Menu

B R A Z Y L I A

Wielki Tydzień 2015

paderewskigrzegorz

Manaus, 06. 04. 2015

Wielki Tydzień w naszej parafii znów był niezwykły. Uczestnictwo naszych parafian we wszelkich celebracjach liturgicznych napełniło mnie wielką radością i wdzięcznością. A nasza Droga Krzyżowa przeszła już moje najśmielsze oczekiwania. Przyszło bardzo wielu ludzi. Chyba powoli nasze nabożeństwo wielkopiątkowe staje się „sławne”, bo widziałem wiele nieznanych mi twarzy, co oznacza, że bez wątpienia byli to ludzie z innych parafii. Wprawdzie podczas nabożeństwa Męki Pańskiej zaczął padać gwałtowny deszcz i zacząłem się obawiać, że może on uniemożliwić realizację Drogi Krzyżowej na ulicach naszej parafii, to na szczęście po jakimś czasie padać przestało i przepięknie się rozpogodziło. Rozważania przygotowaliśmy w oparciu o temat tegorocznej Kampanii Braterstwa: „Kościół i społeczeństwo. Przyszedłem, aby służyć.” Brzmiały one niezwykle w scenerii poszczególnych stacji. Nasz Kościół właśnie służąc, odnajduje i w pełni realizuje się w społeczeństwie. Chociaż coraz bardziej jest z tego społeczeństwa wyrzucany, to jednocześnie to samo społeczeństwo coraz bardziej go potrzebuje. To paradoks, który chyba na zawsze pozostanie nieprzezwyciężony. W sumie nie powinno nas to dziwić, przecież żyjąc w tym świecie nie jesteśmy dla tego świata. To dla tego świat nas nie chce rozumieć i nas odrzuca. Muszę przyznać, że dla wielu naszych parafian zrozumieć to zjawisko jest czymś ogromnie ważnym. To daje im siłę do wytrwania w środowiskach, gdzie są wręcz prześladowani dla tego, że są katolikami. Coraz mniej mamy tolerancji. Właściwie to może i ona jest, ale nie dla nas katolików. Wszyscy mają prawo do wszystkiego, tylko nie my, katolicy.

Z jednej strony obserwuję znaczne ożywienie religijne wśród naszego ludu. Coraz więcej osób poszukuje sakramentu pojednania, rośnie nasza grupa katechezy dla dorosłych. Młodzi wyraźnie zainteresowani są duchowymi skarbami naszego Kościoła. Z drugiej jednak strony można zaobserwować wiele niepokojących zjawisk. Na przykład pokazuje się nam, że wiara i religia to coś, co już powoli zanika i ludzie są za każdym razem coraz bardziej oddaleni od Boga. Może tu, w Manaus, jest to spowodowane występowaniem ogromnej liczby najróżniejszych sekt i religii. Sprawia to, że wszystko się miesza i trudno o jakieś wyraźne definicje. Nie mniej, kiedy oglądaliśmy lokalne wiadomości, to dziennikarze relacjonujący przebieg katolickich celebracji związanych z Wielkim Tygodniem po prostu opowiadali najzwyczajniejsze bzdury. To totalna dezinformacja i dezorientacja religijna. Jak to też zawsze w takich momentach bywa, co chyba też zdarzyło się w Polsce, tak zupełnie przy okazji podano wyniki badań jakiejś tam firmy na temat religijności Brazylijczyków. Według nich tylko 37 procent w jakichś tam sposób celebruje Wielkanoc. 19% nie świętuje Paschy w ogóle. Nawet nie uznają tego czasu za świąteczny. Dla 44% zaś Wielkanoc oznacza spotkanie rodzinne, z przyjaciółmi, wolne od pracy i czekoladowe jajka. No cóż, media i konsumpcjonizm zrobiły już swoje wielkie spustoszenia. Niepokojące to wszystko, ale ja ciągle ufam, że jeszcze da się wiele uratować.

W Brazylii, co już wiele razy opisywałem, w czasie Wielkiego Tygodnia, ludzie urządzają coś, co nazywają tutaj torturowaniem lub paleniem Judasza. Nazwy są okrutne, ale i to, co robi się z Judaszem też nie ma nic wspólnego z pokojem i łagodnością. Robią ze szmat postać Judasza, naturalnego rozmiaru, wloką ją po ulicach, linczują, biją, kopią, w końcu palą lub wieszają na słupie. Oczywiście zawsze taki Judasz symbolizuje kogoś współczesnego. Wtedy przyczepiają na szyi Judasza tabliczkę z jego nowym imieniem, aby każdy wiedział, o kogo chodzi. W tym roku, z powodu gigantycznych rozmiarów skandalu korupcyjnego związanego z pewną państwową firmą, wielu Judaszów nosiło imiona poszczególnych bohaterów tejże afery. No cóż, szmacianą lalkę łatwo jest spalić.  O wiele piękniej byłoby, gdyby w taki sam sposób udało się nam wypalić, przezwyciężyć nasze słabości. Nie mniej Pascha Chrystusa nas uczy, że jest to możliwe. 

Wielki Post 2015

paderewskigrzegorz

Manaus, 16.03.2015

III, IV i V niedziela Wielkiego Postu to w naszej parafii czas skrutyniów młodzieży, która w czasie paschalnym przyjmie sakramenty wtajemniczenia chrześcijańskiego. To bardzo wzruszające dla nas momenty i celebrujemy je z wielkim namaszczeniem i radością. Nie mamy wielkiej grupy w tym roku, ale nie mniej jesteśmy z tych młodych ludzi dumni i wiążemy z nimi wielkie nadzieje. To w sumie wielki owoc katechezy katechumenalnej. Chociaż jest ich mniej, to są za to bardziej zaangażowani w życie poszczególnych wspólnot parafialnych. Właściwie to już nie mamy takich, co to tylko chcą sakramenty, ale nie chcą Kościoła. Dzięki Bogu świadomość eklezjalna młodych jest coraz większa. Kilkoro z nich zaczyna swoją drogę sakramentalną w Kościele od zera, co oznacza, że podczas Wigilii Paschalnej przyjmą chrzest. Nasze święto będzie więc miało swój najpełniejszy wymiar i najwspanialszą oprawę. To kolejna okazja to katechezy dla całej wspólnoty parafialnej.

Finał Wielkiego Postu będzie dla nas bardzo pracowity zwłaszcza z powodu Drogi Krzyżowej w Wielki Piątek. Tradycyjnie zostanie ona zrealizowana zaraz po liturgii wielkopiątkowej, którą zawsze zaczynamy o 15.00 pierwszą nowenną do Miłosierdzia Bożego. Po wszystkim wychodzimy na ulice i idziemy poprzez całą naszą parafię medytując Mękę Chrystusa. Ponieważ nasza Droga Krzyżowa stała się już bardzo wielkim przedsięwzięciem religijnym, to właściwie prace nad nią zaczynają się prawie rok wcześniej. To są naprawdę całe miesiące przygotowań. Poszczególni uczestnicy, bo nie wolno mi ich nazwać aktorami, oni nie odgrywają niczego, ale nam przedstawiają Misterium Męki Chrystusa  dzieląc się z nami swoimi przeżyciami, uczą się tekstów, medytują je, studiują z uwagą Pismo Święte i przekazy różnych świętych, mistyków czy wizjonerów, w tym też objawienia Anny Katarzyny Emmerich. Mają też swoje dni modlitwy, a właściwie to wręcz rekolekcji. Sam się dziwię, skąd u tych ludzi taki zapał i zaangażowanie. Są to czasami poważni panowie, zapracowani, którzy po godzinach spędzonych w fabryce biegną przez całe miasto, aby jeszcze wieczorami brać udział w tych pracach nad przygotowaniem Misterium. Widać jak są zmęczeni, ale jednocześnie szczęśliwi. Są też młodzi, którzy zamiast robić to, co ich koledzy, czyli tracić czas na głupoty tego świata, potrafią całe wieczory w ciągu roku wiele razy poświęcać wspólnocie. Kiedy się z nimi o tym rozmawia, to mówią, że życia sobie nie wyobrażają bez tej całej pracy. Aż się nie mogę doczekać tegorocznej Drogi Krzyżowej, aby się przekonać o tym, jak tym razem dane nam będzie doświadczyć misterium Męki i Śmierci Chrystusa. Dziś zaś poszukiwał nas dziennikarz z lokalnej telewizji chcą właśnie zrobić reportaż o naszej Drodze Krzyżowej. Nie wiem jednak, czy rzeczywiście takie reportażu potrzebujemy. Ponieważ każdego roku coraz bardziej rośnie niechęć do nas katolików ze strony zielonoświątkowców i często przy okazji takich demonstracji wiary jesteśmy obrzucani jakimiś wyzwiskami i w najróżniejszy sposób nam przeszkadzają, to też się na to przygotowujemy w ten sposób, aby nasze świadectwo wiary było za każdym razem coraz poważniejsze i autentyczniejsze. Chcemy w tym roku zachęcić naszych parafian, aby na drogę Krzyżową oznaczyli swoje domy katolickimi symbolami religijnymi. To tutaj wielka nowość, do tej pory nikt nigdy tego nie robił, ani na Boże Ciało, co u nas, w Polsce jest przecież tak oczywiste, ani na Niedzielę Palmową. Zobaczymy, jak się to nam uda. Może się to okazać wcale nie takie łatwe, bo katolicy na co dzień spotykają się z wielkimi represjami ze strony sekt zielonoświątkowych.  Ufam jednak, że dla nas wszystkich będzie to czas wielkich przeżyć i pogłębienia naszej wiary.

 

 

 

Campanha da Fraternidade 2015

paderewskigrzegorz

Ależ ten czas szybko biegnie. Już mamy drugi tydzień Wielkiego Postu. Jak zawsze w tym czasie, w Brazylii mamy Campanha da Fraternidade, czyli Kampanię Braterstwa. Wyznam szczerze, że jest ona w tym roku wyjątkowo ciekawa i bardzo potrzebna. Jej temat to: „Braterstwo: Kościół i społeczeństwo.” Celem ogólnym tegoż rocznego programu duszpasterskiego, bo chyba tak trzeba to określić, chcąc najzwięźlej wyrazić esencję Kampanii, jest rozwój i pogłębienie w świetle Ewangelii, dialogu i współpracy między Kościołem i społeczeństwem. Nie można tego rozumieć jakoby Kościół i społeczeństwo byłyby dwoma odrębnymi rzeczywistościami. My, katolicy, jesteśmy przecież też społeczeństwem, przynajmniej pewną jego częścią. Niestety, społeczeństwo, świadomie lub nie, od Kościoła nieustannie się separuje, chcąc nas przedstawiać jako coś przestarzałego i zbędnego. A tymczasem tak nigdy nie było, nie jest i nie powinno być. Ten rozwój i pogłębienie dialogu ze społeczeństwem odbywać się ma według propozycji Soboru Watykańskiego II i wyrażać się poprzez służbę ludowi brazylijskiemu. Stąd zawołaniem tegorocznej Kampanii Braterstwa jest cytat z Ewangelii według św. Marka: „Bo i Syn Człowieczy nie przyszedł, aby Mu służono, lecz żeby służyć i dać swoje życie na okup za wielu. ” Mk 10, 45. A wszystko to dla rozwoju Królestwa Bożego.

Cel rzeczywiście piękny i temat wyjątkowo tutaj aktualny. Właściwie to jest sprawa, która wręcz krzyczy o uwagę i uczciwe potraktowanie przez społeczeństwo. Obecne od bardzo dawna w Ameryce Południowej trendy, chociaż oczywiście spotykamy to chyba wszędzie na świecie, chcą zignorować Kościół Katolicki. Nie walczyć z nim, nie prześladować, ale jakby wymazać go z pamięci narodów, z ich historii, z ich życia. Mam nawet takie wrażenie, że już się to chyba w przypadku niektórych tutejszych krajów udało. Na przykład w Urugwaju Kościół Katolicki jest już jakby „nieistniejący”. Nie ma go podręcznikach szkolnych, codziennych wiadomościach, gdzieś zniknęły wszelkie znaki religijne, świątynie wydają się nieistniejące. Kiedy się spaceruje po Montevideo ma się silne wrażenie, że jedynym religijnym pomnikiem w stolicy tego kraju jest ten postawiony Janowi Pawłowi II. Mówienie publiczne o Kościele w ogóle nie ma miejsca. Jest totalna, już od bardzo wielu lat, cisza na temat Kościoła.

W Brazylii jeszcze takiej ciszy nie ma, ale najwyraźniej sytuacja w jej kierunku zmierza. Stąd Campanha da Fraternidade ma za zadanie przede wszystkim przypomnieć drogę Kościoła, to, co on tu uczynił. Kiedy wyciąga się tylko grzechy poszczególnych ludzi Kościoła nigdy nie widzi się tego, co Kościół dla tej ziemi zrobił. W Amazonii, a tak też jest w większości miast, miasteczek i osiedli całego kraju, wszystko było ufundowane przez Kościół Katolicki. Całe miasta ze wszystkim, co posiadają, a więc szkoły, szpitale, sierocińce i wiele innych rzeczy. Jednak to nie wszystko. Najważniejsze są wartości ewangeliczne, które zostały położone jako fundamenty budowanego przez Kościół Katolicki społeczeństwa. Właśnie to społeczeństwo, które zawdzięcza swoje istnienie Kościołowi, negując wartości duchowe, chce się od niego odwrócić. A ponieważ próżnia nie ma racji bytu, więc jest ona zapełniana przez sekty, zwłaszcza zielonoświątkowe, które sprytnie używają Biblii aby niemiłosiernie ludźmi manipulować i ich wykorzystywać.

Campanha da Fraternidade 2015 to powrót do najważniejszych duchowych wartości. Kościół Katolicki jest wspólnotą miłości, wspólnotą, w której doświadcza się Bożego Miłosierdzia. Stąd my, katolicy, zawsze wyciągamy rękę do każdego. Nikt przez nas nie jest odrzucany. Zawsze mamy dla powracających miejsce.

 

Guido Schaffer

paderewskigrzegorz

Manaus, 26.01.2015

Kościół w Brazylii ma wyjątkowo rozbudzony kult świętych, co nieustannie nas konfliktuje z wszelkimi rodzajami zielonoświątkowców. Nasi święci wprawiają protestantów w istny szał, często kończy się to aktami agresji, niszczeniem figur i demonstracjami antykatolickimi. Już nie tylko się zdarza, że jakiś gorliwy pastor rozbija młotkiem rzeźbę Najświętszej Maryi Panny, ale dochodzi też do sytuacji wyjątkowo drastycznych i ohydnych, o czym trudno wręcz mi pisać. Myślę o tym wszystkim dosyć zaniepokojony. Od jakiegoś już czasu, kiedy w niedzielę sprawuję Mszę Świętą w kaplicy świętej Elżbiety, to ulicą przechodzi demonstracyjnie mała grupka zielonoświątkowców, którzy wymachują rękoma w geście jakby rzucania czymś w naszą stronę i krzyczą „Queima, Senhor!”. Oznacza to „spal, Panie”. Mam nadzieje, że za jakiś czas przejdzie im ta ognista gorliwość.

Ta nadwrażliwość uwidacznia się zawsze, kiedy Kościół Katolicki w Brazylii ma swoje wielkie celebracje z okazji liturgicznych wspomnień różnych bardzo popularnych świętych. Styczeń to miesiąc poświęcony świętemu Sebastianowi, który w Brazylii jest bardzo kochany i popularny. Każde miasto musi mieć przynajmniej jeden kościół jemu zadedykowany. Natomiast w Rio de Janeiro, którego święty Sebastian jest głównym patronem i w jego liturgiczne wspomnienie miasto na dodatek obchodzi swoje urodziny, wszyscy są po uszy zakochani w tym dzielnym żołnierzu Chrystusa. Tego roku celebracja z okazji odpustu św. Sebastiana była doprawdy wyjątkowa. W Rio de Janeiro ten odpust trwa aż trzynaście dni i ma swoje stacje w najróżniejszych punktach miasta. Właśnie pierwszego dnia, podczas mszy świętej sprawowanej przez księdza kardynała Orani Joao Tempesta został otwarty proces beatyfikacyjny Guido Schaffera. Kim był ten Brazylijczyk? Nasza ciekawość wzrasta jeszcze bardziej kiedy patrzymy na licznie zgromadzonych młodych ludzi na tej mszy świętej, w tym seminarzystów, Siostry Miłosierdzia, lekarzy wszelkich specjalizacji i surferów ze swoimi deskami surfingowymi. Guido jest nazywany Sao Francisco Carioca, czyli świętym Franciszkiem z Rio de Janeiro. Urodził się w 1974 roku. Został lekarzem. Nie był jednak „zwykłym” lekarzem. Wszyscy patrząc na tego wyjątkowo utalentowanego młodzieńca widzieli w nim kogoś, kto w przyszłości na pewno zrobi wielką karierę. Rzeczywiście ją zrobił, tylko nie taką, jaką mu wróżono. Jako lekarz poświecił się szczególnie biednym. To właśnie z tego swojego poświęcenia najbardziej potrzebującym jest tak znany. Na dodatek, kiedy pewnego dnia otworzył Biblię na Ewangelii św. Łukasza 18,22 i przeczytał słowa: „Jednego co jeszcze brakuje: sprzedaj wszystko co masz, rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie; potem przyjdź i chodź ze mną.” Nie wiem, czy rzeczywiście sprzedał wszystko, co miał i rozdał ubogim, w Internecie piszą, że tak właśnie uczynił, ale na pewno bardzo zmienił swoje życie. Jeszcze bardziej poświęcił się biednym, do tego stopnia, że zaczęli go nazywać Aniołem. A ponieważ nie zrezygnował jedynie z pewnej swojej wyjątkowej pasji, czyli z serfowania, to nazywano go Aniołem Surferem. Potem wstąpił do seminarium. Niestety, kiedy brakowało już tylko kilka miesięcy do jego święceń diakońskich, doszło do tragicznego wypadku i Guido stracił swoje życie. Surfował wówczas w zatoce Guanabara, coś uderzyło go w szyję i to spowodowało jego śmierć. Jego pogrzeb był prawdziwa manifestacją wiary. Doszło też wówczas to niezwykłej sytuacji. Ksiądz kardynał Orani JoaoTempesta zbliżył się do trumny, zdjął swoją stułę i położył ją na ciele Guido. Powiedział wówczas: „Nie zdążyłeś zostać kapłanem tu, na ziemi, ale na pewno nim już jesteś w niebie.”

Brazylia ma jak do tej pory tylko jednego świętego oryginalnie brazylijskiego, świętego Frei Galvao. Jest też spora, około 70 osób, ale jak na ponad pięćsetletnią historię tego Kościoła to jednak niewielka, grupka błogosławionych. Natomiast wielu „ustawia się” w kolejkę na ołtarze. To wspaniale. Nasi młodzi potrzebują wzorów do naśladowania. Guido Schaffer to święty wyjątkowo pasujący na nasze czasy. 

Szafarze Eucharystii

paderewskigrzegorz

Manaus, 19.01.2015

Styczeń w naszych realiach duszpasterskich jest bardziej spokojny bo najzwyczajniej wakacyjny. Chociaż mało kto gdzieś tam sobie wyjeżdża na wakacje, to jednak wolne od szkoły wyludnia nieco nasze kaplice i trochę spowalnia nasze duszpasterstwo. Oczywiście cięgle dzieją się najróżniejsze rzeczy. Z takich najważniejszych to była nasza wspaniała celebracja z ustanowieniem ministros da eucaristia, czyli nadzwyczajnych szafarzy Komunii Świętej i naszym kandydatom do diakonatu stałego została udzielona posługa akolitów. Ta wspaniała uroczystość odbyła się szóstego stycznia. W Brazylii nie było to Święto Trzech Króli, bo tutaj ono jest zawsze przenoszone na najbliższą niedzielę. Wypadł dzień zwykły, ale dla nas był on jak najbardziej niezwykły. Często tak bywa, że pewne sytuacje pomagają nam dostrzec, jak to Pan Bóg ma nad wszystkim kontrolę. Nasze ustanowienie szafarzy planowaliśmy od bardzo dawna, wiele miesięcy temu ksiądz biskup wyznaczył datę. Nikt z nas wówczas nie zaglądał do kalendarza liturgicznego aby sprawdzić czytania. Tymczasem okazało się, że liturgia właśnie na ten dzień miała dla nas Ewangelię o rozmnożeniu chleba. Czas należy do Boga, bez wątpienia. On ma wszystko zaplanowane.

Mamy teraz 31 szafarzy Komunii Świętej. Są oni zarazem ministros da Palavra i ministros da visitação. Co to wszystko oznacza? Kiedy my nie możemy z jakichś tam powodów przewodniczyć celebracjom, oni wówczas realizują Celebrację Słowa Bożego. Rzadko się to zdarza, ale nasza parafia jest na takie ewentualności przygotowana. Ksiądz biskup bardzo o to dba, aby każda z parafii i wspólnot katolickich była zorganizowana w taki sposób, by w razie braku księdza każda z funkcji parafii była kontynuowana. Oczywiście kapłana żaden z nadzwyczajnych szafarzy zastąpić w pełni nie jest w stanie. Chodzi jednak tylko o sytuacje awaryjne.

Celebracja Słowa Bożego, pomoc w rozdawaniu Komunii Świętej podczas naszych Eucharystii, adoracje i wszelkie inne modlitewne zgromadzenia na terenie naszej parafii – to wszystko nie jest tak naprawdę tym, co najbardziej motywuje nas do poszukiwania i formowania naszych szafarzy. Tym, na czym nam najbardziej zależy jest właśnie ministerio da visitacao. Każdy z naszych szafarzy ma za zadanie każdego tygodnia odwiedzać chorych z Komunią Świętą. To właściwie nie jest taka prosta sprawa. Szafarz wręcz przejmuje opiekę duszpasterską nad chorym i jego rodziną. Odwiedzając tę rodzinę modli się razem z nimi, ewangelizuje, katechizuje, motywuje do uczestniczenia w życiu naszej wspólnoty. Jeśli trzeba, to woła księdza, aby chorych wyspowiadał lub udzielił Sakramentu Namaszczenia. Oczywiście wcześniej tego chorego na taki moment przygotowuje. Sytuacja duchowa naszych chorych jest ogromnie skomplikowana. Aby sakramenty były sprawowane i przyjęte godnie, trzeba znacznego przygotowania i wysiłku. W razie biedy w domu chorego ministro da visitacao informuje o tym nasz parafialny Caritas. Często idąc do takich chorych zabieram ze sobą, nie tylko dla niego, ale dla całej rodziny, najpotrzebniejsze rzeczy do jedzenia. Nasi ministrowie to nasza obecność w domu potrzebujących najróżniejszej pomocy.

Sześć miesięcy temu, nasi kandydaci do diakonatu, stałego Junior i Pedro, otrzymali posługę lektoratu. Tym razem ksiądz arcybiskup, Dom Sergio, udzielił im akolitatu. To moment wyjątkowy dla naszej parafii. Od dawna wykorzystuję wszelkie okazje do motywacji naszych parafian w rozwoju pobożności eucharystycznej. Tym razem też widzę w tym bardzo silny znak Boży. Stąd z uwagą słuchaliśmy homilii księdza arcybiskupa, który wyjaśniał nam znaczenie Eucharystii. Wśród wielu jej elementów tym najważniejszym jest miłość codziennie niesiona innym. Obyśmy umieli tak żyć każdego dnia. 

Reisada

paderewskigrzegorz

Często piszący do mnie znajomi pytają o bożonarodzeniowe tradycje Brazylijczyków. Brazylia niestety nie ma tak wielu i tak pięknych zwyczajów świątecznych związanych z Bożym Narodzeniem. To dosyć dziwne, bo przecież kiedy tak wiele narodów ten ogromny kraj kolonizowało, to ze swoich ojczyzn przywozili oni także obyczaje i tradycje religijne. Niestety, nie są one bardzo popularne i widoczne. Gdzieś to wszystko pozanikało. Zjawisko to też jest bardzo smutne, bo w miejsce tych nieistniejących obyczajów potworzyły się nowe, często tandetne, okropne i wręcz nieludzkie.  Wszystko zaś napędza handel. Kup dużo aby mieć święta szczęśliwe!

Tutaj też spoganiał sposób mówienia o Świętach Bożego. Oczywiście musi on być poprawny politycznie. Mówi się więc coraz częściej o świętach końca roku, świętach światła lub życia, świętach pokoju, uniwersalnym braterstwie. Oczywiście papai Noel, podobny do św. Mikołaja, aczkolwiek mało, poza brodą i wiekiem, mający z nim wspólnego, jest obecny obowiązkowo dosłownie wszędzie. Przyznam, że denerwuje mnie to, że już od połowy października można spotkać biegających po ulicy czy sklepach ludzi ubranych w mikołajowe czapki. Ponad trzydziestostopniowy upał i tropikalna wilgotność perfekcyjnie z tymi przebraniami komponuje się.

Jest jeden zwyczaj, który udało mi się kiedyś udokumentować i nawet nieco opisać. Chodzi o reisada, czyli folia de reis. Zwyczaj ten przeniesiony został do Brazylii przez katolików portugalskich. Jest oczywiście związany z Trzema Królami. Nie wiem, jak jest on realizowany w Portugalii, ale mam wrażenie, że w Brazylii został on wzbogacony o lokalne elementy. Co niektórzy mówią, że reisada była już urządzana w XVII w. Podobno w Portugalii była ona bardziej do bawienia się, a w Brazylii bardziej do modlenia się, akcentowano wręcz z przesadą elementy religijne. No cóż, mam wrażenie, że raczej zdarzyło się odwrotnie. Słowo folia użyte w nazwie tegoż obyczaju oznacza właśnie beztroską, nieodpowiedzialną wręcz zabawę i bardziej jest związane z karnawałem.

Reisada to połączenie orszaku Trzech Króli z jasełkami. Całość mniej więcej odbywa się tak: po ulicach chodzą grupy ludzi przedstawiających różne, związane ze Świętami Bożego Narodzenia postacie. Jest też kilka postaci dodatkowych, na przykład mistrz, anty – mistrz, pajac. Przystają oni przed jakimś domem i śpiewają o narodzeniu Pana Jezusa. Za dobrą nowinę otrzymują jakieś datki, najczęściej jedzenie. Muzyka jest oczywiście bardzo ludowa, prosta, skoczna, od razu wszystkich porywa do tańca. Instrumenty używane w reisada to gitara, akordeon, bębenek, tamburyno, trójkąt oraz inne, bardzo proste instrumenty perkusyjne.

Zadaniem całego tego towarzystwa jest, jak to już wspomniałem, ogłoszenie nowiny o narodzeniu Zbawiciela oraz o zmylenie Heroda. On właśnie często jest adresatem bardzo ostrych tekstów w piosenkach. Jest krytykowany i wyśmiewany. Często takie piosenki przeradzają się w krytyki najróżniejszych współczesnych Herodów. Najczęściej obrywa się lokalnym politykom.

Kiedy już uczestnicy orszaku Trzech Króli obejdą ulice i napełnią kieszenie datkami, zatrzymują się w jakimś barze i tam cała festa rozkręca się na całego. Oczywiście, nie zmierza już ona w kierunku głębokiej duchowości.

W jednej z gazet ukazał się teraz świetny, satyryczny i w swej wymowie bardzo smutny rysunek. Po ulicy dzisiejszego Betlejem chodzi św. Józef z Maryją. Dobijają się do każdego domu, ale nigdzie im nie otwierają, bo wszędzie głośno się bawią. Józef mówi do Maryi, że nie słyszą jego pukania, bo hucznie świętują czyjeś urodziny. Ciekawe czyje, musi to być ktoś bardzo sławny, skoro szał festy ogarnął każdego. Niestety, nigdzie nie wspominano jego imienia. Chyba już go za dobrze nie pamiętano. Maryja i Józef, zmęczeni tym bezskutecznym dobijaniem się do zamkniętych ludzkich serc, poszli dalej. 

Matka trędowatych

paderewskigrzegorz

Manaus, 08. 12. 2014

Ostatnio kanały informacyjne obiegły dwie, dla wszystkich misjonarzy bardzo ważne wiadomości.  Jedna radosna i druga smutna, acz oczywista. Pierwsza to informacja o uwolnieniu polskiego misjonarza księdza Mateusza Dziedzica, który pracuje w Republice Środkowo Afrykańskiej. Ten kraj bardzo wiele zawdzięcza Kościołowi Katolickiemu. To dramat, że dochodzi tam teraz do takich sytuacji. Ks. Mateusz został porwany dwunastego października, przetrzymywany przez porywaczy przez sześć tygodni i w wreszcie oswobodzony. Porywaczom chodziło o zakładnika, za którego mogliby uzyskać zwolnienie z więzienia generała Miskina, przywódcy rebeliantów. Tak też się stało. Po długotrwałych negocjacjach polski misjonarz, wraz z grupa piętnastu innych zakładników został uwolniony przez porywaczy, a z kameruńskiego więzienia wypuszczono wspomnianego rebelianckiego przywódcę. Potem jeszcze udało się uprosić ocalenie dla kolejnych dziesięciu zakładników. To już wielka zasługa Ks. Mateusza, bo to on się wstawiał za swoich dotychczasowych towarzyszy niedoli. Spotkał się osobiście z generałem Miskinem i ten, nie tylko, że usłuchał prośby o uwolnieniu tychże dziesięciu osób, ale nawet przeprosił i prosił o przebaczenie tarnowskiego misjonarza za porwanie i cierpienia. Dzięki Bogu historia ta skończyła się szczęśliwie.

Druga wiadomość, zapowiada przeze mnie jako smutna, to informacja o śmierci wielkiej polskiej misjonarki, Matki Trędowatych, pani Wandy Błeńskiej. Miała 103 lata. Historia jej życia jest doprawdy wyjątkowa. Urodziła się w 1911 roku w Poznaniu. Została lekarzem. Już w czasie studiów należała do akademickiego koła misyjnego. Podczas II wojny światowej była podporucznikiem AK. Po wojnie zaś zdobyła dyplom z medycyny tropikalnej na uniwersytecie w Liverpool. Od 1951 do 1994 roku pracowała w Ugandzie, w słynnym ośrodku leczenia trądu w Bulubie. To właśnie pani doktor Błeńskiej miejsce to zawdzięcza międzynarodową renomę, bo opracowała tam i wdrożyła nowoczesne metody leczenia trądu. Z czasem powstały liczne filie tegoż ośrodka na terenie całej Ugandy.

„Jestem wdzięczna Panu Bogu za to, że mogłam tam przebywać i pomagać ludziom. To były lata ciężkiej, ale szczęśliwej pracy. Przez ten czas zaznałam wiele serdeczności i życzliwości, wiele dobra szczególnie od osób, które spotkałam w Afryce” - tak skromnie wypowiedziała o swojej pracy.

Ojciec Święty Jan Paweł II nadał jej Order Świętego Sylwestra, który jest najwyższym odznaczeniem przyznawanym świeckim zaangażowanym w życie Kościoła. Kiedy obchodziła swoje setne urodziny prezydent Bronisław Komorowski odznaczył misjonarkę, w uznaniu wybitnych zasług w pracy naukowo – badawczej z dziedzinie medycyny tropikalnej i leczenia trądu, Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski. O tym, że była honorową obywatelką Ugandy i Poznania nawet nie trzeba już wspominać, bo to po prostu oczywiste.

Słynna była jedna z jej afrykańskich przygód z hipopotamem. Płynęła wówczas po Jeziorze Wiktoria i wspomniany zwierzak ją zaatakował. Opowiadała: „Zawołałam: święty Rafale ratuj, a ja będę wiosłować”! Całe jej życie było takim właśnie wytrwałym wiosłowaniem i współpracą z łaską Bożą. To dla tego tak wiele osiągnęła.

Spotykałem kilkakrotnie panią Wandę Błeńską w czasie mego pobytu w Centrum Formacji Misyjnej w Warszawie, podczas naszego przygotowywania się do wyjazdu na misje oraz podczas naszych wakacyjnych rekolekcji dla misjonarzy. To, co mnie zawsze w niej ujmowało, to niezwykła skromność i umiłowanie Eucharystii. Często powtarzała: „Nikt z nas nie żyje tylko dla siebie!”

MEJ

paderewskigrzegorz

Manaus, 24. 11. 2014

Chyba każda parafia na świecie ma, jakkolwiek byłby on rozumiany i nazywany,  swój Apostolat Modlitwy. Zawsze istnieje pewna grupa osób, która umiłowawszy modlitwę, jej właśnie w sposób szczególny się oddaje. Modli się w intencjach papieskich ogólnych i misyjnych, Kościoła krajowego czy diecezjalnego, w sprawach parafialnych. Brazylia ma AO, czyli Apostolado da Oracao, co oznacza właśnie Apostolat Modlitwy. Często jest niedoceniany, bo w naszym zabieganym świecie ulegamy pokusie większego waloryzowania akcji, a nie kontemplacji. My na szczęście nie mamy z tym problemu, bo już wiele razy widzieliśmy jak Apostolat ratował nas swoimi modlitwami w bardzo trudnych sytuacjach. Kiedy przeżywaliśmy trudne chwile związane z kształtowaniem naszej parafii, wszelkie dyskusje, spory i pretensje ucichły szybko, kiedy AO wziął się za to ze swoimi modlitwami. Kiedy kilku zielonoświątkowców nielegalnie zajmujących teren przy kościele pod swoje targowe kramiki uniemożliwiało budowanie plebanii, nasze dzielne parafianki skutecznie się z tym „rozprawiły” z różańcem w ręku. Modliły się w miejscu, gdzie próbowaliśmy budować dom parafialny i pewnego dnia zielonoświątkowcy po prostu się wynieśli. Podobnie było w momentach, kiedy brakowało nam środków na kontynuację budowy naszego domu. Apostolat intensyfikował modlitwy i za jakiś tam czas przychodziła pomoc z najmniej oczekiwanej strony. Oczywiście taki Apostolat Modlitwy ma też swoje formacje, rekolekcje, spotkania, nawet rozrywkę. Ma nawet w swoich aktywnościach coś z koła gospodyń, w naszym przypadku zdecydowanie miejskich. Czasami urządzamy dla biednych różne kursy, na przykład jak maksymalnie i umiejętnie wykorzystać owoce i warzywa w przyrządzaniu posiłków. Wtedy właśnie nasze panie z Apostolatu zachwycają nas swoim doświadczeniem. Ileż to pysznych rzeczy można zrobić na przykład z takiej dyni. Nawet z tych jej części, które normalnie się wyrzuca, mając je za nieużyteczne.

Jednym z poważnych problemów z jakimi boryka się ta grupa pastoralna w naszych realiach jest brak nowych, młodych członków. Grupa AO niestety wymiera. Nie ma nowych osób na miejsce tych, co odchodzą. No cóż, młodzi raczej mają inne zainteresowania, dynamikę wiary, bardziej aktywną duchowość. Także współczesne tendencje zdaje się, że temu nie sprzyjają. Jednak pewnego dnia wpadł mi ręce Podręcznik Ruchu Eucharystycznego Młodych. Ponieważ zawsze zwracam szczególne uwagę na to, co jest związane z Eucharystią, więc przeczytałem sobie tę cenną książeczkę z uwagą. Było to o czymś, co można nazwać przedszkolem lub szkołą podstawową Apostolatu Modlitwy. Zachwycony projektem, jednak z wielkimi obawami, opowiedziałem o tym na jednym ze spotkań Apostolatu. Postanowiliśmy rozpropagować ideę. Ponieważ metoda ogłoszenia czegoś po Mszy i ogólnego zaproszenia raczej nie skutkuje, więc postanowiliśmy zapraszać młodzież osobiście. Obeszliśmy więc wszystkich katechizowanych nastolatków, ministrantów i oratorianów. Ku mojemu zdumieniu na spotkanie informacyjne przyszło tych młodych ludzi rzeczywiście bardzo wielu. Przedstawiliśmy im na czy polega Movimento Eucaristico Jovem, czyli Ruch Eucharystyczny Młodych. Tydzień później ruch zaczął swoją działalność. Uformowała się struktura, wybraliśmy odpowiedzialnego i animatorów. Z radością mogę powiedzieć, że po kilku miesiącach działalności, młodzi trwają w swoim wyborze i postanowieniach. A nie jest to takie łatwe. MEJ to modlitwa i formacja duchowa, określiłbym ją jako dosyć zaawansowana. Centrum jest Eucharystia i kult Najświętszego Serca Pana Jezusa. Wszystkiemu towarzyszy też dosyć wyraźnie zdefiniowana orientacja powołaniowa. Nasi młodzi przyjaciele mają w każdą sobotę godzinną adorację Najświętszego Sakramentu. W niedzielę zaś przed południem spotykają się na swoją formację. Tematów jak na razie jest bardzo dużo i z wielką chęcią w tych konferencjach, katechezach i zajęciach uczestniczą. Oby tak dalej.

To jest właśnie ta radość, którą chciałem się tak bardzo podzielić. Ufam, że Ruch Eucharystyczny Młodych będzie jednym z tych czynników, który pomoże nam wyjść z naszej biedy eucharystycznej. 

Eucharystia

paderewskigrzegorz

Manaus, 10. 11. 2014.

Kiedy odwiedzają nas pielgrzymi z Polski, to zawsze zaskakuje ich tutejsza Eucharystia. Zachwycają się spontanicznością naszych wiernych, radością widoczną w śpiewach, gestach, uściskach. Generalnie jest to uczestnictwo rzeczywiście bardzo dynamiczne. Są momenty, na przykład hymn „Chwała na wysokości Bogu” i pieśń na rozesłanie, które doprowadzają ludzi prawie do tańca. Niektórzy potem mówią: „Fajne, super, ale u nas byłoby to nie do pomyślenia”. Czuję się potem niekiedy jak winowajca, ale nasze okoliczności są bardzo różne, a różnoraki nie zawsze oznacza gorszy – lepszy. Jestem świadomy tego, że niektóre sytuacje, do jakich dochodzi niekiedy podczas liturgii, doprowadziłyby dostojnych liturgistów do wrzenia, świętego gniewu, a może nawet do stanu przedzawałowego. Nie mniej i tak przez te kilka lat udało się nam, stosując metodę małych kroków, wiele takich burzliwych sytuacji ugładzić. Wyjaśniamy, razem studiujemy różne dokumenty i książki o liturgice i muzyce sakralnej. Do sztuki sakralnej to raczej jeszcze nam bardzo daleko.

Jest jednak jedna rzecz, której zaakceptować nie mogę, bardzo mi przeszkadza i jednocześnie nie umiem jej zmienić. To znaczy nie wiem jak się do tego zabrać, bo jak na razie wszystko, co robiłem, nie dało sensownych rezultatów. Chodzi mi tu o sposób, w jaki nasi parafianie rozumieją Eucharystię. Msza Święta jest dla nich Spotkaniem Wspólnoty. Mam nawet wrażenie, że tylko ten aspekt w Eucharystii dostrzegają i czują. Stąd kiedy ludzie schodzą się do kościoła, to wszyscy witają się z radością, tak, jakby byli najserdeczniejszymi przyjaciółmi, jakby się od bardzo dawna nie widzieli. Krzyczą: „jak dobrze, że jesteś, co słychać!” Całują się, obejmują, rozmawiają, śmieją. Klimatu modlitwy oczywiście nie ma. Przed Mszą mamy istny jarmark. Próbujemy odmawiać różaniec, śpiewać jakieś uspakajające pieśni, ale nie skutkuje. W dobrym tonie jest dostrzeżenie tych, którzy przyszli po raz pierwszy. W mniejszych wspólnotach nawet prosi się takich „nowych”, aby się pokazali, zaprezentowali, powiedzieli coś o sobie. Są brawa na powitanie.

Od początku mego pobytu w Brazylii próbuję zgłębić ten problem. Może wyjaśnieniem byłaby zupełnie inna kultura stołu. Stół – ołtarz dla nas ma oczywiste znaczenie. W rodzinie do niego wszyscy zasiadają, zwłaszcza w momentach uroczystych i ważnych, radosnych ale i smutnych. Jest on tym, co łączy i karmi. W Brazylii zaś chyba jest to rozumiane nieco inaczej. Bywałem w wielu domach na różnych posiłkach. Często bywało, że do stołu się nie zasiadało. Każdy nakładał sobie jedzenie na talerz z przygotowanych półmisków lub garnków, a potem gdzieś tak sobie przysiadał, aby jeść. A po zjedzeniu zaraz wszyscy znikali, bo sjesta, jeśli to była pora obiadowa. A więc Eucharystia jako posiłek – pokarm duchowy nie ma tak mocnego znaczenia i zrozumienia. Na dodatek dochodzi tutaj dosyć skomplikowana sytuacja sakramentalna bardzo wielu naszych parafian, co uniemożliwia Komunię.

Eucharystia nie jest też właściwie rozumiana jako Ofiara. Może winą należałoby obarczyć za to teologię wyzwolenia. Akcentując wartość i godność biedaka, człowieka pogardzonego przez wielkich tego świata, zgubiono gdzieś wielkość ofiarującego się Boga. Dla tego też takie sytuacje jak milczenie, zamyślenie, kontemplacja, powaga są dla naszych parafian nieco dziwne. Kiedy próbuję robić moment adoracji, to zaraz ktoś podchodzi i pozdrawia, prosi o błogosławieństwo, pyta o moje samopoczucie, zaraz chce o czymś rozmawiać. Nie reagując albo delikatnie zbywając tę zagadującą mnie osobę, wychodzę na potwornego gbura. Ludzie się oburzają taką postawą.

Eucharystia jako Dziękczynienie też jest swoistym problemem. Trudno jest bowiem naszym wiernym dziękować. To chyba też coś związanego z tutejszą historią, ale także i teraźniejszością. Współczesny świat robi z nas wszystkich strasznych egoistów. Kiedyś zaś misjonarze zawsze wszystko skądś tam poprzywozili, postarali się, zbudowali i wyposażyli. Nakarmili, wyleczyli i wyszkolili.

Rodzi się jednak w naszej parafii coś, co być może pomoże nam wyjść z tej naszej biedy eucharystycznej. O tym jednak napiszę w kolejnym liście. 

Trud misjonowania.

paderewskigrzegorz

Manaus, 20. 10. 2014

Ostatnio pisałem o misyjnych radościach. Misje jednak to też czasami sytuacje i zdarzenia bardzo smutne. Trudno bowiem nie martwić się, gdy ponad czterdzieści procent krajów na świecie to ciągle jeszcze kraje misyjne. Pozostałe zaś wymagają głębokiej ewangelizacji i duszpasterskiego nawrócenia. Dla mnie źródłem permanentnego zmartwienia jest nasza sytuacja w Amazonii. Kościół Katolicki, który tak naprawdę, oprócz oczywiście ewangelizacji, całą tutejszą ludność kiedyś leczył, edukował, przygarniał i nią się opiekował, dziś jest coraz bardziej porzucany na rzecz najróżniejszych sekt. To jest tym smutniejsze, że owe sekty tylko ludźmi manipulują i ich eksplorują. Nie mniej mało jest tych, którzy to zauważają. My tracimy ludzi głównie z tego powodu, że nie ma komu się nimi zająć. Mamy bardzo mało kapłanów, którzy mogliby pracować w tutejszych wspólnotach. Nie ma więc co się dziwić, że ten brak dostatecznej opieki duszpasterskiej nie jest w stanie zapobiec gubieniu się wiernych.

W misyjną niedzielę ulicami Tarnowa przeszedł marsz solidarności z ks. Mateuszem Dziedzicem. W Polsce na pewno stał się on już osobą bardzo dobrze znaną. Tak sobie to wyobrażam, że media szeroko informują o jego nieszczęściu. Ten tarnowski misjonarz porwany kilka dni temu przez rebeliantów w Republice Środkowoafrykańskiej, ciągle jest więziony. Wszyscy modlimy się, aby jak najszybciej został uwolniony. Wszystko może się zdarzyć, oby jednak doszło do jego szczęśliwego oswobodzenia.

Postrzegam księdza Mateusza jako wielki symbol misyjny. Być może doszło do jego porwania właśnie w tym czasie, w misyjnym październiku, nie przez przypadek. Może Pan Bóg chce Kościołowi w Polsce przypomnieć mocniej o misjach i misjonarzach. Osobiście nie mam nawet najmniejszych powodów do narzekania jeśli chodzi o brak pomocy, duchowej i materialnej. Wręcz przeciwnie. Jestem nią otoczony przez księży biskupów, diecezję, braci kapłanów, wiernych z parafii gdzie pracowałem i wiele innych osób. Nieustannie Panu Bogu za to dziękuję! Niestety, nie wszyscy moi koledzy misjonarze mają taką sytuację. Wiem, że wielu pozostało porzuconych i zapomnianych. Czas o nich sobie przypomnieć. Niech nie porywa ich niepamięć i obojętność. Kilku z moich kolegów misjonarzy porzuciło swoje misje właśnie dla tego, że nikt o nich nie pamiętał. Zostali „porwani” przez trudności materialne, załamanie, trudności adaptacyjne, niezrozumienie, obojętność. Smutne, bardzo smutne. Przy dzisiejszych sposobach komunikacji nawet w najbardziej oddalonych zakątkach ziemi można trwać przy misjonarzu, razem z nim czuwać i pracować, aby nie dopadło go zniechęcenie. Najważniejsza jest modlitwa i pamięć. Stąd tak bardzo wielką rolę odgrywają róże misyjne. Nie bez powodu stanowią one część Papieskich Dzieł Rozkrzewiania Wiary. Każda osoba modląca się różańcem w Różach to konkretna pomoc dla misjonarza. Obyśmy nigdy o tym nie zapominali.

Muszę tu przyznać, że Kościół w Polsce każdego roku coraz bardziej pomaga misjom. W latach 2011-2014 przekazał on na pomoc misjom około 13,5 mln zł. Czytam, że w tym roku ta pomoc już wynosi ok 3,7 mln zł. Bez wątpienia jest to powód do dumy. Jeśli chodzi o inne dane, to są one mniej radosne. W 90 krajach na całym świecie pracuje obecnie 2065 polskich misjonarzy. Ja powiedziałbym, że „tylko”. Polski Kościół zdecydowanie stać na więcej. Módlmy się więc wytrwale o nowe, święte powołania misyjne!

Radość misjonowania.

paderewskigrzegorz

Manaus, 06. 10. 2014

Ojciec Święty Franciszek wszędzie mówi o radości. Nie możemy więc być zdumieni tym, że także o niej najczęściej wspomina, więcej, uczynił ją jakby centralnym tematem swojego orędzia na tegoroczny światowy dzień misyjny. „Światowy Dzień Misyjny – pisze Ojciec Święty - to uprzywilejowany czas, kiedy wierni różnych kontynentów angażują się przez modlitwę i konkretne czyny solidarności we wspieranie młodych Kościołów na terenach misyjnych. Jest to czas okazywania wdzięczności i radości. Wdzięczności – dlatego, że Duch Święty, posłany przez Ojca, daje mądrość i siłę tym, którzy poddają się Jego działaniu. Radości – dlatego, że Jezus Chrystus, Syn Ojca, posłany do ewangelizacji świata, wspiera i towarzyszy naszym misyjnym wysiłkom.” Dalej Papież Franciszek wskazuje na biblijny obraz pokazujący radość Jezusa i Jego uczniów jako misjonarzy, który znajdujemy w Ewangelii św. Łukasza (por. 10, 21-23). Znamy doskonale ten tekst. Ewangelista opowiada w nim, jak to Pan posłał siedemdziesięciu dwóch uczniów, po dwóch, do miast i wsi. Mieli ogłosić bliskość Królestwa Bożego i przygotować ludzi na spotkanie z Jezusem. Wspaniale jest czytać o tym, jak po wypełnieniu tej misji głoszenia uczniowie powrócili pełni radości. Jak opowiadali, jeden przez drugiego, pewnie często sobie nawzajem przerywając, o tym czego dokonali. Jak moc Boża działała poprzez nich. Radość jest więc tematem wiodącym tego pierwszego i niezapomnianego doświadczenia misyjnego. Zawsze zwracamy uwagę na to, że wtedy Boski Mistrz powiedział im: „Nie cieszcie się z tego, że duchy się wam poddają, ale cieszcie się raczej z tego, że wasze imiona zapisane są w niebie.” W tym też momencie Chrystus uwielbił Boga, bo jeśli dokonały się wielkie rzeczy poprzez posługę siedemdziesięciu dwóch misjonarzy, dokonały się tylko dla tego, że Bóg tak chciał, dał moc, łaski, charyzmaty i właściwy na to wszystko czas. Potem zaś Pan Jezus skierował do swych misjonarzy słowa wyjątkowe. Wykazał im, że ich sytuacja była szczególnie szczęśliwa. Bo wielu chciałoby słyszeć to, co oni słyszeli, widzieć to, co oni widzieli, doświadczyć tego, czego oni doświadczyli. Niestety, nie było i nie będzie im to dane.

Czemu tak obszernie nawiązuję do tego papieskiego orędzia? Bo całkowicie się w nim odnajduję. To jest coś, czego doświadczam tu, w naszych wspólnotach. Najpierw napiszę o radości. Prawdę powiedziawszy nieustannie mam powody do jej przeżywania. Kiedy rozważam tę ewangelię o posłaniu misjonarzy i o ich radości odkrywam, że ich uczucie płynęło z doświadczenia miłości Boga. Oni widzieli, doświadczyli tego, że Bóg kocha ludzi, więc ich uwalnia od złego. Szatan nienawidzi, więc ich zniewala. Właśnie wolność w Bogu rodzi radość. Dla mnie jest to doświadczenie niezwykłe, bo na co dzień widzę, jak nasz Kościół służy wolności wielu ludzi. To wielka rzecz być częścią tego wszystkiego, dać z siebie choć odrobinę, aby to wielkie dzieło wyzwalania do życia w miłości Boga Ojca mogło się dokonywać.

Teraz zaś o wdzięczności. Dane mi było w zeszłym roku przeżywać miesiąc misyjny w Polsce. Pamiętam, że opowiadając o tym, co Pan Bóg robi w naszych wspólnotach, widziałem w słuchaczach nie tylko zainteresowanie, ale wręcz swoisty zachwyt. Wówczas po raz kolejny uświadomiłem sobie, że jestem w przywilejowanej, szczególnie szczęśliwej sytuacji. Jestem też pewien, że łaska mi dana od Boga jest wielka i chyba nigdy nie zdołam za nią wystarczająco podziękować. Widzieć ludzi garnących się do Pana Boga, żyjących we wspólnotach kościelnych prawie tak, jak czytamy to w Dziejach Apostolskich,  doświadczać  gorącego tchnienia Ducha Świętego, dzielić się doświadczeniem wiary i służyć charyzmatami – to właśnie oznaczą misje i ewangelizacja. Dziś wiem, że to nie jest wyrzeczenie. To jest po prostu wielka łaska dana nam, misjonarzom, od Pana Boga.  Dziękując Panu Bogu dziękuję też wszystkim tym, którzy nam, misjonarzom, nieustannie pomagają. Cieszcie się, bo Wasze imiona, kochani Przyjaciele Misji, też są zapisane w niebie!

Chorzy Indianie.

paderewskigrzegorz

Manaus, 19.09.2014

Znów pojawiają się wiadomości o ginących Indianach. Tym razem to choroby dziesiątkują pierwotnych mieszkańców tych ziem. Co chwila słychać o ich skomplikowanych problemach zdrowotnych, a ostatnio pojawiła się jakaś tajemnicza choroba, która zabija najmłodszych i pozostawia lekarzy, jak na razie, zupełnie bezradnych. Wszystko zaczęło się w Para, we wiosce Indian Assurini. Kilkoro dzieci dostało wysokiej gorączki, miało poważne trudności z oddychaniem, pojawiły ogólne bóle całego ciała. Pierwsze rozpoznania wskazywały na słynną grypę H1N1. Jednak potem lekarze doszli do wniosku, że to jest coś innego i najwyraźniej coś nowego. A jak nowego, to może i bardzo niebezpiecznego. Jak do tej pory troje dzieci zmarło, kolejnych kilkoro walczy o życie i nie wiadomo, jak im pomóc. Jeśli choroba będzie się rozpowszechniała, to będzie to wielkim zagrożeniem dla reszty Indian. Okazuje się, że są oni bardzo podatni na choroby, ich organizmy jakby coraz gorzej radzą sobie z najróżniejszymi zagrożeniami, fizycznymi i psychicznymi.

Na przykład indiańscy nastolatkowie popełniają bardzo dużo samobójstw. Dziesięć razy więcej niż inni! Młodzi Indianie albo się wieszają na drzewach lub połykają pewien trując korzeń. Zawsze odchodzą gdzieś daleko, w las, jakby chcieli uciec od czegoś. Czyżby od cywilizacji, naszego morderczego świata, sposobu życia? Motywy jak dotąd nie zostały tak naprawdę wyjaśnione. Lekarze mówią o słabej kondycji psychicznej i trudności w zaakceptowaniu świata, który dla nich, tak bardzo zżytych z naturą, jest absolutnie nie do zniesienia. W ich głowach zderzają się dwa światy i najróżniejsze pragnienia. Z jednej strony są dziećmi, jak to się poetycko mówi, natury. Są ostatnimi pokoleniami, które ją znają, rozumieją, szanują, kochają, umieją w niej żyć. Jednak świat lasu to już przeszłość. Nie ma tam pracy, szkół, lekarzy, uniwersytetu. Świat miasta jest teraz przyszłością. To komórka, telewizor, samochód, piękne buty. Gdzie więc pozostać? W świecie miasta nie są mile widziani. Indianin jest kimś gorszym, to zawsze leń, głupi, złodziej, niebezpieczny. Nałogi szybko dominują życie tych ludzi. Nie ma z nich wyjścia.

Jeden z misjonarzy opowiadał nam kiedyś, że ponoć ci młodzi ludzie widzą swoich przodków, inny świat, ten z przeszłości, paralelną rzeczywistość z zatrzymanym czasem. Są wzywani, aby przejść do tej rzeczywistości, lepszej, spokojniejszej, indiańskiej. Mogą to tylko uczynić poprzez samobójstwo. Nie wiem jak to wyjaśniają naukowcy, ale jedno jest pewne, że w naszej cywilizacji Indianom jakby za mało było miejsca.

No cóż, rzeczywiście jest tego miejsca dla nich za mało. Chociaż mieli zagwarantowane swoje tereny, to co jakiś czas są z nich wyrzucani. Zawsze jest jakiś powód. A to nowa elektrownia wodna, która zaleje znaczne obszary lasu, a to tereny pod uprawę, wiec trzeba drzewa powycinać, a to jakieś złoża mineralne, które koniecznie trzeba wydobywać.

Intencja misyjna na październik zaprasza nas do modlitewnego proszenia Boga aby Światowy Dzień Misyjny rozbudził w każdym wierzącym pasję i gorliwość, by nieść Ewangelię całemu światu. Ja cały czas wierzę w to, że nasz Kościół ma najlepszą propozycję dla świata. Jest nią Ewangelia. Gdybyśmy potrafili nią żyć wtedy każdy z ludzi miałby swoje miejsce i czas do życia i bycia szczęśliwym.

 

Nossa Senhora de Nazare

paderewskigrzegorz

Manaus, 08. 09. 2014

Nasza diecezja w ostatnich dniach po raz kolejny stała się światowym centrum pobożności maryjnej. Takie przynajmniej można było odnieść wrażenie. Wszystko za sprawą Matki Bożej z Nazaretu, która przyjechała, a właściwie przyleciała do nas z Betlejem. Chodzi tu o Betlejem ze stanu Para, czyli po portugalsku Belem. Tam właśnie, w tym pięknym mieście położonym w okolicach ujścia Amazonki, Matka Boża z Nazaretu, Nossa Senhora de Nazare, ma swoje sanktuarium i cieszy się wyjątkową popularnością. To maryjne sanktuarium nie jest tym największym w Brazylii, ale jednym z największych i bez wątpienia jego rola w pobożności brazylijskich katolików jest bardzo znaczącą.  Szczególnie na północy kraju.

Figura Matki Bożej przyleciała do Manaus z powodu 100-lecia parafii jej dedykowanej, którą prowadzą księża z Papieskiego Instytutu dla Misji Zagranicznych. Myślę, że i parafia jubilatka i księża misjonarze, jak to ich się tutaj nazywa „do PIME”, powinni w jakimś z moich listów zostać opisani nieco szczegółowiej, bo bez wątpienia na to zasługują. Są ogromnie ważni w wielkiej historii ewangelizacji Amazonii. Sama zaś historia cudownej figurki Nosssa Senhora de Nazare była już przeze mnie opisana w listach kilka lat temu, jakoś na początku mojego pobytu w Amazonii.

Na lotnisku Nosssa Senhora de Nazare została powitana przez tysiące wiernych i właściwie tłumy już jej nie opuściły nawet na moment podczas jej pielgrzymki po tutejszej ziemi i wodach. Z każdą godziną było już ich tylko coraz więcej. Figurkę Matki Bożej przywiózł ks. biskup pomocniczy Belem, dom Teodoro. Był on obecny na wszystkich celebracjach. Pewnie było to dla niego wielkim wysiłkiem, bo trzydniowy pobyt Nosssa Senhora de Nazare w naszej diecezji był wyjątkowo zapełniony.

Malownicze były celebracje sprawowane po drugiej stronie Rio Negro, w Irandubie i Careiro Varzea. Tam, gdzie można było dojechać, figura Matki Bożej wieziona była w tak zwanej careata, czyli samochodowym i motocyklowym pochodzie. Sama figura jechała na pięknie przyozdobionym wozie straży pożarnej. Po wodzie zaś pływała na łodzi marynarki wojennej. Zawsze otoczona mundurowymi, poważnymi i szczęśliwymi, bo dla wszystkich brazylijskich katolików nie istnieje większe szczęście, jak w takich właśnie momentach stać przy figurze Matki Bożej. To coś, czego się tutaj naprawdę zazdrości, to zdarzenie naznaczające całe życie takiego szczęściarza. To przede wszystkim doświadczenie głęboko duchowe.

Punktem kulminacyjnym całego tego świętowania była Msza Święta celebrowana na nowym stadionie Arena da Amazonia, gdzie pewnie jeszcze da się usłyszeć echa minionego niedawno mundialu. Stadion wprawdzie jest wielki, ale władze pozwoliły zająć tylko mniej więcej 40 tysięcy miejsc. Trzeba więc było porobić wejściówki, które szybko stały się czymś ogromnie pożądanym. Nasza parafia dostała tylko 300, które rozeszły się w kilka chwil. Dla mnie powodem do dumy stali się panowie z Terco dos homens, Rózańca mężczyzn. Oni to czuwali nad porządkiem i organizacją. Okazało się, że zrobili to perfekcyjnie. Znaczna grupa tych panów należy właśnie do naszej parafii.

Nosssa Senhora de Nazare jest patronka Amazonii. Jej obecność w naszej diecezji w znaku swojej cudownej figury stała się czymś wyjątkowo potrzebnym naszym wiernym. Katolicy w Amazonii już od wielu lat przeżywają bardzo trudne chwile. Zewsząd jesteśmy wypierani przez zielonoświątkowców. Można nawet mówić o swoistej dyskryminacji. Katolik ma zawsze trudniej, wiele drzwi przed nim się często zamyka. Stąd takie chwile jak te, które mieliśmy okazję właśnie przeżywać są szczególnie ważne. Przyjechała do nas Matka i powiedziała: wytrwaj, jestem w tobą, warto byś wiernym!

Lektorat

paderewskigrzegorz

Manaus, 26. 08. 2014

 

Sierpień w kościele brazylijskim jest obchodzony jako miesiąc modlitwy i refleksji nad powołaniami. Pierwszy tydzień dedykowany jest kapłaństwu, drugi rodzinie, trzeci powołaniom do życia zakonnego a czwarty katechistom. Wykorzystujemy więc poszczególne tygodnie, aby propagować te najrozmaitsze powołania i posługi w naszym Kościele. Mamy rzeczywiście ogromne bogactwo form pracy duszpasterskiej i każdy, kto tylko chce, ma wiele okazji, aby się poświęcić, uświęcić i  zrealizować ewangelizując. Nasz Kościół Katolicki jest rzeczywiście wspaniały! Dla każdego jest miejsce, każdy jest ważny, każdy może się rozwijać duchowo pomagając przy tym innym. Kiedy patrzę na naszych parafian gorliwie pracujących razem z nami w najróżniejszych duszpasterstwach, nie tylko ich podziwiam, ale przede wszystkim uczę się od nich bardzo wiele. Są rzeczywiście wspaniałymi nauczycielami będąc świadkami swej wiary. Bo to ona jest tutaj jedynym motywem i siłą. Nikt za nic nie otrzymuje żadnego wynagrodzenia.

Zaangażowanie świeckich w duszpasterstwo w kościele brazylijskim jest rzeczywiście bardzo zaawansowane. Pewnie wymusiła to sytuacja, w jakiej tutejszy kościół od zawsze się znajdował i w jakiej po dzień dzisiejszy trwa. Brazylia zawsze miała mało kapłanów. Wręcz dramatycznie mało. Może dla tego, że ciągle ich kiedyś przybywało bardzo dużo z Europy lub Ameryki Północnej. Z jakichś też powodów utrwaliło się przekonanie, że tutejsi za bardzo na księży się nie nadają. Nie mówiąc już o Amazończykach, bo takie krzywdzące opinie wielokrotnie spotkałem w książkach, co ostatecznie wychodzi w najróżniejszych kompleksach.

Katolickie parafie często prowadzone były i są przez świeckich. Ksiądz tylko dojeżdża, udziela sakramentów i pędzi dalej. Świeccy zaś czuwają nad całokształtem życia parafialnego. Stąd miesiąc powołań ma tak ogromne znaczenie dla tutejszego kościoła. Waloryzujemy pracę świeckich, bez ich zaangażowania trudno wyobrazić sobie istnienie tutejszego kościoła, propagujemy powołania do najróżniejszych form duszpasterskich, modlimy się gorliwie o nowe powołania kapłańskie. A potrzeba ich rzeczywiście bardzo. Jak na razie ciągle przegrywamy, bo katolików ubywa w zastraszającym tempie. Między innymi dla tego, że nie ma komu się nimi zająć.

W całej Brazylii jest obecnie 20700 księży na mniej więcej 100 milionów katolików. To mniej, dużo mniej, niż w Polsce. Najgorzej jest właśnie na północy kraju. Na przykład w naszej diecezji pracuje czynnie w duszpasterstwie 110 księży na ponad dwa miliony ludzi. Pewnie gdzieś około miliona zaledwie to katolicy. Nie mniej, jest nas bardzo mało.

Ciekawostką kościoła Brazylii jest obecność diakonów stałych. Jest ich rzeczywiście bardzo wielu, w porównaniu chociażby z Polską. Czytałem kiedyś, że w Polsce mamy zaledwie dziesięciu diakonów stałych. W Manaus zaś jest ich w tej chwili 34. Będzie więcej, bo w szkole diakońskiej studiuje spora grupa kandydatów do diakonatu stałego. Nasza parafia ma w tym wszystkim swój znaczący udział. Rok temu szkołę diakońską ukończyli dwaj z naszych parafian, Pedro i Junior, którzy 15 lipca otrzymali z rąk naszego księdza arcybiskupa promocje lektoratu. Za kilka miesięcy będą stanowieni akolitami, a potem, jak Bóg pozwoli, otrzymają, gdzieś za rok, święcenia diakonatu. Nie wiadomo, czy będą pomagali w naszej parafii, czy ksiądz biskup skieruje ich do jakiejś innej, nie mniej bardzo się z tego ich lektoratu cieszę. To ważny dla nas wszystkich znak Chrystusowej obecności w Kościele. On nigdy nas nie opuszcza. Zawsze jest z nami. Jedyne, co potrzebuje, to nasze „tak”. Niech wielu ma tę odwagę do powiedzenia swojego fiat Chrystusowi!

Jednak nie wygrali...

paderewskigrzegorz

Manaus, 21. 07.2014

No cóż, Brazylia jednak nie wygrała Mundialu. Wyrażam się tutaj nieco eufemistycznie, bo Brazylijczycy mówią o tragedii narodowej, największej porażce wszelkich czasów, egzekucji (hm, oni raczej nie mają tu żadnych skojarzeń), wielkim wstydzie narodowym. Było wiele określeń zastosowanych na to, co się zdarzyło dziewiątego lipca ale najczęściej mówiło się o mineiraço. Cóż to takiego? W tle mamy wielką wstydliwą historię związaną z słynną przegraną Brazylii z Urugwajem w 1950 roku. Ja nie bardzo rozumiem problem, bo w sumie Brazylia miała wówczas drugie miejsce. Nie mniej tamta porażka aż do tego Mundialu uważana była za najstraszniejszą. Może stało się tak dla tego, że Brazylijczycy nawet przez moment nie dopuścili do świadomości możliwości przegranej? Wszyscy pewni byli zwycięstwa. Więcej, dzień przed finałem cała Brazylia już świętowała zwycięstwo. Ludzie szaleli ze szczęścia, chociaż dopiero następnego dnia miało się okazać, kto miał być pierwszym. Jakby tego było mało, to w przemówieniu na otwarcie meczu prefekt Rio de Janeiro, Ângelo Mendes de Morais, mówił: „Wy Brazylijczycy, których ja już uznaję za zwycięzców; wy Brazylijczycy, którzy za kilka godzin zostaniecie ogłoszeni triumfatorami przez miliony swoich rodaków; wy, którzy nie macie żadnych rywali na całej półkuli; wy, którzy rozgromiliście wszystkich; wy, których ja już pozdrawiam jako mistrzów. ” Ów historyczny mecz został rozegrany na najsłynniejszym stadionie świata, na Maracana. Na trybunach zasiadła wówczas rekordowa liczba kibiców: 199854! Brazylii wystarczał remis. Pierwsza połowa meczu odbyła się bez goli. Brazylijczycy byli w ciągłym natarciu i w sumie to jakiś cud tylko sprawiał, że Urugwajczycy tak wytrwale się bronili. Cały stadion był przeciw nim. Druga połowa stała się końcem świata dla wielu, istnym sądem ostatecznym. Jednak początek drugiej połowy wcale nie zapowiadał nic złego. Już w drugiej minucie Brazylia strzeliła gola. Kibice szaleli jeszcze bardziej, euforia nie mogła już być większa. Nagle, w dwudziestej pierwszej minucie, wbrew wszystkim i wszystkiemu, Urugwaj wyrównał. Trybuny zamilkły. Ludzie patrzyli nie rozumiejąc, co się stało. Drużyna brazylijska stała się jakaś słaba, robili masę błędów. Zespół Urugwaju wręcz przeciwnie. Nabrał pewności, mocy i jedenaście minut przed końcem strzelił drugiego gola. Ludzie na trybunach umarli. W przenośni oczywiście, ale cisza, jaka wówczas zapanowała, była totalna. Ówczesny prezydent FIFA wyraził się tak: „Cisza była absolutna. Trudno w to uwierzyć, ale dwieście tysięcy ludzi patrzyło oniemiałych na to, jak traciło tytuł, który, jak uważali, świecie im się należał.” Ten sam człowiek był w wielkim kłopocie, bo on też był pewny zwycięstwa Brazylii. Przygotował przemówienie na zakończenie Mundialu po portugalsku i oczywiście miał w nim mówić o zwycięstwie Brazylijczyków. Zresztą nie była to jedyna wpadka organizatorów. Złote medale właściwie nie zostały wówczas wręczone, bo wybito je z imionami poszczególnych zawodników właśnie przegranej reprezentacji. Nie zaśpiewano hymnu kraju zwycięskiej drużyny, bo nawet go nie przygotowano. Wszyscy rozeszli się w milczeniu, jakby stało się coś strasznie złego. Szok z powodu przegranej był tak wielki, że kilka osób popełniło samobójstwo. Całe tysiące zaś wpadło w ciężkie depresje. Jakby nie było sensu dalej żyć. Od nazwy stadionu, Maracana, został właśnie utworzony termin maracanaço, który oznaczał wielką przegrana narodu i wszelkie zło z nią związane. Chyba najbardziej na tej przegranej ucierpiał bramkarz Brazylijczyków. Po latach mówił on, że za morderstwo dostaje się tutaj karę trzydziestu lat więzienia. On został skazany na dożywocie. Po tym feralnym meczy stracił wszystko. Gorzej, stał się symbolem narodowej porażki. Raz nawet, kiedy wchodził na jakiś mecz,, został rozpoznany i wyrzucony ze stadionu. Był nawet szczęśliwy, że tylko go lekko przy tym poturbowano. Ludzie na jego widok wpadli w szał i mogło się to skończyć o wiele gorzej.

W roku 1950 było maracanaço. Ponieważ smutny mecz z Niemcami rozgrywany był w Belo Horizonte, stolicy stanu Minas Gerais, na stadionie nazwanym Mineirao, to tegoroczna klęska weszła do historii jako mineiraço. Myślę, że może być to lekcja dla każdego z nas. Przypomina mi się tu Dawid i Goliat. Aby wygrać nie zawsze wystarczy być silnym, wielkim i słynnym. Trzeba też być pokornym i szanować swego przeciwnika. Nigdy nie wiadomo, jak potoczy się historia naszych zwycięstw. 

© B R A Z Y L I A
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci