Menu

B R A Z Y L I A

Matka Boża z Aparecida w Manaus

paderewskigrzegorz

Manaus, 7.12.2015

Do Manaus dotarła Matka Boża z Aparecidy. Oczywiście w kopii swojej figury z brazylijskiego, maryjnego sanktuarium narodowego. Nossa Senhora Aparecida już od dłuższego czasu pielgrzymuje po diecezjach Brazylii, a nawet po znanych i ważnych dla Kościoła Katolickiego miejscach na całym świecie. Pisałem o jej wizycie w Fatimie, w maju tego roku. No cóż, jeśli chodzi i te pielgrzymki, to były one w sumie niezbyt częste. Sanktuarium w Aparecida związane jest ze znalezieniem figurki Matki Bożej, które miało miejsce w 1717 roku oraz późniejszymi licznymi cudami, jakie dokonały się w związku z tą Maryjną rzeźbą. Można więc powiedzieć, że istnieje już od trzystu lat. Natomiast pierwsza  peregrynacja Matki Bożej z Aparecida dokonała się dopiero w 1931 roku. Wówczas to Maryja udała się do Rio de Janeiro, ówczesnej stolicy Brazylii. Wtedy właśnie ogłoszono Matkę Bożą z Aparecida Królową i Patronką Brazylii. Podobno na powitanie Matki Bożej wyszły tłumy tak wielkie, że nikt nie zdołał ich policzyć. Smutnym jest fakt, że dziś bardzo rzadko nazywa się Matkę Bożą z Aparecida Królową Brazylii. Wszystko z powodu poprawności politycznej. Protestanci, a zwłaszcza zielonoświątkowcy już kilka razy próbowali drogami urzędowymi wymazać wszelkie Maryjne święta i nazwy z życia tego kraju. Na szczęście, jak do tej pory nie udało im się to. Nie mniej zawsze głośno lamentują, że Matka Boża Patronka Brazylii i Jej liczne uroczystości obchodzone jako święta państwowe to coś, co przynosi im wstyd. No cóż, jestem pewny, że jeszcze kiedyś zrozumieją, jak wiele Matce Bożej z Aparecida wszyscy Brazylijczycy zawdzięczają.

Matka Boża z Aparecida stała się aktywniejsza pielgrzymkowo tak naprawdę dopiero w 2004 roku. Z okazji stulecia koronacji Jej figury czczonej w narodowym sanktuarium zaczęła nawiedzać diecezje i parafie całej Brazylii. Właściwie to owo pielgrzymowanie wówczas zaczęte trwa do dzisiaj. Teraz zaś jest już traktowane jako przygotowanie do trzechsetlecia znalezienia, właściwie wyłowienia cudownej figury z rzeki Parnaiba, co potem dało początek całej tej Maryjnej historii na ziemi brazylijskiej.

Pielgrzymowanie Maryi rozumiemy biblijnie, ewangelicznie. Jesteśmy jak Elżbieta, przyjmująca Maryję w swoim domu. Potrzebujemy Jej pomocy. Jednak co jest w tym odwiedzaniu najważniejsze, to to, że Maryja niesie nam Jezusa, naszego Zbawiciela. Matka Boża przychodzi do nas poprzez swoją cudowną figurę jako Służebnica Pańska, która chce służyć ludowi Bożemu. Jej pełna pokory postawa uzdalnia nas do  dostrzeżenia woli Bożej i kierowania się nią w naszym życiu.

Ojcowie redemptoryści, którzy są opiekunami sanktuarium w Aparecida, mówią, że Matka Boża pielgrzymując odwdzięcza się za pielgrzymki  ludu Bożego do jej domu. Mówi się w Brazylii, że sanktuarium w Aparecida jest największym sanktuarium maryjnym na świecie. No cóż, nie wiem co oni tu liczą. Przypuszczam, że wiele sanktuariów maryjnych na świecie może z powodzeniem konkurować z Aparecida, jeśli chodzi o liczbę pielgrzymów. Natomiast w kwestii rozmiarów samej budowli, to może i rzeczywiście jest ono największe. Dnia nie starczy, aby obejść wszystkie zakątki tego maryjnego domu.

Matka Boża nawiedziła nas podczas naszych parafialnych obchodów odpustowych. Stąd najpierw dosyć cierpliwie razem z nami się modliła i czekała na zakończenie wszelkich obchodów na cześć Chrystusa Króla. Potem była jeszcze z nami prawie cały tydzień. Nie ukrywam, były to wyjątkowe, pełne modlitwy, śpiewów, wzruszeń i radości. Mieliśmy tym samym bardzo ładne wprowadzenie w Adwent. Na koniec oczywiście w uroczysty sposób dokonaliśmy aktu ofiarowania parafii i nas wszystkich Matce Bożej. To była naprawdę prawdziwa konsekracja. Ja zaś, jak zawsze, obserwowałem moich parafian i po raz kolejny miałem wspaniałą okazję, aby wiele od nich się nauczyć.

 

Chrystus Król 2015

paderewskigrzegorz

Listopad w naszej amazońskiej parafii jest miesiącem wielkiego święta. A to z powodu naszego odpustu Chrystusa Króla, bo takie przecież nosimy wezwanie.

Odpusty w Brazylii to temat wyjątkowo barwny, wiele już razy przeze mnie tutaj poruszany. Nie ukrywam, że pierwszy z nich, jaki przeżywałem w Brazylii jedenaście lat temu, a było to w parafii Nossa Senhora dos Remedios, mnie zachwycił i jednocześnie przeraził. Bez wątpienia było to bardzo ciekawe zjawisko, także z punktu widzenia religijnego, kolorowe, dynamiczne i niemiłosiernie głośne. Kolejne odpusty podobały mi się coraz mniej i w końcu stały się dla mnie trudne. To po prostu był twardy pastoralny orzech do zgryzienia.

Na szczęście w Manaus nasi parafianie mieli podobne spostrzeżenia i wcale nie trzeba było wielkiego wysiłku, aby zrezygnować z tego wszystkiego, co było mało religijne i kościelne. Od pierwszego święta Chrystusa Króla chcieliśmy, aby to było wydarzenie tylko, albo przynajmniej zwłaszcza duchowe. Jestem szczęśliwy, bo po tych kilku lat Pan Bóg dał nam właśnie coś takiego. Mamy więc tradycyjną nowennę, którą wszyscy już rozumieją jako swoiste rekolekcje parafialne. Tym razem przez dziewięć dni rozważaliśmy Przenajświętsze Imię Jezusa. Oczywiście zawsze z Eucharystią, adoracją i najróżniejszymi modlitwami, w tym z litanią do Najświętszego Imienia Jezusa. Sama uroczystość Chrystusa Króla miała oczywiście naszą wspaniałą procesję, tym razem zrealizowaną w wielkim spokoju i pokoju. Zielonoświątkowcy nam nie przeszkadzali. Mieliśmy też wszystko bardzo dobrze zorganizowane. Podczas drogi mamy zawsze chwile zatrzymania się, kiedy to czynione są krótkie rozważania. Trudno w nich było nie wspominać o ostatnich tragediach, które wstrząsnęły światem, ale też modliliśmy się w wielu lokalnych intencjach, tych też jest zawsze bardzo wiele. Brazylia, w tym też Manaus, przeżywa obecnie wyjątkowo poważny kryzys polityczny i gospodarczy. Na co dzień z tego powodu najbardziej cierpią zwykli obywatele. Ludzie znajdują się w bardzo poważnej sytuacji. Masowo zaczęli tracić pracę. Fala przestępstw zupełnie zburzyła, już i tak bardzo nikłe, poczucie bezpieczeństwa. Rządzący najwyraźniej nie panują nad sytuacją. Nie wiadomo, jaką drogą będzie kroczyła Brazylia. W Ameryce Południowej często, z jakąś niezwykłą łatwością, dochodziło do zamachów stanu i wprowadzenia dyktatur wojskowych. Obecnie często się o czymś takim mówi. Miejmy nadzieję, że do tego nie dojdzie, że sytuacja się uspokoi, że kraj odzyska stabilność. Jest więc o co się modlić. Na dodatek w stanie Minas Gerais doszło do wielkiej tragedii, katastrofy ekologicznej, co jeszcze pewnie opiszę w którymś z moich listów.

Od kilku lat z okazji parafialnego odpustu organizujemy nasz mały festiwal piosenek religijnych. Tylko, że ostatnio nie jest on już taki mały. Pomysł z tym festiwalem był mniej więcej taki: parafianie, mniej lub bardziej uzdolnieni, mieli komponować teksty i muzykę, zawsze oscylując wokół aktualnych tematów duszpasterskich. Piosenki w założeniu miałyby być używane w naszych wspólnotowych animacjach. Na początku festiwal był zamknięty, ograniczony tylko dla naszych parafian. Obecnie stało się to dosyć problematyczne, bo już praktycznie z całego miasta mamy ludzi, którzy koniecznie chcą brać w nim udział. Chrystus Król ma przecież serce otwarte dla każdego, więc i my nie mogliśmy się zamykać. Współczuję tylko jurorom festiwalowym, mają zadnie bardzo trudne. Ja oczywiście zawsze kibicuję naszym, więc w finale festiwalu mam gardło zupełnie zdarte i dłonie opuchnięte od oklasków. Zawsze zadziwia mnie pomysłowość i talenty tych ludzi. Dochodzę do wniosku, że to też może służyć za przykład charyzmatów. Jak ktoś chce służyć wspólnocie, dostaje od Pana Boga bardzo dużo talentów.

Podczas nowenny jednego dnia rozważaliśmy takie Imię Jezusowe: Jezus, nasza Nagroda. Mniej więcej chodziło o to, że tą nagrodą jest Krzyż, który nas prowadzi do zbawienia. Może taką nagrodę w pełni zrozumieć i być w stanie przyjąć tylko ten, kto jest przyjacielem Krzyża. Tu Krzyż jest  cierpieniem, trudnością, ale prowadzi do prawdziwego wyzwolenia. Niezwykłym jest to, że Pan Bóg coraz bardziej prowadzi nas w naszej wspólnocie wiary do takiego właśnie doświadczenia. W tym roku, podczas naszego dopustu, wszyscy tego doświadczyliśmy. Viva Cristo Rei!

Dlaczego miłość nie jest kochana?

paderewskigrzegorz

Manaus, 06. 11. 2015

Kiedy poznaje się, oczywiście dziś tylko przez świadectwa, życie o. Zbigniewa Strzałkowskiego i o. Michała Tomaszka, to można odnieść wrażenie, że byli oni przez Boga na to męczeństwo przygotowywani. Najpierw ojcowie Jarosław Wysoczański i Zbigniew Strzałkowski, kiedy starali się w Warszawie, w ambasadzie peruwiańskiej o wizy, to zawsze zatrzymywali się w kościele św. Stanisława Kostki, aby pomodlić się przy grobie księdza Jerzego Popiełuszki, dziś już błogosławionego polskiego męczennika. W dniu, kiedy w końcu wizy otrzymali, ich modlitwa była zdecydowanie dłuższa. Oddawali się w niej Bogu za pośrednictwem księdza Jerzego. Na zawsze tajemnicą pozostanie tamto doświadczenie, ale widać w tym zatrzymywaniu się przy grobie męczennika jakby lekcję samego męczeństwa. Potem zaskakujące słowa samego ojca Michała, kiedy to po pożegnalnej Mszy Świętej w parafii w Pieńsku, gdzie pracował po święceniach kapłańskich, powiedział, że jeśli trzeba będzie dla sprawy Bożej złożyć ofiarę – ofiarę z życia – to nie będzie się wahał.

Kiedy nadszedł dzień ich śmierci, najwyraźniej byli na nią przygotowani. O. Zbigniew Strzałkowski i o. Michał Tomaszek pozostali sami w Pariacoto.  9 sierpnia 1991 roku w parafii zaplanowane było spotkanie z młodzieżą. Miała być celebrowana Msza Święta, potem jeszcze modlitwy i formacja dla młodzieży. Ten właśnie wieczór terroryści z Sendero luminoso wybrali na napad. Kiedy ludzie szli na mszę widzieli już chodzących po ulicach miasteczka bandytów z zakrytymi twarzami. Jedna z sióstr zakonnych, siostra Berta, poszła do zakrystii i poinformowała o tym ojców franciszkanów. Rozpoczęła się Eucharystia. Zapamiętano, że Ojciec Zbigniew miał wzrok skierowany ku drzwiom wejściowym, a ojciec Michał był zadumany. Po odczytanej przez o. Michała Ewangelii o. Zbigniew wygłosił homilię na temat wiary i zaufania. Bezpośrednio po Mszy część wiernych uciekła z kościoła, część zaś, głównie młodzi, pozostali, bo bali się wychodzić na ulicę. Postanowiono, że będą się dalej modlić. O. Zbigniew opatrywał rany jakiegoś chorego dziecka. Wtedy weszli uzbrojeni, z twarzami zakrytymi, terroryści. Przedstawili się jako „towarzysze”. Chcieli rozmawiać z ojcami i zobaczyć samochody. Związali zakonników. Chcieli też to samo zrobić z postulantami, ale na szczęście zrezygnowali po protestach o. Zbigniewa. Bandyci ukradli różne drobne rzeczy z cel zakonnych, potem wsiedli do samochodów i, zabierając ze sobą zakonników, odjechali drogą w górę. Do jednego z aut zdołała się też wcisnąć siostra Berta, która w ten sposób stała się najważniejszym świadkiem tego zdarzenia. Po jakimś czasie zatrzymali się, obu kapłanów umieścili w jednym aucie i wyjaśnili im przyczyny zatrzymania. Bracia oszukiwali ludzi, gdyż przekazywali im żywność z Caritasu, organizacji imperialistycznej. Głosili pokój, a przez to zwodzili lud, gdyż w ten sposób odrzucili przemoc i rewolucję. Religia usypia lud, to opium dla ludu. Nauczanie Biblii to także usypianie ludu, oszukiwanie go i opanowywanie go. Po tych wyjaśnieniach pozostawili siostrę zakonną na drodze. Zabrali za to ze sobą jeszcze wójta z Pariacoto. Po wyjechaniu z miasteczka podpalili most. Kilka chwil potem, w miejscu zwanym Pueblo Viejo, zatrzymali się i wywlekli zakonników oraz wójta z samochodu. Kazali im się położyć na drodze twarzą do ziemi. Zabili ich strzelając w tył głowy. Na plecach o. Zbigniewa pozostawili kawał tektury z napisem: „W ten sposób umierają lizusy imperializmu”. Potem odjechali i w następnym miasteczku pijąc i strzelając na wiwat świętowali zwycięstwo rewolucji.  Pariacoto zaś pogrążyło się w żałobie. Ciała zamordowanych odnaleziono już po północy. Najpierw zabrano je do kościoła, potem na sekcję do Casmy, nieco większego miasteczka u podnóża gór. Pogrzeb męczenników odbył się 11 sierpnia. Zostali pochowani w dwóch osobnych sarkofagach naprędce zbudowanych w kościele. Na obu grobach widnieje napis umieszczona daty urodzin i śmierci, imiona i nazwiska braci zakonnych oraz dodano: „Męczennik za wiarę i miłość.”

Misyjny podręcznik.

paderewskigrzegorz

Manaus, 28.10.2015

Misje to wyzwanie pod każdym względem. Wyzwanie być może bardzo trudne, ale też fascynujące. Tak, jak fascynujące są wszelkie tajemnice, zwłaszcza te Boże. A przecież misje to właśnie droga do Bożych tajemnic. Na misjach tak naprawdę wszystko jest inne. Aby sobie z tą różnością i różnorodnością właściwie poradzić, trzeba to rozumieć jako bogactwo. W taki sposób wszystko staje się łatwiejsze, prostsze i przede wszystkim pożyteczne. Misje to wielkie doświadczenie wiary. Kiedy czytałem o zamordowanych w Peru polskich franciszkanach, o. Zbigniewie Strzałkowskim i o. Michale Tomaszku, to pomyślałem sobie, że mogliby się stać wspaniałymi patronami misjonarzy, a ich życie może posłużyć za swoisty podręcznik misyjny. Rzeczywiście podpowiadają nam bardzo wiele, wyjaśniają, uczą i wprowadzają w misyjny świat.

Najpierw przygotowanie. Duchowe i intelektualne. Dziś myślę o tym, jak trudno im było w czasach bez Internetu, bez przewodników i fachowych publikacji przygotowywać się do wyjazdu, uczyć się o kraju, do którego mieli się udać. Okazuje się, że poradzili sobie z tym wyśmienicie. Nawet w języku byli chyba dosyć zaawansowani. Można odnieść wrażenie, że już na jakiś czas przed wyjazdem obaj zakonnicy właściwie już byli w Peru. Nie mniej, jak już znaleźli się na miejscu, to kontynuowali bardzo wytrwale to „uczenie się Peru”. Ojciec Jarosław Wysoczańskich tak to wspomina: „Od pierwszych chwil chcieliśmy jak najwięcej poznać, to było coś w rodzaju „pójścia od nowa do szkoły.” Każdym szczegółem, każdą informacją dzieliliśmy się, aby wyrobić sobie opinię, pogląd na zastaną rzeczywistość. Było w nas coś z postawy ucznia. W naszym przypadku nauczycielem był ten świat i ludzie, zastany Kościół, ci wszyscy, których spotkaliśmy na naszej drodze.

Kiedy przyjechałem do Brazylii, to już pierwszego dnia, a właściwie pierwszej nocy miałem okazję uczestniczyć w święceniach kapłańskich. Wówczas dostrzegłem, jak bardzo tamci ludzie pragnęli kapłanów. Mniej więcej podobne doświadczenie, też na samym początku,  mieli  nasi franciszkańscy misjonarze. Piszą o tym tak: „W Chiclayo doświadczyliśmy lekcji, która pozwoliła nam zobaczyć, czym jest kapłaństwo. Uczestniczyliśmy w uroczystości święceń kapłańskich…W czasie litanii do Wszystkich Świętych dwie małe dziewczynki obsypywały kwiatami leżącego krzyżem kapłana. Po namaszczeniu rąk neoprezbiter zbliżył się do ludu i wyciągnął ręce na znak krzyża. W tym momencie wydarzyło się coś, czego nigdy nie widzieliśmy w bazylice krakowskiej i w innych miejscach. Wierni, ze łzami w oczach, obsypywali nowego kapłana długimi oklaskami…To był kolejny nauczyciel, tym razem Lud Boży ze swoją wielką miłością do wybranych Pana.”

Aby dodać sił zniechęconym trudnościami językowymi, mówi się im, że każdy nowy język to jakby nowe życie. Jest w tym racja, zważywszy, że język jest nośnikiem wielu treści i doświadczeń. To szersze horyzonty myślowe, wchodzenie do nowego świata. To  droga do poznania człowieka.  Ojcowie misjonarze, jak już objęli swoją parafię w Pariacoto, to chcieli właśnie jak najszybciej dotrzeć do każdego parafianina. W ciągu sześciu miesięcy obeszli wszystkie wspólnoty, wioski i osiedla. No cóż, dzieło to imponujące! Wspólnot było ponad siedemdziesiąt, wszystkie w górach, niektóre dostępne tylko piechotą po kilku godzinnej wspinaczce. Przy tej okazji wspominają coś, co bez wątpienia jest jednym z najważniejszych i najpiękniejszych misyjnych doświadczeń: „Ludzie ci swoim zachowaniem, sposobem bycia, nieraz nas zaskakiwali. Pod pozorami zacofania ukrywali wielką inteligencję i jasność umysłu. Zdawało się, że posiadają dwie twarze, aby je zrozumieć potrzebny był czas oraz zdolność empatii i obserwacji. Duma z przeszłości mieszała się z nędzą i niemocą dnia codziennego…Nasze pierwsze spotkanie z ludźmi gór osiągnęło swój cel; mogliśmy choć trochę poznać rzeczywistość i czuć się poznanymi. Campesino ma wielką zdolność studiowania ludzkiej natury, jest bardzo spokojny, cierpliwy, potrzebuje czasu, aby wydać osąd. Poznaje człowieka nie tylko indywidualnie, ale także w wymiarze wspólnoty…Staraliśmy się otworzyć na to wielkie dziedzictwo.” Tak, to prawda! Misje to nieustanna, wspaniała lekcja życia i wiary!

Polscy męczęnnicy frańciszkańscy.

paderewskigrzegorz

Manaus, 19.10.2015

Kilka lat temu, kiedy to stawialiśmy nasze pierwsze kroki w Manaus, odwiedzili nas wówczas dwaj ojcowie franciszkanie. Jechali z Rzymu do Jurua aby zwizytować parafię, która miała być wkrótce objęta przez misje franciszkańskie. Jednym z nich był misjonarz o imponującym misyjnym dorobku, ojciec Jarosław Wysoczański. Na pożegnanie dał mi obrazek z dwoma franciszkańskimi kandydatami na ołtarze, o. Zbigniewem Strzałkowskim i o. Michałem Tomaszkiem. Kiedy czytałem znajdujące się na obrazku informacje przypomniałem sobie o tej tragedii. Pamiętam, że wiele razy rozmawialiśmy o tym w seminarium. Zostali zamordowani w roku 1991, w górach Peru, przez komunistów z Sendero Luminoso. O. Jarosław powiedział mi wówczas: „Byłem ich proboszczem. Też bym zginął, ale wyjechałem do Polski na urlop.” Miałem wrażenie, że to wyjaśnienie o urlopie powiedział jakby z żalem. Czy dla tego, że nie wyjechali wówczas wszyscy, czy też dla tego, że nie zginął razem z nimi? Cała ta sytuacja nieustannie pojawiała się w mojej pamięci, ilekroć brałem do ręki ów obrazek. Jakimś zbiegiem okoliczności nieustannie przewijał się w moim brewiarzu, Piśmie Świętym, czytanych książkach. Normalnie obrazki często się zawieruszają, odkrywa się je potem po latach, kiedy powraca się do ważnych lektur. Ten zaś ciągle się pojawiał. Tak też ci dwaj kandydaci na ołtarze często mi towarzyszyli. Często odmawiałem modlitwę z obrazka. Myślałem wiele razy o ich śmierci i o tym, jak mi jest łatwo pracować na misjach. Róże sytuacje, inny czas.

Wkrótce, w Chimbote, to stolica diecezji, w której pracowali nasi męczennicy, dokona się ich beatyfikacja. Razem z nimi na ołtarze zostanie wyniesiony także o. Alessandro Dordi, który również został zamordowany przez Sendero Luminoso. Świadectwo tych męczenników jest wyjątkowo silne. Koniecznie musimy spojrzeć na nich z wielką uwagą. Na to, jak szli na misję i ewangelizowali, na to, jak umarli i na to, co swoją śmiercią nam powiedzieli.

Różne sytuacje, inny czas. Dziś docieram do Manaus w jedną dobę. Raz tylko zmieniam samolot. Nasi franciszkanie, a ściślej mówiąc najpierw byli to ojcowie Strzałkowski i Wysoczański (o. Tomaszek dotarł do nich później) na swoją misję drogę mieli bardzo długą. Z Warszawy do Limy latało się wówczas przez Moskwę, gdzie trzeba było długo czekać na połączenie. Potem lot do Limy trwał jeszcze kolejne 27 godzin. Samolot oczywiście lądował kilka razy. W stolicy Peru zatrzymali się na jakiś czas. Potem byli  w Chiclayo, u jednego z polskich misjonarzy z diecezji tarnowskiej. Następnie udali się do Chimbote, aby spotkać się ze swoim misyjnym biskupem. Do Pariacoto, do swojej parafii pojechali trzeciego stycznia, a więc już po pięciu tygodniach pobytu na ziemi peruwiańskiej. Mieli już trochę czasu na pierwsze doświadczenia, wrażenia i opinie. Możemy sobie wyobrazić jakie myśli w tym okresie pojawiały się w ich głowach. Do dziś Polska i Ameryka Południowa to dwa, bardzo odmienne światy. Wówczas musiało to różnić się jeszcze bardziej. Aby dotrzeć w rejony, gdzie mieli pracować, musieli udać się z Limy drogą na północ. Jedzie się podobno cały czas praktycznie przez pustynię. Nawet dziś trudno o znaki jakiegoś życia. W tamtych czasach na pewno było go jeszcze mniej. Bieda, susza, skały, wiatr i palące słońce.  O. Jarosław wspomina te pierwsze chwile w parafii tak: „Czekaliśmy z utęsknieniem na tę chwilę…To, co wcześniej było snem, teraz – w skwarze słońca, w lekkim powiewie wiatru i majestatycznym krajobrazie szczytów górskich – stawało się rzeczywistością…dotarliśmy do Pariacoto, które w pierwszym momencie zrobiło na nas wrażenie, jakby było położone na dużej skarpie. Naprzeciw znajdował się kościółek, do którego skierowaliśmy nasze kroki. Wnętrze świątyni zrobiło na nas smutne wrażenie...poprzez martwotę i wygaszoną lampkę naftową przy tabernakulum. Spojrzeliśmy na siebie i chyba zrozumieliśmy się doskonale. Zapragnęliśmy, aby to miejsce jak najszybciej zabłysło światłem Pana.” Wkrótce to światło Pana zabłysło w tym miejscu tak bardzo, że aż jest widoczne z innych kontynentów.

Celebracje Stuleci Błogosławieństw

paderewskigrzegorz

Manaus, 25. 09. 2015

Gdybym miał powiedzieć jaka Matka Boża jest najbardziej czczona w Brazylii, to miałbym wielki problem przynajmniej z dwóch powodów. Raz, że wszelkie istniejące na świecie wyobrażenia i figury maryjne są tutaj otaczane wielką czcią, są bardzo powszechne i mają przeogromny wpływ na duchowe życie brazylijskich katolików, a dwa, że przyznając pierwsze miejsce Matce Bożej z Aparecidy naraziłbym się bardzo czcicielom Matki Bożej Fatimskiej albo Niepokalanie Poczętej. Zresztą najlepiej tutaj nie zabierać lekkomyślnie głosu, bo też i czciciele innych wyobrażeń maryjnych zaraz by się rozgniewali. Tę sprawę traktuje się tutaj bardzo poważnie. Już wiele razy pisałem, że kiedy kiedyś sądziłem, że Polacy to naród maryjny, to nie bardzo wiedziałem co to znaczy. Brazylijczycy to dopiero naród maryjny. Tutaj każde dziecko podczas chrztu musi być obowiązkowo ofiarowane Maryi. Skandalem jest sytuacja, jeśli nagle ktoś odkryje, że nie był poświęcony Matce Bożej. Oczywiście najlepiej to jak najszybciej nadrobić. Najczęstsze imię kobiece to oczywiście Maria, ale zawsze z dodatkiem jaka, na przykład Conceicao (Niepokalanie Poczęta), Aparecida, Fatima, das Dores (Bolesna), Bom Parto (Szczęsliwego Porodu), itd. Bardzo wiele jest tych imion. Wszędzie znajdują się jakieś sanktuaria maryjne. Za bardzo bezbożne i jednocześnie nieszczęśliwe jest uważane takie miasteczko, gdzie takiegoż sanktuarium nie ma. Odpusty maryjne są zawsze najważniejsze i najgłośniej obchodzone. W naszej parafii mamy ciągle rosnącą grupę osób, którzy ofiarowują się Matce Bożej i nazywają się consagrados de Maria. Co roku też tę swoją konsekrację odnawiają i zawsze jest to bardzo dostojna uroczystość. Nie mówiąc już o tym, że każdy szanujący się katolik ma w domu nie jakiś tam obrazek z Matką Bożą, ale prawdziwy, pięknie, według tutejszych gustów,  ozdobiony ołtarzyk z figurą Najświętszej Maryi Panny.

W roku 2017 Brazylia będzie obchodziła 300 – lecie pojawienia się Matki Bożej z Aparecida. To słowo aparecida oznacza właśnie Tę, która się pojawiła.  Nie ma co się więc dziwić, że cały naród katolicki zabiera się z wielki oddaniem za przygotowania do tego jubileuszu. Zaczęli wyjątkowo pięknie, z wielką klasa, bo połączyli te obchody z przygotowaniem do jubileuszu stulecia objawień fatimskich. W maju, do Portugalii udała się wielka narodowa pielgrzymka Brazylijczyków pod przewodnictwem księdza kardynała Raymundo Damasceno de Assis, księdza arcybiskupa Aparecidy, który też jednocześnie jest przewodniczącym episkopatu brazylijskiego. To była wyjątkowo piekna pielgrzymka, jej centralnymi momentami była oczywiście procesja i Msza Święta wieczorem 12 maja, oraz Eucharystia celebrowana 13 maja w południe z intronizacją Matki Bożej z Aparecida w sanktuarium fatimskim, w samej Kaplicy Objawień. Ksiądz kardynał zapewniał, że orędzie fatimskie jest bardzo dobrze znane ludowi brazylijskiemu. Podkreślił też podobieństwa, a nawet wręcz elementy identyczne obu objawień. Tak, jak Matka Boża w Fatimie objawiła się trzem ubogim pastuszkom, tak w Aparecida „dała się złowić” trzem, równie biednym rybakom. To dowód na to, że Pan Bóg wyjątkowo kocha serca ubogie i z uwagą słucha modlitw najbardziej potrzebujących. Prostota serca zaś jest tym, co ułatwia doświadczenie Boga. Po dzień dzisiejszy z tych miejsc płynie w świat przesłanie o tym, że Matka Boże chce być matką i siostrą całej ludzkości.

Oczywiście, nie tylko tak Brazylijczycy przygotowują się do tych podwójnych, między kontynentalnych obchodów, które ksiądz kardynał nazwał „celebracją stuleci błogosławieństw”. W świat ruszyły pielgrzymujące figury Matki Bożej z Aparecida. Do Mananus też oczywiście jedna z takich pielgrzymich figur dotrze. Nawet nasza parafia zgłosiła się jako chętna do ugoszczenia Matki Bożej, ale jak na razie nie mamy żadnej pewności, czy dostąpimy tej radości i wyróżnienia. 

Diakonat stały

paderewskigrzegorz

Manaus, 14.09.2015

Pod koniec lipca, a dokładnie 26, mieliśmy w naszej parafii wyjątkową uroczystość. Dwóch naszych parafian, Agenor Junior Martins i Pedro Moreno Nascimento otrzymali z rąk naszego księdza arcybiskupa święcenia diakonatu. Wymienieni panowie są żonaci a więc mówimy tu o diakonacie stałym. Kiedy będąc w Polsce opowiadałem o tych, wówczas jeszcze zbliżających się święceniach diakońskich, budziłem tym wielkie zdziwienie. No cóż, w kraju, gdzie dzięki Bogu jest jeszcze wielu księży, diakonat stały jest praktycznie nie znany. Powiem więcej, nawet nie jest on jeszcze potrzebny. Natomiast tu, w Brazylii, diakon stały to zjawisko normalne i jak najbardziej pożądane.

W Brazylii, tak chyba też było na całym świecie, diakonat stały pojawił się wraz z jego odnowieniem przez Sobór Watykański II. Pierwsi brazylijscy diakoni stali, było ich zaledwie czterech, zostali wyświęceni przez papieża Pawła VI w Kolumbii 22 sierpnia 1968 roku. Wtedy to papież wyświęcił 200 kapłanów i 40 diakonów stałych pochodzących z różnych krajów Ameryki Południowej. Jeden z tych brazylijskich diakonów jeszcze żyje i dzielnie posługuje w Porto Alegre, w tamtejszej katedrze.

Dzisiaj w kościele brazylijskim posługuje, według oficjalnych danych z Komisji Episkopatu Brazylii z zeszłego roku, 3400 diakonów stałych. Pewnie dziś jest już ich nieco więcej. W naszej diecezji mamy obecnie czterdziestu. To oznacza, że na czterech księży pracujących w diecezji przypada już jeden diakon stały. Natomiast bez wątpienia powołań do diakonatu stałego jest zdecydowanie dużo więcej, niż do prezbiteratu. Ciekawe jak opisaliby to zjawisko teolodzy i socjolodzy.

Przepisy bardzo konkretnie definiują wymagania stawiane kandydatom do diakonatu stałego. Generalnie można by powiedzieć, że mają to być mężczyźni nieskazitelni rodzinnie, wspólnotowo i zawodowo. Nie wiem do jakiego stopnia ma się rozumieć ową nieskazitelność, ale jestem głęboko przekonany, że nasi diakoni mieszczą się w tych definicjach. Obaj, Pedro i Junior, od samego początku pracowali duszpastersko w tutejszych wspólnotach. Kiedy objęliśmy parafię to od razu spostrzegłem ich jako gorliwszych i bardzo wytrwałych. Kiedy po trzech latach przyglądania się ich postawie zacząłem z nimi rozmowę o ewentualnym diakonacie, okazało się, że oni już o tym od dawna myśleli, ale z nikim o tym nie rozmawiali bo nie za bardzo czuli się godnymi tego zaszczytu. Ja zaś nie miałem najmniejszej wątpliwości co do tego. Oni właściwie już od dawna pracowali jako diakoni, bo tak faktycznie ich pełna służby postawa mogłaby być rozpoznana. Pedro jest budowlańcem. Junior zaś mechanikiem. Mają też swoje „specjalizacje duszpasterskie”. Junior od lat poświęcał się w pastoral do batismo, czyli katechezie przed chrztem. Oprócz tego towarzyszy grupom młodzieży i ministrantów. Pedro zaś najbardziej zaangażowany był w administrację wspólnot oraz w duszpasterstwie rodzin.

Uroczystość święceń diakońskich mieliśmy skromną, ale w swej prostocie przepiękną. Jako wspólnota parafialna przeżywaliśmy ją wyjątkowo głęboko. Ksiądz biskup mówił o charyzmacie służby a ja marzyłem, że może za jakiś czas Pan Bóg da nam ponownie coś takiego przeżywać, ale że będą już to święcenia prezbiteratu jakiego naszego parafianina. No cóż, jak na razie jedno wiem, że jeszcze dużo o to musimy się modlić.

 

Rekordy pobite...

paderewskigrzegorz
http://www.tvn24.pl/ciekawostki-michalki,5/marcin-gienieczko-z-sukcesem-zakonczyl-energa-solo-amazon-expedition,575429.html

Marcin Gienieczko

paderewskigrzegorz

Manaus, 26.08.2015

Pod koniec lipca zatrzymał się u nas polski podróżnik pan Marcin Gienieczko. Przypłynął sobie w canoe. Może nie byłoby w tym nic niezwykłego, ale on tym swoim canoe do nas przybył z Peru, prawie od źródeł Amazonki.  Kim jest ten dzielny Polak? Na jednej z jego stron internetowych można przeczytać, że jest dziennikarzem, fotografem i podróżnikiem specjalizującym się w sportach ekstremalnych. No cóż, dla mnie to, co robi jest rzeczywiście wyjątkowo ekstremalne. Nawet nie umiem sobie wyobrazić jednego dnia takiego wiosłowania w canoe. Dla niego zaś to najwyraźniej rozrywka. Kiedy w Manaus dopłynął do Hotel Tropical na Ponta Negra, to sobie po prostu wyskoczył ze swej łódki i, jakby nigdy nic przez ponad godzinę rozmawiał z dziennikarzami, udzielił kilku wywiadów i pozował do zdjęć. Za sobą miał wówczas 4200 km. I 55 dni wiosłowania. Potem mi opowiadał nieco o swoich innych wyczynach Te też zupełnie przechodzą jakiekolwiek moje wyobrażenia o przygodzie, nawet tej ekstremalnej. A czego już dokonał? Przepłynął pontonem największą rzekę Alaski Jukon (3100 km), a w canoe cały system rzeczny Mackenzie (4000 km) oraz syberyjską rzekę Lenę (4328 km). Przeszedł góry Mackenzie (350 km). Przebył na nartach w temperaturze – 53° C rzekę Kołyma (600 km). Na rowerze przemierzył Australię – z Północy na Południe, a na wielbłądach pustynie Saharę. Czy można jeszcze coś dodać? Bez wątpienia pan Marcin dopisze do tej listy jeszcze wiele innych niezwykłych osiągnięć. Na razie jednak jest jeszcze na Amazonce. Kiedy piszę te słowa ma już za sobą 6400 km, znajduje się za miejscowością Tere, za ujściem rzeki Jucara. Pewnie za cztery, pięć dni dopłynie do Belem. Potem zaś ma zamiar ostatnie 200 kilometrów przebiec osiągając w ten sposób Atlantyk.

Wyprawa Marcina jest bardzo niebezpieczna. Wspominał, że w Peru do niego strzelano. Przepływał bowiem przez tereny Indian, którzy nie zawsze są przychylni jakimkolwiek podróżnikom. To właśnie na rzece Ukajali, którą też płynął nasz podróżnik, w maju 2011 roku zostali zamordowani polscy kajakarze Celina i Jarosław Frąckiewiczowie, małżeństwo z Trójmiasta.  Byli bardzo doświadczonymi podróżnikami. Kajakami pływali razem ponad 20 lat. Pokonali wspólnie rzeki m.in. w Egipcie, Indiach, Turcji, Kanadzie, Hiszpanii i Portugalii. Zostali zamordowani przez Indian, którym chyba przeszkadzało to, że zatrzymali się w pobliżu ich wioski na noc. Ciała polskich podróżników zostały wrzucone do rzeki, a część z ich rzeczy później znaleziono w jednej z chat indiańskich. Gienieczko przepływał też w Peru przez tereny, gdzie uprawia się w ogromnych ilościach kokę. Oczywiście nie na herbatkę, ale do produkcji kokainy. A to już chyba nie wymaga żadnego komentarza. Oczywiście nie były to jedyne niebezpieczeństwa, jakie czyhały na naszego podróżnika. Tropik to przecież bardzo ciężki klimat, częste deszcze, niebezpieczne rzeki, jadowite węże, piranie, krokodyle. Chociaż pewnie najbardziej dokuczały mu komary i muszki. Teren Brazylii też nie jest bezpieczniejszy. Wielką plagą tutejszych rzek są piraci. To właśnie w sumie w okolicach Manaus został aż dwa razy napadnięty, też w 2011 roku, inny polski słynny podróżnik Aleksander Doba. On sam tak opisuje pierwszy napad: „Gdy płynąłem dalej sam i minąłem wioskę wypływając na szerokie wody Solimoes dopłynęli do mnie „przyjaciele” na szybkiej motorowej lodzi. Było ich pięciu. (…) wyjęli karabin i maczety i mówili – płyniemy razem do brzegu. Tam nie chcieli bym otworzył luki, lecz walili po nich maczetami, linki też przecięli maczetami. Zaczęli walić maczetami i wiosłem po kajaku wtedy prosiłem, by go nie niszczyli. Kazali mi wysiąść na brzeg a sami rabowali kajak przez trzy godziny. Co chwile mierzyli do mnie z karabinu i wymachiwali maczetą. Ja zachowywałem się spokojnie, by ich podniecenie i radość z rabunku nie przeniosła się bardziej na mnie. Do otwierania brutalnego wszystkiego używali maczet. Cześć rzeczy wyrzucali do wody; gdy próbowałem protestować – jeszcze bardziej robili mi na złość.”

Stąd właśnie Marcinowi Gienieczce od granicy aż do Manaus towarzyszyła eskorta marynarki wojenne. Potem wraz z nim płynęli policjanci z Manaus. Niestety, mimo ogromnych starań ambasady polskiej i polskiego konsula honorowego z Manaus, nie udało się zapewnić takiej eskorty na całej jego trasie. Mam nadzieję, że jednak podróż Marcin Gienieczko odbędzie bezpiecznie i żaden tego typu wypadek nie przeszkodzi mu w pobiciu rekordu Guinnesa  w pokonaniu w canoe trasy pomiędzy oceanami. Mówił nam tutaj, że codziennie śpiewa sobie Barkę. Jest człowiekiem bardzo wierzącym. To zaś jest przecież najważniejsze. Ufam, że wiara da mu siłę, aby zmierzyć się z każdym niebezpieczeństwem i pozwoli mu ze wszelkich opresji wyjść cało i zwyciężyć. 

Unidos em Cristo

paderewskigrzegorz

Manaus, 14. 08. 2015

Unidos em Cristo

Po powrocie z Polski od razu zostałem zasypany wieloma pytaniami przez moją młodzież marząca o wyjeździe na Światowe Dni Młodzieży. Pytali o to, jak się Polska na to spotkanie przygotowuje i co oni mogą jeszcze zrobić, aby to samo uczynić. No cóż, w Polsce w tym temacie dzieje się rzeczywiście wiele, nie wszystko można zastosować na tutejszym gruncie i w realiach naszej parafii. Nie mniej opowiadałem dużo, bo też i wiele miałem im do przekazania. Grupa niestety zmalała, bo wszystko jakby zwraca się przeciwko nam. Sytuacja ekonomiczna Brazylii jest teraz bardzo trudna. W Manaus, które w całości zależy od światowych kapitałów, jest jeszcze trudniej. W ciągu ostatnich kilku miesięcy fabryki zwalniały masowo swoich funkcjonariuszy, co sprawiło, że nasza parafia stała się prawie w całości bezrobotna. A ponieważ młodzież, aby pojechać do Krakowa potrzebowała wsparcia ze strony swoich rodziców, to w obecnej sytuacji to, co już i tak było trudno osiągalne, stało się jeszcze trudniejsze. Stąd właśnie spora część marzycieli zrezygnowała. Kiedy ostatnio na jednym z naszych zebrań formacyjnych sprawdzaliśmy ceny biletów do Warszawy w okresie przyszłorocznego spotkania, to widząc jeszcze wyższe ceny, duch rezygnacji zaczął obejmować już prawie wszystkich.  Ja do tej pory byłem największym realistą i, znając koszty takiego wyjazdu, z rezerwą słuchałem planujących i marzących. Teraz zaś, kiedy szanse stają się nikłe, nagle staje się entuzjastą. Sam do końca tego nie rozumiem, ale czuję, że warto o spełnienie tego marzenia powalczyć. Już raz coś takiego przeżywaliśmy. Historia jest wprawdzie długa, ale pokazuje, że może istnieje jeszcze jakaś nadzieja.

Kiedy w roku 2011, w Madrycie, papież Benedeykt XVI ogłosił Brazylię jako kraj, w którym miały się zrealizować to światowe spotkanie, wiedziałem, że to będzie nasza wielka szansa. Niezwykła okazja dla całego Kościoła w Brazylii, ale też wyjątkowa dla naszych młodych katolików z Manaus. Takiej okazji nie mogliśmy nie wykorzystać. Radość jednak szybko zaczęła opadać, bo w miarę upływu czasu i zapoznawania się z ewentualnymi kosztami możliwość uczestniczenia w tym wydarzeniu stawała się mniej prawdopodobna. Lot z Manaus do Rio kosztował fortunę. Normalnie jest bardzo drogo, a na ten czas linie lotnicze niemiłosiernie wywindowały ceny. Dla naszej młodzieży z przedmieść amazońskiej stolicy było to najzwyczajniej nieosiągalne. Jednak ktoś nam zaczął pomagać. Najpierw, głęboko w to wierzę, był to Duch Święty. On nie pozwolił nam zrezygnować z marzeń. Trwaliśmy na modlitwie, spotykaliśmy się na katechezach i powstawały coraz to nowe pomysły na zdobycie pieniędzy. Jedni sprzedawali wodę chodząc pomiędzy samochodami na skrzyżowaniach, inni hot dogi na ulicy, tutaj nazywane cachorro quente, albo jeszcze sympatyczniej kikao. Kiedy w mieście organizowane były wielkie spotkania religijne, koncerty czy celebracje, ponownie nasi młodzi ruszali z wodą mineralną i lodami. Kto mógł pracował gdzie popadło. Jednak tego wszystkiego było mało. Wtedy to właśnie Pan Bóg podesłał nam najróżniejszych pomocników i dobrodziejów. Do dziś pozostajemy wdzięczni naszym dobroczyńcom z Polski, którzy swoimi ofiarami nie pozwolili, aby nasze marzenia umarły. W taki oto sposób z mojej prostej parafii do Rio de Janeiro pojechało na spotkanie młodych katolików z całego świata aż 33 osoby. Manaus jest Kościołem odizolowanym. Stąd wartość takich wydarzeń, jak ŚDM, jest niewyrażalna. Być na tych spotkaniach to znaczy spotkać się z Kościołem wyjątkowo dynamicznym, atrakcyjnym, młodym, pięknym, barwnym, pełnym Bożej obecności, tryskającym łaskami i charyzmatami. To jest Uczestniczenie! To Uczestniczenie daje pewność, że się jest członkiem uniwersalnej wspólnoty wiary, w której Chrystus Zmartwychwstały jest cały czas obecny. To doświadczenie, które jest jedyne, staje się takie niepowtarzalne.

Kiedy na zakończenie Mszy Rozesłania celebrowanej na najsłynniejszej plaży świata, na Copacabana, gdzie zgromadziło się prawie 4 miliony katolików, usłyszeliśmy o Krakowie, to oczywiście moja radość była niesamowita. To super, to wspaniale, niech żyje Kraków! Nasza młodzież, jak na Brazylijczyków,  dużo wie o Polsce. Św.  Jan Paweł II, św. Faustyna Kowalska, Miłosierdzie Boże. Takie hasła padały przez cały nasz naszego powracania z Copacabana. Jedziemy! Będziemy tam! Oni byli radośni a ja przerażony, bo znając koszty takiej wyprawy do Polskiej wówczas nie miałem żadnych nadziei na to, że takie doświadczenie mogłoby być nam raz jeszcze dane. Mimo trudności, więcej, wręcz namacalnej niemożliwości, moja młodzież nie traciła nadziei, cały czas pracowała, aby zdobyć fundusze na wyjazd. Znów były woda i lody, hodogi, pizza i kanapki sprzedawane na ulicach, wiecach i piknikach. Na początku nazywaliśmy nasz projekt „Caravana Cristo Rei – JMJ Cracovia 2016”. Teraz zaś pojawiło się nowe imię dla tej naszej grupy: „Unidos em Cristo”, czyli „Zjednoczeni w Chrystusie”. To nazwa wyjątkowo piękna, definiuje stan duchowy naszej młodzieży. Te starania o zgromadzenie środków na wyjazd bardzo ich zjednoczyły, to już jest wręcz wspólnota, mała wprawdzie, ale bardzo zjednoczona. Czy więc cała ta praca i zapał miałyby pójść na marne? Może jeszcze da się coś z tego wspaniałego marzenia uratować. Jeśli istnieje chociaż najmniejsza szansa, to nie wolno nam tej okazji, jaką nam dają Światowe Dni Młodych nie wykorzystać.

Może ktoś chciałby nam pomóc? To jest możliwe poprzez dokonanie wpłaty na konto w mBanku: 05114020040000350203904698. Oczywiście z dopiskiem Unidos em Cristo. Grosz do grosza i w ten sposób marzenie młodych katolików z Manaus może przerodzić się po raz kolejny w najpiękniejsze doświadczenie ich życia. Najpiękniejsze i najważniejsze!

 

Kongres Misyjny

paderewskigrzegorz

Ostatnio Polska stała się bardziej misyjna i może się jeszcze bardziej w tej wspaniałej apostolskiej postawie rozwinąć. A to za sprawą Kongresu Misyjnego, który odbył się w połowie czerwca tego roku. Nasza diecezja pelplińska w kwestii krajowych kongresów misyjnych kiedyś znaczyła bardzo wiele. Właśnie pierwszy taki kongres, który odbył się w 1938 roku w Poznaniu, został zorganizowany przy znacznej współpracy diecezji pelplińskiej. Nawet na jego rozpoczęcie przemawiał ksiądz biskup diecezjalny Stanisław Okoniewski z Pelplina. Potem tych misyjnych kongresów było bardzo mało, bo tylko dwa. Może ten ostatni sprawi, że będzie ich więcej, bo bez wątpienia mogą one przynieść dużo zmian jeśli chodzi o misyjną postawę naszego Kościoła. Przyznam, że poruszone tematy wyjątkowo mnie interesują. Mówiono, na konferencjach oraz w grupach dyskusyjnych, między innymi o tym, jak umisyjnić struktury Kościoła w Polsce, o nowym spojrzeniu na misje, czy polskie seminaria wychowują kleryków na przyszłych misjonarzy, o misjonarzach świeckich, o tym, jak wiele dla misji mogą uczynić ruchy i stowarzyszenia kościelne oraz  jak ważna jest katecheza misyjna w szkołach. Oczywiście było jeszcze wiele innych, niezwykłych tematów. Polska ma obecnie 2065 misjonarzy w 97 krajach misyjnych. Oczywiście najwięcej wśród nich jest zakonników i sióstr zakonnych, głównie w Afryce i Ameryce Południowej. Dziś wyraźnie widać, że koniecznym jest kolejne rozbudzenie misyjne wśród księży diecezjalnych i świeckich. To oni mogą stać się wyjątkowo liczną grupą misyjną. Księża diecezjalni, obecnie jest ich tylko 314, najwięcej w Południowej i Środkowej Ameryce, wyjeżdżając na misje są nazywani fidei donum, dar wiary. Ta nazwa związana jest z encykliką Ojca Świętego Piusa XII z 1957 roku o takim właśnie tytule Fidei donum. W niej papież przypomniał kapłanom diecezjalnym, że winni zrozumieć, iż ich życie jest również poświęcone służbie misjom i że nie są ustanowieni tylko dla jednej parafii, lecz z racji święceń kapłańskich są zobowiązani głosić Ewangelię aż po krańce świata. Ta encyklika to bardzo ciekawy dokument. Dzięki niej wielu księży diecezjalnych zaczęło wyjeżdżać do krajów misyjnych. Stali się w ten sposób znaczną pomocą dla zakonów misyjnych. Nawet w wielu miejscach, gdzie działalność swą owe misyjne zakony przerwały z powodu braku powołań, misjonarze fidei donum  tę pracę kontynuowali. Dziś najwyraźniej musimy raz jeszcze z uwagą przeczytać, przemyśleć i przemodlić tę encyklikę papieską, bo polski Kościół ma jeszcze rzeczywiście znaczne możliwości aby więcej takich misjonarzy fidei donum w świat wysłać. Druga sprawa to misjonarze świeccy. Okazuje się, że jest ich coraz więcej i, trzeba przyznać, jest to z ich strony prawdziwe poświęcenie. To są prawdziwi bohaterowie wiary. Rezygnują z wygodnego i bezpiecznego życia, opuszczają bliskich i przyjaciół aby cicho i pokornie służyć najbardziej potrzebującym. Mamy teraz 61 świeckich misjonarzy i najwięcej z nich pracuje w Afryce. No cóż, nie ma co się dziwić. Z jednej strony kraje afrykańskie wyjątkowo takie osoby potrzebują. Z drugiej pojechanie tam, to stosunkowo łatka sprawa. Misje czekają na lekarzy, pielęgniarki, budowlańców, kierowców i nauczycieli. Inne kraje, na przykład jak Brazylia, mnożą niestety trudności, stąd mało jest u nas takich misjonarzy. Jest ich niewielu, ale każdy z nich jest wyjątkowy. Pewnie najsłynniejszą byłaby pani Zofia Kusy, która całe swoje życie poświęciła pracy dla dzieci i Pan Bóg jeden tylko wie ilu Brazylijczyków jej zawdzięcza to, że żyje. Bez wątpienia jest ich bardzo wielu.

Ks. biskup Jerzy Mazur, który stoi na czele Komisji Episkopatu do spraw Misji ma wspaniały pomysł na uczczenie 1050 rocznicy chrztu Polski. Byłoby to wysłanie 105 misjonarzy. Na pewno przy nieco większym zaangażowaniu nas wszystkich może się to udać. 

Boże Ciało 2015

paderewskigrzegorz

Boże Ciało w tym roku w Manaus było wyjątkowe. Nie tylko z powodu bardzo licznie zgromadzonych wiernych, ale także z racji rocznicy Narodowego Kongresu Eucharystycznego, jaki przed czterdziestoma latami odbył się właśnie w Manaus. Według obliczeń policji przybyło około siedemdziesiąt tysięcy wiernych. Najpierw była celebrowana uroczysta msza, oczywiście pod przewodnictwem księdza arcybiskupa Dom Sergio, z udziałem biskupów pomocniczych i prawie wszystkich pracujących w Manaus księży. Obecny był także ksiądz biskup Dom Edson z Sao Gabriel da Cachoeira, diecezji amazońskiej z największą liczbą katolików Indian.

Dom Sergio w swej homilii miedzy innymi powiedział: „Eucharystia którą sprawujemy w naszych wspólnotach, kościołach i parafiach jest świadectwem naszej wiary w rzeczywistą obecność Chrystusa wśród nas. Eucharystia jest chlebem konsekrowanym, winem pobłogosławionym. Jezus prosił aby jego uczniowie przygotowali Paschę. Celebrując Paschę Jezus staje się naszą paschą, naszym barankiem i ofiarą. Umiera za nas, daje życie za nas, wylewa swoją krew jako baranek Nowego Przymierza. Z tego Nowego Przymierza rodzi się nowy lud i powstaje Eucharystia. To Kościół rodzi się z Eucharystii i pielgrzymuje do Eucharystii, która jest szczytem naszej wiary i naszego życia chrześcijańskiego.

Natomiast o znaczeniu procesji eucharystycznej Dom Sergio powiedział tak: ”Celebrujemy Eucharystię i zaraz potem wychodzimy z procesją, aby dać świadectwo naszej wiary w rzeczywistą obecność Chrystusa w Chlebie Konsekrowanym. Ten Chleb Kościół zaczął przechowywać i strzec od samych początków swego istnienia, aby był zanoszony do chorych, więźniów i tych, którzy nie mogli uczestniczyć w Eucharystii. Wierzono, że nawet po zakończeniu celebracji eucharystycznej Chrystus pozostawał obecny sakramentalnie w Chlebie Konsekrowanym. Dla tego my przechowujemy ten Chleb w tabernakulum, umieszczamy w monstrancji i adorujemy w Najświętszym Sakramencie. Oto znaczenie Uroczystości Bożego Ciała. To nasza wiara w prawdziwą obecność Jezusa w Najświętszym Sakramencie. Eucharystia jest chlebem życia dla świata, pożywia nas, daje nam odwagę dzielenia się chlebem z innymi.

W ten właśnie sposób ksiądz arcybiskup nawiązał do tego, co działo się w tym miejscu czterdzieści lat temu, a mianowicie do Narodowego brazylijskiego Kongresu Eucharystycznego, który jako temat miał takie oto słowa: „Podzielić się chlebem.” Miał on wówczas za zadanie zmobilizowanie katolików do refleksji nad Eucharystią, która jest przecież ofiarą, dzieleniem się, wspólnotą i posiłkiem. W tym momencie ksiądz arcybiskup powiedział wyjątkowe słowa: ”Jeśli chcemy mieć prawdziwe życie eucharystyczne, to musimy, oprócz adorowania Najświętszego Sakramentu, dzielić się codziennie chlebem, żyć we wspólnocie i być solidarnymi.” Swoją homilię zakończył zaś mówiąc: „Obyśmy nigdy nie stracili wiary w Eucharystię! Niech nasze życie będzie prawdziwie eucharystyczne!

Zazwyczaj na świętowanie Corpus Cristi nasza diecezja gromadzi się w katedrze, a potem Msza jest sprawowana tuż przy niej. W tym roku Msza w Uroczystość Bożego Ciała sprawowana była w innym, niż zazwyczaj miejscu, na Placu Kongresu. To tutaj, w 1942 roku, odbył się XIX Kongres Eucharystyczny. W Manaus już o tym zapomniano i nikt w sumie nie wiedział czemu właśnie tak ten plac się nazywa. Mam nadzieję, że przynajmniej katolicy teraz będą już to wiedzieli. Wtedy też powstała jedna z Modlitw Eucharystycznych, która znana jest chyba tylko w Brazylii, a która w Mszale nazywana jest Modlitwą z Manaus. Obecność księdza biskupa z Sao Gabriel da Cachoeira, Dom Edsona, nie była przypadkowa. On właśnie, jako pierwszy brazylijski ksiądz, wówczas neoprezbiter, podczas swojej Mszy prymicyjnej, modlił się używając właśnie owej Modlitwy Eucharystyczne w Manaus.

Bóg nieustannie jest obecny w historii ludzkiej, tylko my tak rzadko Go zauważamy. A przecież wystarczy spojrzeć na Eucharystię, aby mieć pewność, że Jezus nieustannie jest z nami. 

Trzydziestolecia ciąg dalszy

paderewskigrzegorz

Podczas celebracji trzydziestolecia Oazy w Brazylii wygłoszono wiele słów. Były podziękowania i świadectwa. Oczywiście, wszystkie są warte uwagi. Niemniej jedno z świadectw, które dał ksiądz Vanderley Oliveira z diecezji Barra do Pirai w stanie Rio de Janeiro szczególnie chciałbym tu podkreślić.

Na początku przypomniał on misyjną drogę księdza biskupa Edwarda Zielskiego. Jest ona imponująca. Rozpoczął swoją misję od stanu Santa Catarina, potem był stan Bahia i w końcu Pernambuco. Przywiózł on do Brazylii, tak mówił ksiądz Vanderley o księdzu biskupie, doświadczenie formacji dla młodzieży w Polsce, gdzie, podczas piętnastu dni, realizuje się intensywną pracę z młodymi, formację duchową, głoszenie Słowa Bożego, poznawanie prawd wiary. Nacisk kładziony jest na Eucharystię, mariologię, modlitwę, wspólnotę i służbę. A to wszystko wydaje cudowne owoce budząc w sercach młodych wielkie pragnienie służby i ewangelizowania. Ta realizowana w Polsce praca została zaadaptowana do rzeczywistości brazylijskiego północnego-wschodu, gdzie bardzo szybko przyjęła się i liczni młodzi pozwolili się prowadzić i formować w Oazach. „Po tych piętnastu dniach, to dosłowna wypowiedź księdza Vanderley, wracaliśmy z wielkim pragnieniem oddania się służbie Ewangelii. Tak rodzili się katechiści, koordynatorzy wspólnot i duszpasterstw, szafarze Słowa Bożego i Eucharystii i, tego przecież nie mogło zabraknąć, narodziły się też powołania do kapłaństwa.”

Gdziekolwiek ewangelizował ksiądz biskup Zielski, tam zawsze niezmordowanie kontynuował pracę z młodzieżą. To rodziło coraz więcej powołań. Kiedy dotarli do niego młodzi z Piaui, nikt się nie spodziewał, że wkrótce, już jako biskup, będzie pracował właśnie na tym wyjątkowo ubogim terenie. Nominacja biskupia dokonała się w 2000 roku. Kontynuuje pracę z młodzieżą, jakby nic się zmieniło.

W Polsce ten typ pracy z młodzieżą znamy jako Oazę Nowego Życia. W Brazylii zaś jest to Ruch Ewangelizacyjny Światło – Życie. Chodzi oczywiście o to samo. Młodzi z Piaui zdrobniale nazywają Oazy MELV, co jest po prostu skrótem od pierwszych liter portugalskiej nazwy. Nie mniej chodzi o Światło Boże, które przenika człowieka i czyni z niego nowe stworzenie. Obchody trzydziestolecia brazylijskiej Oazy były uświetnione obecnością wychowanków ze wszystkich miejsc, gdzie pracował ksiądz biskup Zielski. Obecni też byli oazowicze z Polski. Swoje przemówienie ksiądz Vanderley zakończył tak: „Chciałbym w tym momencie wyrazić podziękowanie księdzu biskupowi za lata poświęcenia się formacji młodzieży z tak wielką miłością, zapałem i troską. Czynię to w imieniu tysięcy młodych ludzi.” Aby było jeszcze milej, to swoje podziękowanie zakończył po polsku. Bez wątpienia musiał sporo trenować, bo wypowiedzieć polskie wyrazy „dziękuję” czy „księdzu” jest dla Brazylijczyka bardzo trudne.

W Brazylii generalnie brakuje księży. Powołań do kapłaństwa jest jak na lekarstwo. Tymczasem diecezja Campo Maior, gdzie ordynariuszem jest właśnie ksiądz biskup Zielski, stała się swoistym ewenementem. Tam powołania są i obecnie księży najwyraźniej nie brakuje. Po świadectwie księdza Vanderley możemy śmiało powiedzieć, że w wielkiej mierze zawdzięcza to Oazom. Rzeczywiście jest to Boże światło, które przenika dogłębnie młode serca i wzbudza w nich pragnienie służby Bogu i ludziom. 

30 lat Oazy w Brazylii

paderewskigrzegorz

Pisałem ostatnio o orędziu o Miłosierdziu Bożym. Wielu, którzy nie bardzo znali temat, z wielkim dystansem traktowali to nabożeństwo. Argumentowali, że to może być zbyt polskie, albo przynajmniej europejskie, co mogłoby stać się przeszkodą w rozumieniu orędzia i przyjęcia go przez lud brazylijski. Okazało się zupełnie co innego. Brazylijczycy pokochali nad wyraz Jezusa Miłosiernego i Jego pokorną sekretarkę, świętą siostrę Faustynę. Okazuje się, że to nie jedyny „polski akcent” w tutejszej pobożności. Brazylijski Kościół ma okazję do wielkiego dziękczynienia Bogu. Oto Oaza, Ruch Światło – Życie obchodzi trzydziestą rocznicę swojego istnienia na ziemi brazylijskiej, a pewnie też i na kontynencie amerykańskim. Od razu ożywają wspomnienia i nawet jakaś tęsknota. Chyba już trochę we mnie duszy brazylijskiej, bo Brazylijczycy zawsze czują tę swoją tęsknotę, która nazywają saudade. Pamiętam  jak te rekolekcje Ruchu Światło – Życie były organizowane przez księdza biskupa Zielskiego w diecezji Campo Maior. Chociaż sam w nich nie uczestniczyłem, to praktycznie przez cztery lata jakoś tam byłem często świadkiem tego, co w Oazie się działo. Byłem proszony o spowiedź uczestników rekolekcji. Pamiętam też, że zawsze coś tam pomagaliśmy zawozić i przywozić. No i odwiedzałem księdza biskupa, kiedy wraz z młodzieżą już przebywał na rekolekcjach. Pamiętam, że organizowane były one w szkole, na terenie jednej z parafii. Warunki były bardzo spartańskie, ale na pewno nie miało to najmniejszego znaczenia. Duch „oazowy” ożywiał wszystkich w sposób nadzwyczajny.

Wprawdzie już kiedyś bardzo wyczerpująco o tym pisałem, ale wspomnę raz jeszcze, tak dla przypomnienia, jak to z początkami oazowymi na ziemi brazylijskiej było. Pamiętam, co mi kiedyś o tym wszystkim opowiadał ksiądz biskup Zielski, który zaszczepił Oazę w Brazylii. Było w sumie bardzo wielu księży „oazowiczów”, którzy zostawali misjonarzami. Jednak, kiedy przyjechali do Brazylii, sądząc, że nie da się oazowych metod i dynamizmu przeszczepić na grunt brazylijski, porzucali cały swój dorobek i doświadczenie w pracy z młodzieżą. Ksiądz biskup Zielski natomiast zauważył, że może i powinno być inaczej. Ruch oazowy, tak w Polsce, jak i w Brazylii, pomaga młodzieży stać się chrześcijanami odpowiedzialnymi. Na początku namawiał różnych księży do poprowadzenia w Brazylii działalności oazowej. Jednak na niewiele zdały się te jego zachęty i namowy.Zaczął sam prowadzić rekolekcje. W 1985 roku, jako pierwszy w Brazylii, zainicjował Ruch Światło - Życie. Najpierw w Bahia, potem w Pernambuco, a następnie w Piauí. Już w roku 1986, ksiądz Szczepan Mitros pochodzący z diecezji łomżyńskiej, widząc, że ksiądz biskup Edward prowadził  oazy z sukcesem, chcąc poznać jak to się robi w Brazylii, przyjechał do księdza biskupa z grupą ośmiu osób i uczestniczył w rekolekcjach. Zaraz potem on także zaczął wprowadzać Ruch Światło - Życie w swojej parafii, wówczas w Cocal. Obecnie obaj ci kapłani pracują dosyć blisko siebie, w sąsiednich diecezjach, obaj realizują rekolekcje oazowe. Widać wyraźnie, że te rekolekcje przynoszą wielkie owoce. Kształtują dzięki nim dobrych katechetów, pomocników w duszpasterstwie liturgicznym, w duszpasterstwie rodzin, młodzieży i dzieci.

Jak mi wyjaśniał ksiądz biskup Zielski, Ruch Oazowy w Brazylii jest prowadzony tak samo, jak w Polsce. Jeśli są jakieś różnice, to niewielkie. Większy nacisk kładziony jest na sprawy doktrynalne, gdyż w Brazylii jest bardzo małe wykształcenie religijne. Dla tego, w tak zwanej szkole apostolskiej, starają się przekazać  jak najwięcej wiedzy. Tematyka, metodologia są takie same, jak w Polsce. Podejmowane są starania, aby rozpowszechniać oazę wśród tutejszych młodych księży, aby i oni zrozumieli potrzebę takiego ruchu i przyjęli jego metody pracy z młodzieżą. Jest wielu obecnie młodych księży Brazylijczyków w diecezji Campo Maior żywo zainteresowanych ruchem Światło - Życie. Ruch ten zrodził bowiem wiele powołań do kapłaństwa. Opiszę to jeszcze w następnym moim liście.

Rok Miłosierdzia

paderewskigrzegorz

Manaus, 22. 04. 2015

Księża biskupi z całej Brazylii zaraz po Wielkanocy mieli swoje generalne zebranie, podczas którego dokonało się wiele zmian. Został wybrany nowy przewodniczący, nowy sekretarz, nowi odpowiedzialni za poszczególne sektory pastoralne. Było wiele zajęć, jednak przy tak intensywnych pracach księża biskupi znaleźli jeszcze czas aby napisać do Papieża Franciszka bardzo sympatyczny list. Napisali w nim swoje „dziękuję”. Oczywiście jest to podziękowanie za bullę o Bożym Miłosierdziu. „Zaczynamy nasze zgromadzenie – napisali księża biskupi – mając przed sobą bullę Misericordia Vultus, w której to Wasza Świątobliwość ogłosił Nadzwyczajny Jubileusz Miłosierdzia. Chcemy wyrazić naszą radość z powodu tej proklamacji. Przyjmujemy ten Nadzwyczajny Święty Rok i w naszych diecezjach uczynimy wszystko, aby nasz lud przeżył odnowione doświadczenie Miłosierdzia Bożego.” Potem jeszcze księża biskupi dodali: „Dla nas, Ojcze Święty, Twoje słowa są wielką zachętą abyśmy zbliżyli się do naszego ludu, zwłaszcza do tych osób, które znajdują się na geograficznych i egzystencjalnych peryferiach. Dla naszych wiernych Twoje słowa wyrażają jedną prawdę, że Bóg kocha każdego człowieka. On nie męczy się, nie nuży tym kochaniem nas, obejmowaniem nas i przebaczaniem nam.” List zawiera też słowa bardzo „amazońskie”. Księża biskupi zapewniają o swoim zatroskaniu o ewangelizację Amazonii i o jej ochronę. O tym amazońskim zmartwieniu ewangelizacyjno – ekologicznym to kiedyś jeszcze więcej napiszę, ale dziś chciałbym skupić się na bulli o Jubileuszu Miłosierdzia.

Brazylijczycy mają wiele ciekawych powiedzeń. Jedno z nich mówi tak: jak ktoś nie chce dojść do Boga poprzez miłość, to będzie musiał dojść Niego przez cierpienie. Może ma to jakieś pokrewieństwo z polskim: jak trwoga to do Boga. Nie mniej bardzo często mam okazję być świadkiem takich sytuacji, kiedy to ludzie nagle powaleni jakimś cierpieniem zaczynają rozumieć, że odrzucali Boga, odrzucali Jego miłość, ale dopiero ból sprawił, że to dostrzegli. Po ludzku wszystko może wydawać się stracone, ale w Bożej przestrzeni jest zawsze szansa na odbudowę i odnowę, tę szansę gwarantuje właśnie Boże Miłosierdzie. Coraz częściej mam okazję, a jest to zawsze dla mnie przeżycie wyjątkowo głębokie i motywujące, widzieć jak działa Boże Miłosierdzie. Brazylia to kraj gdzie świadomość grzechu została wymazana nawet z serc katolików. Jak nie ma grzechu, nie ma też winy i odpowiedzialności. Chociaż to trudno jest zawsze wytłumaczyć, ale te dwie wymazane z naszej świadomości rzeczy sprawiają, że nie ma też miłości i wolności. Ale to dopiero człowiek dostrzega, kiedy już jest bardzo z nim źle. Często nawet nie jest już w stanie tego dostrzec, bo żyje zatopiony w nienawiści i egoizmie oraz zniewolony swoimi nałogami i żądzami. Kiedy mówimy o Miłosierdziu Bożym, to nie sposób jest nie mówić o tym, co najbardziej je „uruchamia”, czyli o grzechu. Jeśli ktoś powalony przez grzech będzie w stanie to w końcu rozpoznać i uznać się za grzesznika, to otwiera sobie drogę do Miłosierdzia.

Dla mnie wszystko w bulli ogłaszającej rok Miłosierdzia jest niezwykłe. Na przykład dzień jego rozpoczęcia. Wiem, że data ósmego grudnia jest związana z zakończeniem Soboru Watykańskiego II. Dla nas tutaj ma to jednak jeszcze więcej treści. Nasza diecezja ma za swoją Patronkę Najświętszą Maryję Pannę Niepokalanie Poczętą. Ze strony tutejszych ewangelików Maryja nieustannie spotyka się najróżniejszymi obelgami. Jednak najgorsze są właśnie wtedy, kiedy obchodzimy Niepokalane Poczęcie. W tym właśnie dniu Kościół chce ogłosić Rok Miłosierdzia, miłości w nadmiarze, bezwarunkowej, nie zasłużonej, niechcianej i odrzuconej ale tak bardzo potrzebnej do zbawienia. Jeśli nie przez miłość, to przez cierpienie dochodzi się do Boga. Uważam, że ta data jest opatrznościowa i wielu otrzyma łaskę nawrócenia. Jednak to działanie Boże dostrzegam też w zakończeniu Jubileuszu. Papież wyznaczył go na niedzielę Chrystusa Króla w 2016. To przecież dzień naszego odpustu parafialnego. Bez wątpienia nasza parafia jest w szczególny sposób powołana do dania świadectwa Bożego Miłosierdzia.

 

© B R A Z Y L I A
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci