestostopniowy upał i tropikalna wilgotność perfekcyjnie z tymi przebraniami komponuje się.

Jest jeden zwyczaj, który udało mi się kiedyś udokumentować i nawet nieco opisać. Chodzi o reisada, czyli folia de reis. Zwyczaj ten przeniesiony został do Brazylii przez katolików portugalskich. Jest oczywiście związany z Trzema Królami. Nie wiem, jak jest on realizowany w Portugalii, ale mam wrażenie, że w Brazylii został on wzbogacony o lokalne elementy. Co niektórzy mówią, że reisada była już urządzana w XVII w. Podobno w Portugalii była ona bardziej do bawienia się, a w Brazylii bardziej do modlenia się, akcentowano wręcz z przesadą elementy religijne. No cóż, mam wrażenie, że raczej zdarzyło się odwrotnie. Słowo folia użyte w nazwie tegoż obyczaju oznacza właśnie beztroską, nieodpowiedzialną wręcz zabawę i bardziej jest związane z karnawałem.

Reisada to połączenie orszaku Trzech Króli z jasełkami. Całość mniej więcej odbywa się tak: po ulicach chodzą grupy ludzi przedstawiających różne, związane ze Świętami Bożego Narodzenia postacie. Jest też kilka postaci dodatkowych, na przykład mistrz, anty – mistrz, pajac. Przystają oni przed jakimś domem i śpiewają o narodzeniu Pana Jezusa. Za dobrą nowinę otrzymują jakieś datki, najczęściej jedzenie. Muzyka jest oczywiście bardzo ludowa, prosta, skoczna, od razu wszystkich porywa do tańca. Instrumenty używane w reisada to gitara, akordeon, bębenek, tamburyno, trójkąt oraz inne, bardzo proste instrumenty perkusyjne.

Zadaniem całego tego towarzystwa jest, jak to już wspomniałem, ogłoszenie nowiny o narodzeniu Zbawiciela oraz o zmylenie Heroda. On właśnie często jest adresatem bardzo ostrych tekstów w piosenkach. Jest krytykowany i wyśmiewany. Często takie piosenki przeradzają się w krytyki najróżniejszych współczesnych Herodów. Najczęściej obrywa się lokalnym politykom.

Kiedy już uczestnicy orszaku Trzech Króli obejdą ulice i napełnią kieszenie datkami, zatrzymują się w jakimś barze i tam cała festa rozkręca się na całego. Oczywiście, nie zmierza już ona w kierunku głębokiej duchowości.

W jednej z gazet ukazał się teraz świetny, satyryczny i w swej wymowie bardzo smutny rysunek. Po ulicy dzisiejszego Betlejem chodzi św. Józef z Maryją. Dobijają się do każdego domu, ale nigdzie im nie otwierają, bo wszędzie głośno się bawią. Józef mówi do Maryi, że nie słyszą jego pukania, bo hucznie świętują czyjeś urodziny. Ciekawe czyje, musi to być ktoś bardzo sławny, skoro szał festy ogarnął każdego. Niestety, nigdzie nie wspominano jego imienia. Chyba już go za dobrze nie pamiętano. Maryja i Józef, zmęczeni tym bezskutecznym dobijaniem się do zamkniętych ludzkich serc, poszli dalej. 

Matka trędowatych

paderewskigrzegorz

Manaus, 08. 12. 2014

Ostatnio kanały informacyjne obiegły dwie, dla wszystkich misjonarzy bardzo ważne wiadomości.  Jedna radosna i druga smutna, acz oczywista. Pierwsza to informacja o uwolnieniu polskiego misjonarza księdza Mateusza Dziedzica, który pracuje w Republice Środkowo Afrykańskiej. Ten kraj bardzo wiele zawdzięcza Kościołowi Katolickiemu. To dramat, że dochodzi tam teraz do takich sytuacji. Ks. Mateusz został porwany dwunastego października, przetrzymywany przez porywaczy przez sześć tygodni i w wreszcie oswobodzony. Porywaczom chodziło o zakładnika, za którego mogliby uzyskać zwolnienie z więzienia generała Miskina, przywódcy rebeliantów. Tak też się stało. Po długotrwałych negocjacjach polski misjonarz, wraz z grupa piętnastu innych zakładników został uwolniony przez porywaczy, a z kameruńskiego więzienia wypuszczono wspomnianego rebelianckiego przywódcę. Potem jeszcze udało się uprosić ocalenie dla kolejnych dziesięciu zakładników. To już wielka zasługa Ks. Mateusza, bo to on się wstawiał za swoich dotychczasowych towarzyszy niedoli. Spotkał się osobiście z generałem Miskinem i ten, nie tylko, że usłuchał prośby o uwolnieniu tychże dziesięciu osób, ale nawet przeprosił i prosił o przebaczenie tarnowskiego misjonarza za porwanie i cierpienia. Dzięki Bogu historia ta skończyła się szczęśliwie.

Druga wiadomość, zapowiada przeze mnie jako smutna, to informacja o śmierci wielkiej polskiej misjonarki, Matki Trędowatych, pani Wandy Błeńskiej. Miała 103 lata. Historia jej życia jest doprawdy wyjątkowa. Urodziła się w 1911 roku w Poznaniu. Została lekarzem. Już w czasie studiów należała do akademickiego koła misyjnego. Podczas II wojny światowej była podporucznikiem AK. Po wojnie zaś zdobyła dyplom z medycyny tropikalnej na uniwersytecie w Liverpool. Od 1951 do 1994 roku pracowała w Ugandzie, w słynnym ośrodku leczenia trądu w Bulubie. To właśnie pani doktor Błeńskiej miejsce to zawdzięcza międzynarodową renomę, bo opracowała tam i wdrożyła nowoczesne metody leczenia trądu. Z czasem powstały liczne filie tegoż ośrodka na terenie całej Ugandy.

„Jestem wdzięczna Panu Bogu za to, że mogłam tam przebywać i pomagać ludziom. To były lata ciężkiej, ale szczęśliwej pracy. Przez ten czas zaznałam wiele serdeczności i życzliwości, wiele dobra szczególnie od osób, które spotkałam w Afryce” - tak skromnie wypowiedziała o swojej pracy.

Ojciec Święty Jan Paweł II nadał jej Order Świętego Sylwestra, który jest najwyższym odznaczeniem przyznawanym świeckim zaangażowanym w życie Kościoła. Kiedy obchodziła swoje setne urodziny prezydent Bronisław Komorowski odznaczył misjonarkę, w uznaniu wybitnych zasług w pracy naukowo – badawczej z dziedzinie medycyny tropikalnej i leczenia trądu, Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski. O tym, że była honorową obywatelką Ugandy i Poznania nawet nie trzeba już wspominać, bo to po prostu oczywiste.

Słynna była jedna z jej afrykańskich przygód z hipopotamem. Płynęła wówczas po Jeziorze Wiktoria i wspomniany zwierzak ją zaatakował. Opowiadała: „Zawołałam: święty Rafale ratuj, a ja będę wiosłować”! Całe jej życie było takim właśnie wytrwałym wiosłowaniem i współpracą z łaską Bożą. To dla tego tak wiele osiągnęła.

Spotykałem kilkakrotnie panią Wandę Błeńską w czasie mego pobytu w Centrum Formacji Misyjnej w Warszawie, podczas naszego przygotowywania się do wyjazdu na misje oraz podczas naszych wakacyjnych rekolekcji dla misjonarzy. To, co mnie zawsze w niej ujmowało, to niezwykła skromność i umiłowanie Eucharystii. Często powtarzała: „Nikt z nas nie żyje tylko dla siebie!”

MEJ

paderewskigrzegorz

Manaus, 24. 11. 2014

Chyba każda parafia na świecie ma, jakkolwiek byłby on rozumiany i nazywany,  swój Apostolat Modlitwy. Zawsze istnieje pewna grupa osób, która umiłowawszy modlitwę, jej właśnie w sposób szczególny się oddaje. Modli się w intencjach papieskich ogólnych i misyjnych, Kościoła krajowego czy diecezjalnego, w sprawach parafialnych. Brazylia ma AO, czyli Apostolado da Oracao, co oznacza właśnie Apostolat Modlitwy. Często jest niedoceniany, bo w naszym zabieganym świecie ulegamy pokusie większego waloryzowania akcji, a nie kontemplacji. My na szczęście nie mamy z tym problemu, bo już wiele razy widzieliśmy jak Apostolat ratował nas swoimi modlitwami w bardzo trudnych sytuacjach. Kiedy przeżywaliśmy trudne chwile związane z kształtowaniem naszej parafii, wszelkie dyskusje, spory i pretensje ucichły szybko, kiedy AO wziął się za to ze swoimi modlitwami. Kiedy kilku zielonoświątkowców nielegalnie zajmujących teren przy kościele pod swoje targowe kramiki uniemożliwiało budowanie plebanii, nasze dzielne parafianki skutecznie się z tym „rozprawiły” z różańcem w ręku. Modliły się w miejscu, gdzie próbowaliśmy budować dom parafialny i pewnego dnia zielonoświątkowcy po prostu się wynieśli. Podobnie było w momentach, kiedy brakowało nam środków na kontynuację budowy naszego domu. Apostolat intensyfikował modlitwy i za jakiś tam czas przychodziła pomoc z najmniej oczekiwanej strony. Oczywiście taki Apostolat Modlitwy ma też swoje formacje, rekolekcje, spotkania, nawet rozrywkę. Ma nawet w swoich aktywnościach coś z koła gospodyń, w naszym przypadku zdecydowanie miejskich. Czasami urządzamy dla biednych różne kursy, na przykład jak maksymalnie i umiejętnie wykorzystać owoce i warzywa w przyrządzaniu posiłków. Wtedy właśnie nasze panie z Apostolatu zachwycają nas swoim doświadczeniem. Ileż to pysznych rzeczy można zrobić na przykład z takiej dyni. Nawet z tych jej części, które normalnie się wyrzuca, mając je za nieużyteczne.

Jednym z poważnych problemów z jakimi boryka się ta grupa pastoralna w naszych realiach jest brak nowych, młodych członków. Grupa AO niestety wymiera. Nie ma nowych osób na miejsce tych, co odchodzą. No cóż, młodzi raczej mają inne zainteresowania, dynamikę wiary, bardziej aktywną duchowość. Także współczesne tendencje zdaje się, że temu nie sprzyjają. Jednak pewnego dnia wpadł mi ręce Podręcznik Ruchu Eucharystycznego Młodych. Ponieważ zawsze zwracam szczególne uwagę na to, co jest związane z Eucharystią, więc przeczytałem sobie tę cenną książeczkę z uwagą. Było to o czymś, co można nazwać przedszkolem lub szkołą podstawową Apostolatu Modlitwy. Zachwycony projektem, jednak z wielkimi obawami, opowiedziałem o tym na jednym ze spotkań Apostolatu. Postanowiliśmy rozpropagować ideę. Ponieważ metoda ogłoszenia czegoś po Mszy i ogólnego zaproszenia raczej nie skutkuje, więc postanowiliśmy zapraszać młodzież osobiście. Obeszliśmy więc wszystkich katechizowanych nastolatków, ministrantów i oratorianów. Ku mojemu zdumieniu na spotkanie informacyjne przyszło tych młodych ludzi rzeczywiście bardzo wielu. Przedstawiliśmy im na czy polega Movimento Eucaristico Jovem, czyli Ruch Eucharystyczny Młodych. Tydzień później ruch zaczął swoją działalność. Uformowała się struktura, wybraliśmy odpowiedzialnego i animatorów. Z radością mogę powiedzieć, że po kilku miesiącach działalności, młodzi trwają w swoim wyborze i postanowieniach. A nie jest to takie łatwe. MEJ to modlitwa i formacja duchowa, określiłbym ją jako dosyć zaawansowana. Centrum jest Eucharystia i kult Najświętszego Serca Pana Jezusa. Wszystkiemu towarzyszy też dosyć wyraźnie zdefiniowana orientacja powołaniowa. Nasi młodzi przyjaciele mają w każdą sobotę godzinną adorację Najświętszego Sakramentu. W niedzielę zaś przed południem spotykają się na swoją formację. Tematów jak na razie jest bardzo dużo i z wielką chęcią w tych konferencjach, katechezach i zajęciach uczestniczą. Oby tak dalej.

To jest właśnie ta radość, którą chciałem się tak bardzo podzielić. Ufam, że Ruch Eucharystyczny Młodych będzie jednym z tych czynników, który pomoże nam wyjść z naszej biedy eucharystycznej. 

© B R A Z Y L I A
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci