Menu

B R A Z Y L I A

Nowy biskup w Sao Raimundo Nonato

paderewskigrzegorz

Manaus, 30.03.2016

Na początku marca została podana do wiadomości publicznej wiadomość, że ksiądz biskup Edward Zielski został przez Ojca Świętego Franciszka mianowany biskupem diecezji Sao Raimundo Nonato w Paui, co oznacza, że opuszcza diecezję Campo Maior. Już dziesiątki listów poświęciłem księdzu biskupowi Edwardowi, wiele mu zawdzięczam i nie sposób, w takiej sytuacji, tej zmianie nie poświęcić tego listu.

Bez wątpienia diecezja Sao Raimundo Nonato w kategoriach misyjnych to wielkie wyzwanie. Nie mniej ksiądz biskup Zielski pytany przez dziennikarza odpowiedział najzwyczajniej: „Misjonarz nie unika zadań, jakie Kościół mu powierza. Ojciec Święty wezwał mnie w 2000 roku, aby służyć jako biskup w Campo Maior, a teraz mnie powołuje do diecezji Sao Raimundo Nonato. ” Potem zaś, kiedy dziennikarz napomknął o wiele trudniejszych, niż w Campo Maior, realiach w Sao Raimundo Nonato, ksiądz biskup szczerze i natychmiast odparł, że nie obawia się wyzwań i trudności związanych z nowym miejscem. No cóż, ksiądz biskup Edward pracował już w rejonach równie suchych i biednych, więc nie jest to dla niego nowością.

Diecezja Sao Rajmundo Nonato od czerwca zeszłego roku była bez biskupa. Z jednej strony takie wielomiesięczne, a czasami nawet kilkuletnie wakaty w diecezjach brazylijskich, to rzecz normalna. Dzieje się tak zwłaszcza w rejonach biednych i oddalonych. A tak właśnie jest z tą nową diecezją.

Jeśli chodzi o geografie, to Sao Raimundo Nonato położone jest w głębi stanu Paui, w części określanej jako półpustynia. Chociaż kiedy się jedzie tamtejszymi drogami, to ma się wrażenie, że to już jest najzwyczajniejsza pustynia. Wszystko suche, spalone, czerwona ziemia, pył i ludzkie osiedla niezmiernie rzadkie. Diecezja rozciąga się na obszarze prawie czterdziestu tysięcy kilometrów kwadratowych. Ludności zaś jest około 156 tysięcy. Głównie zajmują się rolnictwem i hodowlą zwierząt. Zwarzywszy na warunki klimatyczne, można sobie wyobrazić, jaki jest poziom rozwoju gospodarczego tego miejsca. Jeśli zaś chodzi o ciekawostki, to w tamtym rejonie znajduje się Park Narodowy Sierra de Capivara. Miejsce słynne z tego, że znaleziono tam najstarsze w Ameryce Południowej, sprzed pięćdziesięciu tysięcy lat, ślady człowieka i jakieś tam inne prehistoryczne rewelacje. Nie mniej, turyści raczej tłumnie tam nie jadą, no chyba tylko tacy, co to uwielbiają ekstremalne warunki.

Diecezja Sao Raimundo Nonatu powstała, jeszcze jako prałatura, w 1960 roku. Natomiast w diecezję została przekształcona w 1981. Ksiądz biskup Zielski jest już piatym biskupem tejże diecezji. Według danych z 2014 roku pracowało tam, licząc księży diecezjalnych i zakonnych 30 kapłanów oraz 8 diakonów stałych. Parafii zaś było 28.

Ksiądz biskup Edward Zielski swoja nową diecezję objął w dniu 2 kietnia, w przeddzień Święta Miłosierdzia. Zważywszy na to, że ksiądz biskup jest nie tylko gorliwym czcicielem, ale też wielkim propagatorem Bożego Miłosierdzia, to taka data jest bardzo znacząca. Ufamy, że z pomocą Bożego Miłosierdzia także i w Sao Raimundo Nonato uda mu się, mimo trudnych warunków, zrealizować wiele  pięknych projektów ewangelizacyjnych, wzbudzić nowe powołania, wykształcić kapłanów i jeszcze bardziej rozpalić wiarę tamtego ludu. W Campo Maior udało mu się tego dokonać, więc też można się spodziewać tego samego w Sao Raimundo. Nam zaś pozostaje się tylko modlić za księdza biskupa i wypraszać mu wiele Bożych łask. 

Ks. Eugeniusz Klawikowski

paderewskigrzegorz

Manaus, 15. 03. 2016

Do naszego grona polskich misjonarzy amazońskich właśnie dołączył kolejny kapłan. Jest nim ksiądz Eugeniusz Klawikowski z Archidiecezji Gdańskiej. Ma czterdzieści lat życia i piętnaście lat kapłaństwa. Jego droga do Manaus jest w sumie podobna do mojej. Najpierw pojechał, na zaproszenie księdza biskupa Edwarda Zielskiego, do diecezji Campo Maior w Piaui. Tam uczył się języka, nabywał misyjnego doświadczenia, poznawał brazylijski Kościół, obyczaje i aklimatyzował się. W zeszłym roku, właśnie na Wielki Post, przyjechał do nas, aby poznać Amazonię. Najwyraźniej w Manaus mu się podobało, bo zdecydował się tutaj przenieść. Trzeba Campo Maior dzięki księdzu biskupowi Zielskiemu nie cierpi aż tak bardzo na brak kapłanów. Nie mniej ma wiele swoich bolączek, między nimi zaś bardzo dotkliwymi są tamtejsze trudności materialne. Manaus zaś ma dalej wiele wspólnot bez proboszcza. Jak tylko pojawi się jakiś misjonarz, ksiądz biskup natychmiast tworzy nową parafię. W ten sposób nie ma parafii bez proboszcza, ale są one tak ogromne, że będzie je można jeszcze dzielić i dzielić bardzo długo.

Ks. Eugeniusz został właśnie mianowany proboszczem jednej z parafii w naszej diecezji. Znajduje się ona w miejscu zwanym Puraquequara i jej główną patronką jest Najświętsza Maryja Panna Matka Biednych (Nossa Senhora Mae dos Pobres). Nie jest to jednak nowo utworzona parafia. Wręcz przeciwnie, ma już swoją bardzo dostojną historię. Jak na tutejsze warunki nawet dosyć długą. Powstanie parafii związane jest z przybyciem do Puraquequara w latach siedemdziesiątych minionego wieku sióstr ze zgromadzenia Franciszkanek Misjonarek Maryi. Zasłynęła wówczas w tamtej okolicy siostra Gabrielle Cogels. Ewangelizowała, uczyła i leczyła. To ona tak wszystkim pokierowała, że w zagubionej wówczas w lasach i rozlewiskach Puraquequara zaczęła się misja i powstały liczne wspólnoty. Dziś można tam dojechać drogą asfaltową, nawet dosyć dobrą, mijając po drodze fabryki amazońskiego dystryktu industrialnego. W latach siedemdziesiątych można tam było dotrzeć tylko od strony rzeki, płynąc w dół Amazonką a potem wpływając do rozlewiska rzeki Puraquequara. Była to więc prawdziwa misja i w pewien sposób nią po dzień dzisiejszy pozostaje. Parafia ma dziewiętnaście wspólnot. Do jedenastu z nich dostęp jest możliwy tylko łódką. Do najdalszej podróż motorówką trwa prawie dwie godziny. Są to wprawdzie wspólnoty małe, ale bardzo dynamiczne.

Instalacja proboszczowska została wyznaczona przez księdza biskupa na 12 marca. Po południu zebrała się cała rada parafialna. Ponieważ wspólnot jest sporo, wiec też i uczestników tejże rady było dosyć dużo, w sumie wypełnili kościół Najświętszej Maryi Panny Matki Biednych. Każda wspólnota chciała powiedzieć coś o sobie nowemu proboszczowi, co sprawiło, że całość tej pierwszego spotkania rady duszpasterskiej trwało bardzo długo. Potem zaś była missa da posse, czyli Msza z uroczystym prowadzeniem w urząd nowego proboszcza. Ksiądz Eugeniusz został przyjęty przez swoich nowych parafian bardzo gorąco. Wprawdzie i tak było gorąco z powodu upału, ale radość i duma wypisana była na twarzach wszystkich, którzy przybyli na proboszczowską instalację. Bez wątpienia nie będzie miał czasu na wielkie przyglądanie się i powolne zaczynanie, bo nominacja dokonała się w sumie w ostatnich dniach Wielkiego Postu. Trzeba teraz szybko przygotować parafię do Wielkiego Tygodnia i Paschy. Na pewno się mu to uda wyśmienicie. A celebrować Paschę z parafianami to znaczy zacząć od najważniejszego i najlepiej. Dalej wszystko się już potoczy bardzo sprawnie i szybko. Nowemu proboszczowi życzymy wszystkiego co najlepsze, a o wyjątkowych zdarzeniach z życia jego i jego parafii na pewno zaraz napiszę. 

CF 2016

paderewskigrzegorz

Manaus, 28.02.2016

Kościół w Brazylii w Wielkim Poście zawsze realizuje Campanha da Fraternidade, czyli Kampanię Braterstwa. W tym roku jest to kampania ekumeniczna i jest to już piata akcja o takim charakterze. Ponieważ ostatnia encyklika papieska dotyczyła ekologii, więc kampania nie mogła mieć innego tematu, jak właśnie taki ekologiczny. Stąd temat tegoroczne kampanii jest następujący: „Casa comum, nossa resssponsabilidade”, czyli „Wspólny dom, wspólna odpowiedzialność”. Podtematem został wybrany fragment z Księgi Amosa 5, 24: „Niech sprawiedliwość wystąpi jak woda z brzegów i prawość jak potok nie wysychający wyleje!” No cóż, na pierwszy rzut właśnie ta woda wydaje się w tegorocznej kampanii najważniejsza. Jednak po uważniejszym przypatrzeniu się tematom i treści kampanii widać, że chodzi o sprawiedliwość.

Najpierw może o ekumenii. W Manaus nie ma żadnego kościoła, z którym mogłaby ta ekumenia być uprawiana. W Brazylii bez wątpienia takie kościoły chrześcijańskie istnieją, jednak nie tutaj. Mamy tylko najróżniejszego rodzaju sekty, które nie są zainteresowane prawdziwą ekumenią. Nie mniej samo słowo jest powszechnie używane, ale w zupełnie nie w swoim oryginalnym znaczeniu. Tutaj jako ekumenię rozumie się pomieszanie wszystkich religii. Ekumenicznym zaś jest się wtedy, kiedy przyznaje się, że Bóg jest wszędzie taki sam, ze chodzi tak naprawdę tylko o to, abyśmy się wzajemnie bardzo kochali i żyli w pokoju. Przyznam, że zaraz na początku naszego pobytu w Amazonii padłem tego pomieszania ofiarą. Zaproszono mnie na otwarcie pewnej prywatnej szkoły. Miałem udzielić błogosławieństwa i poświęcić budynek. Po drodze ktoś mi powiedział, że to będzie kult ekumeniczny. Otwarty i tolerancyjny nie widziałem w tym problemu. Kult jednak nie miał nic wspólnego z ekumenią. Obecni byli pastorzy z najróżniejszych sekt zielonoświątkowych. Każdy z nich, a zwłaszcza pewna pani pastor, wykorzystała swój czas na mówienie przeciwko Kościołowi Katolickiemu udowadniając, jak bardzo jesteśmy bałwochwalcami i Babilonem. Oczywiście reakcja z mojej strony zrozumiana była jako brak tolerancji. Dziś słowo tolerancja też ma już zupełnie inne znaczenia niż kiedyś. Tolerancja każe zawsze przyznać rację tym, którzy głoszą poprawność polityczna. Kiedy obstaje się przy swoim zdaniu, jest się nietolerancyjnym, zamkniętym, staroświeckim. Co zrobić, jeśli Prawda jest niezmienna? No cóż, to pytanie dla modernistycznej ekumenii najwyraźniej nie istnieje.

Wracam jednak do tegorocznej kampanii. Jest ona o wodzie. Mówi też o ściekach, kanalizacji i oczyszczalniach. Mówi w sumie niewiele, bo właściwie czegoś takie w Brazylii praktycznie nie ma. Można sobie wyobrazić trzymilionowe miasto bez kanalizacji i oczyszczalni ścieków. Manaus jest właśnie takim miastem. Może wydawać się to nam bardzo dziwne, ale wbrew pozorom jest to wszystko bardzo ważne. Wchodzi w zakres podstawowych praw człowieka, a więc też ma związek z jego godnością. W taki sposób staje się także problemem religijnym. Co więcej, wymaga też osobistego i społecznego nawrócenia. Bo tak naprawdę to chodzi tutaj o sprawiedliwość.

Wody na Ziemi jest coraz mniej. Wody w Amazonii jest też coraz mniej. To nie jest żaden żart, ani pomyłka. Zmiany klimatyczne są tak wielkie i szybkie, że obserwujemy je w ciągu tak krótkiego czasu, jak nasz pobyt w Manaus. Osiem lat zaledwie, a różnice są ogromne. Osiem lat temu pora deszczowa oznaczała codzienne, wielokrotne, długotrwałe deszcze. Pamiętam deszcze, które trwały po kilka dni bez przerwy. Rok miniony i obecny to istna tragedia. Gdybym wysilił pamięć, mógłbym pewnie policzyć ile w ciągu tej pory deszczowej tych opadów było. Sytuacja jest tak dramatyczna, że z wodospadów amazońskich zupełnie zniknęła woda. W tym samym czasie miejskie wodociągi mają coraz większe problemy z dostarczaniem wody mieszkańcom. Nie można już bez pozwolenia i stosownych opłat kopać studni. Woda staje się reglamentowanym dobrem o coraz większej wartości. Nie wszyscy mają do niej dostęp. Mówi się, że to właśnie o wodę będą się toczyć kolejne światowe wojny. Stąd sprawiedliwość w jej dystrybucji i jej odpowiedzialne używanie powinno być troską każdego z nas. Bez wody nie ma życia na Ziemi. 

Zika

paderewskigrzegorz

Manaus, 11.02.2016

Ostatnio wiele wiadomości z najróżniejszych stron światae , w tym także z Polski, mówiły o Brazylii i zagrożeniu niby brazylijskim zika wirusem. Wszystko z powodu mikrocefalii, małogłowia. Otóż w ostatnim czasie w Brazylii nagle urodziło się bardzo dużo dzieci z małogłowiem, czyli z mniejszą niż normalnie głową, co oczywiście pociąga za sobą także przypadki nieprawidłowo rozwiniętego mózgu. Wprawdzie w tych wiadomościach mówiło się, że zawsze mikrocefalia oznacza niedorozwój mózgu i poważne ograniczenia mentalne, ale okazało się, że zdarza się tak, iż jedno niekiedy nie idzie w parze z drugim. Sam widziałem dziewczynę z wyraźną mikrocefalią, która studiowała na uniwersytecie. Na dodatek zika wirus to zaledwie część problemu. Wszystkiemu winien jest pewien komar, aedes aegypti. Aedes to podobno z greckiego i oznacza kogoś lub coś, co wzbudza wstręt, nienawiść. Aegypti to z łaciny egipski. Nie ma więc tu nic brazylijskiego, przynajmniej oryginalnie, w znaczeniu pochodzenia. Jest on po prostu z Afryki. Do Brazylii trafił razem z przywożonymi tutaj niewolnikami. Podobnie do Stanów Zjednoczonych. Natomiast po całym tropikalnym świecie rozprzestrzenił się generalnie wraz z kolonizatorami. Jest dziś obecny w obu Amerykach, Azji i Oceanii. Oczywiście do życia potrzebuje stałych wysokich temperatur i wilgoci. Stąd Polska na pewno nie będzie miała z nim problemu. Jeśli nie będzie miała z nim, więc też nie będzie miała kłopotu ze wszystkimi chorobami roznoszonymi przez tego komara. A jest ich przynajmniej trzy: wspomniany już zika wirus oraz dengue i chicungunha. Nie ma więc powodów, aby nagle obawiać się, że jeśli ktoś przyleci do Rio de Janeiro na olimpiadę, to może zawlec te zarazy do Europy. W Azji i Oceanii już są, bo to właśnie stamtąd choroby te dotarły do Brazylii. W Afryce także, bo to w sumie ich ojczyzna. Nie jest też możliwe, aby młodzież, która będzie brała udział w Światowych Dniach Młodzieży w Krakowie, nawet jeśli miałaby którąś z tych chorób, mogła kogoś w Polsce zarazić. Do zarażenia potrzebny jest komar. On na szczęście nie ma szans na przeżycie w warunkach europejskich. Choroby przenoszone przez aedes aegypti nie są same w sobie aż takie groźne. Podobne do grypy, u jednych silniejsze, u innych prawie niezauważalne. Objawy to ciemne plamy na skórze, gorączki, bóle mięśni, stawów, ogólnie bardzo złe samopoczucie. Ta z chorób, która nazywa się chicungunha, co w jakimś języku afrykańskim oznacza „chodzić na czworakach”, jest może najboleśniejsza. To dla tego, że stawy i mięśnie tak bolą, że człowiek nie jest w stanie normalnie chodzić, próbuje się wtedy przemieszczać, jeśli musi, czołgając lub na czworakach. Natomiast problemem strasznym jest to, co te trzy choroby mogą jeszcze spowodować. Wspomniana na początku mikrocefalia jest właśnie spowodowana przez zika wirus. Jak to się dzieje? Otóż jeśli kobieta w ciąży, dokładniej na samym jej początku, zachoruje na zika to może to spowodować komplikacje w rozwoju płodu, zwłaszcza jeśli chodzi o prawidłowy rozwój czaszki dziecka. Jest ona mniejsza, co dalej ma jeszcze inne konsekwencje. Ta sprawa z nagle zwiększonymi przypadkami urodzeń z mikrocefalią ostatnio stała się jeszcze dramatyczniejsza. Jakimś dziwnym trafem tylko w Brazylii urodziły się dzieci z taką wadą. Kobiety w innych krajach, na przykład Kolumbia, chociaż miały w ciąży zika wirusa, urodziły dzieci zdrowiuteńkie. Jedna z tutejszych gazet napisała, że to małogłowie to nie powoduje wirus, tylko przeterminowana szczepionka podawana kobietom. Chodzi oczywiście o korupcję. Jakaś firma farmaceutyczna sprzedała, z pomocą łapówek, ministerstwu zdrowia gigantyczne ilości tej szczepionki. Ona zaś nie zużyta na czas była jeszcze potem podawana już po dacie jej ważności. Gdyby to była prawda, to byłaby to jedna z najokrutniejszych zbrodni. Urodzonych dzieci z mikrocefalią, dane z początku stycznia tego roju,  jest już ponad trzy tysiące. Liczba ta rośnie bardzo szybko, bo ilość tych przypadków codziennie się zwiększa. Miejmy jednak nadzieję, że Amerykanie, którzy obiecali pomoc, szybko wynajdą odpowiednią szczepionkę i zika wirus zostanie wkrótce wyeliminowany. 

Padre Victor II

paderewskigrzegorz

Manaus, 5.02.2016

Francisco de Paula Victor, pierwszy brazylijski Murzyn i niewolnik wyświęcony na kapłana, aż cały rok czekał na posłanie do jakiejś pracy duszpasterskiej. Został w końcu przez księdza biskupa ustanowiony proboszczem w parafii w miejscowości Tres Pontas. Historia tego miasteczka w zestawieniu z swoim nowym proboszczem niewolnikiem staje się wyjątkowo znamienna. Tres Pontas było kiedyś quilombo. Już kiedyś pisałem o tym. Quilombo to miejsce, do którego uciekali zbiegli niewolnicy. Zazwyczaj było ono bardzo oddalone, trudno dostępne, zapomniane. W takim quilombo zbiegli Murzyni zakładali swoje wioski, czasami nawet dosyć duże, gdzie jakby odtwarzali swój świat z Afryki. Oczywiście prędzej, czy później takie osady były przez łowców zbiegłych niewolników wyśledzone, zbierało się wojsko i rozpoczynano atak. Quilombo równano z ziemią, łapano niewolników a na tych, którym udało się uciec, urządzano wielkie polowania. W Tres Pontas wymordowano wszystkich. A okoliczne ziemię zawłaszczyli dla siebie najbardziej okrutni z łowców niewolników. Oni to właśnie założyli to miasto, w którym teraz proboszczem został ksiądz Viktor. Nie trzeba wcale dodawać, że przez część swoich parafian, tych, którzy bogacili się dzięki pracy niewolników, nie tylko, że nie był przyjęty, ale po prosto jego przybycie potraktowali oni jako kpinę, żart, inni zaś jako skandal i obrazę Boską. Jeden z tamtejszych wpływowych właścicieli ziemskich, wicehrabia z Boa Esperança, napisał do księdza biskupa tak: „Prosiliśmy o kapłana, o księdza mądrego i dobrego. Ksiądz biskup zaś przysłał nam czarnucha!”. Natomiast większość, czyli wszyscy niewolnicy, służący, cała biedota przyjęła go jako znak od Boga. Kiedy wszedł do kościoła na swoje pierwsze spotkanie z parafianami, oczywiście zgromadzili się tylko niewolnicy i służący, na dodatek cali przerażeni w obawie przed swoimi panami, to cały lud widząc Murzyna ubranego w kapłańskie szaty, oniemiał i długo stał w milczeniu. Ktoś szepnął „Anjo”, czyli Anioł. Z tego szeptu zrobił się wielki szum, który potem przerodził się w okrzyk. Tak właśnie zostało i ksiądz Wiktor był przez wszystkich nazywany po prostu Aniołem.

Ten Anioł ucierpiał jednak bardzo wiele. Nie tylko był ignorowany, obrażany wyszydzany i wyśmiewany przy każdej okazji. Zdarzyło się nawet, że kilkakrotnie go napadnięto i okrutnie pobito. Jednak nie zniechęcił się i nie zrezygnował. Wszystkim zaraz z miłością przebaczał. Ponownie, jak to się stało już w seminarium, poprzez swoją pokorę i cierpliwość, zaczął zdobywać sobie serca ludzi. Właściwie to nie sobie, ale dla Chrystusa i dla Kościoła. Powoli też jego parafianie przekonywali się do niego. Nawet ci najbogatsi, nawet ci zatwardziali gnębiciele niewolników. Co się działo? Otóż działo się bardzo wiele. Ksiądz Francisco de Paula Victor postawił na miłość i miłosierdzie. Najpierw przygarniał każdego biednego i opiekował się tymi najbardziej potrzebującymi. Zajmował się trędowatymi, nawet jeden z nich mieszkał na początku na plebani, co wówczas było nie do pomyślenia. Zorganizował nauczanie dla dzieci niewolników i biedoty. Co też było absolutną nowością. Założył szkołę, do której pozyskał z innych części Brazylii nauczycieli tak znakomitych, że z czasem, z racji wyśmienitych wyników w nauczaniu, do księdza Victora swoje dzieci zaczęli nawet posyłać szlachetnie urodzeni. To z jego szkoły wyszli późniejsi, znani w Brazylii biskupi, kapłani, lekarze, nauczyciele, społecznicy i politycy. Ksiądz Victor był też egzorcystą. O tej jego posłudze opowiada się bardzo wiele i oczywiście nie muszę dodawać, że wszystko, co czynił było rzeczywiście niezwykłe. Jednak największą sławę zyskał z tego powodu, że za jego przyczyną i w jego obecności działy się po prostu cuda. W tej parafii, gdzie go przywitano kiedyś jako czarnucha, z nienawiścią i pogardą, przepracował nad formacją ludzkich serc i dusz 53 lata. Zmarł w 1905 roku. Powiedziano o nim tak: „On patrzył na wszystkich oczyma Chrystusa. Wszyscy zaś patrząc na niego, widzieli Chrystusa.” Nie widzieli już tylko anioła, ale właśnie Chrystusa. To piękny wzór dla nas wszystkich, a bez wątpienia zwłaszcza dla kapłanów. Ksiądz Francisco de Paula Victor osiągnął to wszystko, bo postawił na miłość i miłosierdzie. 

Padre Victor

paderewskigrzegorz

Manaus, 05.01.2016

Już prawie dwa lata temu pisałem o Nha Chica, pewnej błogosławionej brazylijskiej niewolnicy, pochodzącej ze stanu Minas Gerais, z diecezji Campanha. Najwyraźniej ta diecezja jest wyjątkowa, bo oto kolejny pochodzący stamtąd sługa Boży, też niewolnik, tak przynajmniej o nim informowały nagłówki artykułów w gazetach, został w listopadzie ogłoszony błogosławionym. Jest nim ksiądz Francisco de Paula Victor. Urodził on się 12 kwietnia 1827 roku w Vila de Campanha da Princesa da Beira. Była to wówczas osada, która gromadziła poszukiwaczy złota. To oczywiście stało się powodem szybkiego rozwoju ekonomicznego tego miejsca. Nasz przyszły ksiądz Victor urodził się w domu należącym do Marianny Barbary Ferreira, która niewolników traktowała bardzo dobrze. Ona też została matką chrzestną Victora. Urodził się więc jako niewolnik, ale nie wiódł w sumie życia niewolnika. Jego matka chrzestna ukochał go ponad wszystko, zadbała, aby nauczył się jak najwięcej. Ponieważ był wyjątkowo inteligentny, więc nie tylko umiał pisać i czytać, ale także nauczył się mówić po francusku i grać na pianinie. Jako niewolnik mógł jednak ewentualnie zdobyć jakiś jeden z podstawowych zawodów, więc zaczął się uczyć krawiectwa. Oczywiście już to było w tamtych czasach i tamtych realiach czymś wyjątkowym. Pewnego dnia opowiedział swemu mistrzowi krawiectwa sen, który co jakiś czas się powtarzał. „Śniło mi się, że zostałem księdzem!”. No cóż, ta rewelacja nie została przyjęta jako najzwyczajniejsze senne marzenie. Victor dostał wielkie lanie od swego wychowawcy. Tu nie chodziło tylko o to, że nikt z Murzynów i niewolników wówczas księdzem być nie mógł. Kapłaństwo było widziane jako coś tylko dla białych. A samo już pożądanie czegoś, co było tylko dla białych, było wręcz niewyobrażalnym przestępstwem. Jednak zupełnie inaczej, wbrew ówczesnym zasadom, uprzedzeniom i przesądom, miała potoczyć się historia tego młodzieńca.

Była to jednak historia bardzo długa i pełna cierpienia. Zaś droga do kapłaństwa stała się bez wątpienia Krzyżową. Chociaż niewolnictwo zostało w Brazylii ostatecznie obalone w 1888 roku, to w sumie prawo je obalające wchodzi w życie jeszcze do dziś. Tak przynajmniej mówią sami Murzyni, oni po dzień dzisiejszy cierpią z powodu najróżniejszych dyskryminacji i uprzedzeń. Wyobraźmy więc sobie sytuację młodego Victora. Ponieważ był wyjątkowy, więc biskup, widząc jego nadzwyczajne starania i talenty, zezwolił na przyjęcie go do seminarium. Był później za to straszliwie przez wszystkich krytykowany.

Najbliższe seminarium było w Mariana, oddalone o mniej więcej 400 kilometrów. Victor udał się tam na piechotę. Kiedy zapukał do seminaryjnej furty, kazano mu wejść wejściem dla służby i zamieszkać wśród służebnych i niewolników. Tak, jak pierwsze chwile, tak też upłynęły w seminarium kolejne lata. Jego seminaryjni koledzy najwyraźniej go nie akceptowali jako studenta, ale ciągle wymagali, aby był ich służącym. On zaś służył im z miłością i z czasem, po latach, zdobył sobie szacunek. Bez wątpienia dziś, ci wszyscy, którzy wówczas go poniżali, mają nietęgie miny. Dla nas jest to dowód, że prawdziwa cnota zwycięża i osiąga wszystko.

Na kapłana został wyświęcony 14 czerwca 1881 roku. Swoją Mszę Prymicyjną odprawił w rodzinnej Campanha i była to wyjątkowa uroczystość nie tylko dla niego. Wraz z nim celebrował tę dziękczynną Eucharystię cały odrzucony i zniewolony świat. Po święceniach okazało się jednak, że nie ma za bardzo takiej parafii, w której on, ksiądz Murzyn mógłby pracować. Droga Krzyżowa miała więc jeszcze wiele stacji, które miały być przez księdza Victora po kolei przeżyte. Ale o jego kapłańskiej pracy opowiem już w następnym liście.

Matka Boża z Aparecida w Manaus

paderewskigrzegorz

Manaus, 7.12.2015

Do Manaus dotarła Matka Boża z Aparecidy. Oczywiście w kopii swojej figury z brazylijskiego, maryjnego sanktuarium narodowego. Nossa Senhora Aparecida już od dłuższego czasu pielgrzymuje po diecezjach Brazylii, a nawet po znanych i ważnych dla Kościoła Katolickiego miejscach na całym świecie. Pisałem o jej wizycie w Fatimie, w maju tego roku. No cóż, jeśli chodzi i te pielgrzymki, to były one w sumie niezbyt częste. Sanktuarium w Aparecida związane jest ze znalezieniem figurki Matki Bożej, które miało miejsce w 1717 roku oraz późniejszymi licznymi cudami, jakie dokonały się w związku z tą Maryjną rzeźbą. Można więc powiedzieć, że istnieje już od trzystu lat. Natomiast pierwsza  peregrynacja Matki Bożej z Aparecida dokonała się dopiero w 1931 roku. Wówczas to Maryja udała się do Rio de Janeiro, ówczesnej stolicy Brazylii. Wtedy właśnie ogłoszono Matkę Bożą z Aparecida Królową i Patronką Brazylii. Podobno na powitanie Matki Bożej wyszły tłumy tak wielkie, że nikt nie zdołał ich policzyć. Smutnym jest fakt, że dziś bardzo rzadko nazywa się Matkę Bożą z Aparecida Królową Brazylii. Wszystko z powodu poprawności politycznej. Protestanci, a zwłaszcza zielonoświątkowcy już kilka razy próbowali drogami urzędowymi wymazać wszelkie Maryjne święta i nazwy z życia tego kraju. Na szczęście, jak do tej pory nie udało im się to. Nie mniej zawsze głośno lamentują, że Matka Boża Patronka Brazylii i Jej liczne uroczystości obchodzone jako święta państwowe to coś, co przynosi im wstyd. No cóż, jestem pewny, że jeszcze kiedyś zrozumieją, jak wiele Matce Bożej z Aparecida wszyscy Brazylijczycy zawdzięczają.

Matka Boża z Aparecida stała się aktywniejsza pielgrzymkowo tak naprawdę dopiero w 2004 roku. Z okazji stulecia koronacji Jej figury czczonej w narodowym sanktuarium zaczęła nawiedzać diecezje i parafie całej Brazylii. Właściwie to owo pielgrzymowanie wówczas zaczęte trwa do dzisiaj. Teraz zaś jest już traktowane jako przygotowanie do trzechsetlecia znalezienia, właściwie wyłowienia cudownej figury z rzeki Parnaiba, co potem dało początek całej tej Maryjnej historii na ziemi brazylijskiej.

Pielgrzymowanie Maryi rozumiemy biblijnie, ewangelicznie. Jesteśmy jak Elżbieta, przyjmująca Maryję w swoim domu. Potrzebujemy Jej pomocy. Jednak co jest w tym odwiedzaniu najważniejsze, to to, że Maryja niesie nam Jezusa, naszego Zbawiciela. Matka Boża przychodzi do nas poprzez swoją cudowną figurę jako Służebnica Pańska, która chce służyć ludowi Bożemu. Jej pełna pokory postawa uzdalnia nas do  dostrzeżenia woli Bożej i kierowania się nią w naszym życiu.

Ojcowie redemptoryści, którzy są opiekunami sanktuarium w Aparecida, mówią, że Matka Boża pielgrzymując odwdzięcza się za pielgrzymki  ludu Bożego do jej domu. Mówi się w Brazylii, że sanktuarium w Aparecida jest największym sanktuarium maryjnym na świecie. No cóż, nie wiem co oni tu liczą. Przypuszczam, że wiele sanktuariów maryjnych na świecie może z powodzeniem konkurować z Aparecida, jeśli chodzi o liczbę pielgrzymów. Natomiast w kwestii rozmiarów samej budowli, to może i rzeczywiście jest ono największe. Dnia nie starczy, aby obejść wszystkie zakątki tego maryjnego domu.

Matka Boża nawiedziła nas podczas naszych parafialnych obchodów odpustowych. Stąd najpierw dosyć cierpliwie razem z nami się modliła i czekała na zakończenie wszelkich obchodów na cześć Chrystusa Króla. Potem była jeszcze z nami prawie cały tydzień. Nie ukrywam, były to wyjątkowe, pełne modlitwy, śpiewów, wzruszeń i radości. Mieliśmy tym samym bardzo ładne wprowadzenie w Adwent. Na koniec oczywiście w uroczysty sposób dokonaliśmy aktu ofiarowania parafii i nas wszystkich Matce Bożej. To była naprawdę prawdziwa konsekracja. Ja zaś, jak zawsze, obserwowałem moich parafian i po raz kolejny miałem wspaniałą okazję, aby wiele od nich się nauczyć.

 

Chrystus Król 2015

paderewskigrzegorz

Listopad w naszej amazońskiej parafii jest miesiącem wielkiego święta. A to z powodu naszego odpustu Chrystusa Króla, bo takie przecież nosimy wezwanie.

Odpusty w Brazylii to temat wyjątkowo barwny, wiele już razy przeze mnie tutaj poruszany. Nie ukrywam, że pierwszy z nich, jaki przeżywałem w Brazylii jedenaście lat temu, a było to w parafii Nossa Senhora dos Remedios, mnie zachwycił i jednocześnie przeraził. Bez wątpienia było to bardzo ciekawe zjawisko, także z punktu widzenia religijnego, kolorowe, dynamiczne i niemiłosiernie głośne. Kolejne odpusty podobały mi się coraz mniej i w końcu stały się dla mnie trudne. To po prostu był twardy pastoralny orzech do zgryzienia.

Na szczęście w Manaus nasi parafianie mieli podobne spostrzeżenia i wcale nie trzeba było wielkiego wysiłku, aby zrezygnować z tego wszystkiego, co było mało religijne i kościelne. Od pierwszego święta Chrystusa Króla chcieliśmy, aby to było wydarzenie tylko, albo przynajmniej zwłaszcza duchowe. Jestem szczęśliwy, bo po tych kilku lat Pan Bóg dał nam właśnie coś takiego. Mamy więc tradycyjną nowennę, którą wszyscy już rozumieją jako swoiste rekolekcje parafialne. Tym razem przez dziewięć dni rozważaliśmy Przenajświętsze Imię Jezusa. Oczywiście zawsze z Eucharystią, adoracją i najróżniejszymi modlitwami, w tym z litanią do Najświętszego Imienia Jezusa. Sama uroczystość Chrystusa Króla miała oczywiście naszą wspaniałą procesję, tym razem zrealizowaną w wielkim spokoju i pokoju. Zielonoświątkowcy nam nie przeszkadzali. Mieliśmy też wszystko bardzo dobrze zorganizowane. Podczas drogi mamy zawsze chwile zatrzymania się, kiedy to czynione są krótkie rozważania. Trudno w nich było nie wspominać o ostatnich tragediach, które wstrząsnęły światem, ale też modliliśmy się w wielu lokalnych intencjach, tych też jest zawsze bardzo wiele. Brazylia, w tym też Manaus, przeżywa obecnie wyjątkowo poważny kryzys polityczny i gospodarczy. Na co dzień z tego powodu najbardziej cierpią zwykli obywatele. Ludzie znajdują się w bardzo poważnej sytuacji. Masowo zaczęli tracić pracę. Fala przestępstw zupełnie zburzyła, już i tak bardzo nikłe, poczucie bezpieczeństwa. Rządzący najwyraźniej nie panują nad sytuacją. Nie wiadomo, jaką drogą będzie kroczyła Brazylia. W Ameryce Południowej często, z jakąś niezwykłą łatwością, dochodziło do zamachów stanu i wprowadzenia dyktatur wojskowych. Obecnie często się o czymś takim mówi. Miejmy nadzieję, że do tego nie dojdzie, że sytuacja się uspokoi, że kraj odzyska stabilność. Jest więc o co się modlić. Na dodatek w stanie Minas Gerais doszło do wielkiej tragedii, katastrofy ekologicznej, co jeszcze pewnie opiszę w którymś z moich listów.

Od kilku lat z okazji parafialnego odpustu organizujemy nasz mały festiwal piosenek religijnych. Tylko, że ostatnio nie jest on już taki mały. Pomysł z tym festiwalem był mniej więcej taki: parafianie, mniej lub bardziej uzdolnieni, mieli komponować teksty i muzykę, zawsze oscylując wokół aktualnych tematów duszpasterskich. Piosenki w założeniu miałyby być używane w naszych wspólnotowych animacjach. Na początku festiwal był zamknięty, ograniczony tylko dla naszych parafian. Obecnie stało się to dosyć problematyczne, bo już praktycznie z całego miasta mamy ludzi, którzy koniecznie chcą brać w nim udział. Chrystus Król ma przecież serce otwarte dla każdego, więc i my nie mogliśmy się zamykać. Współczuję tylko jurorom festiwalowym, mają zadnie bardzo trudne. Ja oczywiście zawsze kibicuję naszym, więc w finale festiwalu mam gardło zupełnie zdarte i dłonie opuchnięte od oklasków. Zawsze zadziwia mnie pomysłowość i talenty tych ludzi. Dochodzę do wniosku, że to też może służyć za przykład charyzmatów. Jak ktoś chce służyć wspólnocie, dostaje od Pana Boga bardzo dużo talentów.

Podczas nowenny jednego dnia rozważaliśmy takie Imię Jezusowe: Jezus, nasza Nagroda. Mniej więcej chodziło o to, że tą nagrodą jest Krzyż, który nas prowadzi do zbawienia. Może taką nagrodę w pełni zrozumieć i być w stanie przyjąć tylko ten, kto jest przyjacielem Krzyża. Tu Krzyż jest  cierpieniem, trudnością, ale prowadzi do prawdziwego wyzwolenia. Niezwykłym jest to, że Pan Bóg coraz bardziej prowadzi nas w naszej wspólnocie wiary do takiego właśnie doświadczenia. W tym roku, podczas naszego dopustu, wszyscy tego doświadczyliśmy. Viva Cristo Rei!

Dlaczego miłość nie jest kochana?

paderewskigrzegorz

Manaus, 06. 11. 2015

Kiedy poznaje się, oczywiście dziś tylko przez świadectwa, życie o. Zbigniewa Strzałkowskiego i o. Michała Tomaszka, to można odnieść wrażenie, że byli oni przez Boga na to męczeństwo przygotowywani. Najpierw ojcowie Jarosław Wysoczański i Zbigniew Strzałkowski, kiedy starali się w Warszawie, w ambasadzie peruwiańskiej o wizy, to zawsze zatrzymywali się w kościele św. Stanisława Kostki, aby pomodlić się przy grobie księdza Jerzego Popiełuszki, dziś już błogosławionego polskiego męczennika. W dniu, kiedy w końcu wizy otrzymali, ich modlitwa była zdecydowanie dłuższa. Oddawali się w niej Bogu za pośrednictwem księdza Jerzego. Na zawsze tajemnicą pozostanie tamto doświadczenie, ale widać w tym zatrzymywaniu się przy grobie męczennika jakby lekcję samego męczeństwa. Potem zaskakujące słowa samego ojca Michała, kiedy to po pożegnalnej Mszy Świętej w parafii w Pieńsku, gdzie pracował po święceniach kapłańskich, powiedział, że jeśli trzeba będzie dla sprawy Bożej złożyć ofiarę – ofiarę z życia – to nie będzie się wahał.

Kiedy nadszedł dzień ich śmierci, najwyraźniej byli na nią przygotowani. O. Zbigniew Strzałkowski i o. Michał Tomaszek pozostali sami w Pariacoto.  9 sierpnia 1991 roku w parafii zaplanowane było spotkanie z młodzieżą. Miała być celebrowana Msza Święta, potem jeszcze modlitwy i formacja dla młodzieży. Ten właśnie wieczór terroryści z Sendero luminoso wybrali na napad. Kiedy ludzie szli na mszę widzieli już chodzących po ulicach miasteczka bandytów z zakrytymi twarzami. Jedna z sióstr zakonnych, siostra Berta, poszła do zakrystii i poinformowała o tym ojców franciszkanów. Rozpoczęła się Eucharystia. Zapamiętano, że Ojciec Zbigniew miał wzrok skierowany ku drzwiom wejściowym, a ojciec Michał był zadumany. Po odczytanej przez o. Michała Ewangelii o. Zbigniew wygłosił homilię na temat wiary i zaufania. Bezpośrednio po Mszy część wiernych uciekła z kościoła, część zaś, głównie młodzi, pozostali, bo bali się wychodzić na ulicę. Postanowiono, że będą się dalej modlić. O. Zbigniew opatrywał rany jakiegoś chorego dziecka. Wtedy weszli uzbrojeni, z twarzami zakrytymi, terroryści. Przedstawili się jako „towarzysze”. Chcieli rozmawiać z ojcami i zobaczyć samochody. Związali zakonników. Chcieli też to samo zrobić z postulantami, ale na szczęście zrezygnowali po protestach o. Zbigniewa. Bandyci ukradli różne drobne rzeczy z cel zakonnych, potem wsiedli do samochodów i, zabierając ze sobą zakonników, odjechali drogą w górę. Do jednego z aut zdołała się też wcisnąć siostra Berta, która w ten sposób stała się najważniejszym świadkiem tego zdarzenia. Po jakimś czasie zatrzymali się, obu kapłanów umieścili w jednym aucie i wyjaśnili im przyczyny zatrzymania. Bracia oszukiwali ludzi, gdyż przekazywali im żywność z Caritasu, organizacji imperialistycznej. Głosili pokój, a przez to zwodzili lud, gdyż w ten sposób odrzucili przemoc i rewolucję. Religia usypia lud, to opium dla ludu. Nauczanie Biblii to także usypianie ludu, oszukiwanie go i opanowywanie go. Po tych wyjaśnieniach pozostawili siostrę zakonną na drodze. Zabrali za to ze sobą jeszcze wójta z Pariacoto. Po wyjechaniu z miasteczka podpalili most. Kilka chwil potem, w miejscu zwanym Pueblo Viejo, zatrzymali się i wywlekli zakonników oraz wójta z samochodu. Kazali im się położyć na drodze twarzą do ziemi. Zabili ich strzelając w tył głowy. Na plecach o. Zbigniewa pozostawili kawał tektury z napisem: „W ten sposób umierają lizusy imperializmu”. Potem odjechali i w następnym miasteczku pijąc i strzelając na wiwat świętowali zwycięstwo rewolucji.  Pariacoto zaś pogrążyło się w żałobie. Ciała zamordowanych odnaleziono już po północy. Najpierw zabrano je do kościoła, potem na sekcję do Casmy, nieco większego miasteczka u podnóża gór. Pogrzeb męczenników odbył się 11 sierpnia. Zostali pochowani w dwóch osobnych sarkofagach naprędce zbudowanych w kościele. Na obu grobach widnieje napis umieszczona daty urodzin i śmierci, imiona i nazwiska braci zakonnych oraz dodano: „Męczennik za wiarę i miłość.”

Misyjny podręcznik.

paderewskigrzegorz

Manaus, 28.10.2015

Misje to wyzwanie pod każdym względem. Wyzwanie być może bardzo trudne, ale też fascynujące. Tak, jak fascynujące są wszelkie tajemnice, zwłaszcza te Boże. A przecież misje to właśnie droga do Bożych tajemnic. Na misjach tak naprawdę wszystko jest inne. Aby sobie z tą różnością i różnorodnością właściwie poradzić, trzeba to rozumieć jako bogactwo. W taki sposób wszystko staje się łatwiejsze, prostsze i przede wszystkim pożyteczne. Misje to wielkie doświadczenie wiary. Kiedy czytałem o zamordowanych w Peru polskich franciszkanach, o. Zbigniewie Strzałkowskim i o. Michale Tomaszku, to pomyślałem sobie, że mogliby się stać wspaniałymi patronami misjonarzy, a ich życie może posłużyć za swoisty podręcznik misyjny. Rzeczywiście podpowiadają nam bardzo wiele, wyjaśniają, uczą i wprowadzają w misyjny świat.

Najpierw przygotowanie. Duchowe i intelektualne. Dziś myślę o tym, jak trudno im było w czasach bez Internetu, bez przewodników i fachowych publikacji przygotowywać się do wyjazdu, uczyć się o kraju, do którego mieli się udać. Okazuje się, że poradzili sobie z tym wyśmienicie. Nawet w języku byli chyba dosyć zaawansowani. Można odnieść wrażenie, że już na jakiś czas przed wyjazdem obaj zakonnicy właściwie już byli w Peru. Nie mniej, jak już znaleźli się na miejscu, to kontynuowali bardzo wytrwale to „uczenie się Peru”. Ojciec Jarosław Wysoczańskich tak to wspomina: „Od pierwszych chwil chcieliśmy jak najwięcej poznać, to było coś w rodzaju „pójścia od nowa do szkoły.” Każdym szczegółem, każdą informacją dzieliliśmy się, aby wyrobić sobie opinię, pogląd na zastaną rzeczywistość. Było w nas coś z postawy ucznia. W naszym przypadku nauczycielem był ten świat i ludzie, zastany Kościół, ci wszyscy, których spotkaliśmy na naszej drodze.

Kiedy przyjechałem do Brazylii, to już pierwszego dnia, a właściwie pierwszej nocy miałem okazję uczestniczyć w święceniach kapłańskich. Wówczas dostrzegłem, jak bardzo tamci ludzie pragnęli kapłanów. Mniej więcej podobne doświadczenie, też na samym początku,  mieli  nasi franciszkańscy misjonarze. Piszą o tym tak: „W Chiclayo doświadczyliśmy lekcji, która pozwoliła nam zobaczyć, czym jest kapłaństwo. Uczestniczyliśmy w uroczystości święceń kapłańskich…W czasie litanii do Wszystkich Świętych dwie małe dziewczynki obsypywały kwiatami leżącego krzyżem kapłana. Po namaszczeniu rąk neoprezbiter zbliżył się do ludu i wyciągnął ręce na znak krzyża. W tym momencie wydarzyło się coś, czego nigdy nie widzieliśmy w bazylice krakowskiej i w innych miejscach. Wierni, ze łzami w oczach, obsypywali nowego kapłana długimi oklaskami…To był kolejny nauczyciel, tym razem Lud Boży ze swoją wielką miłością do wybranych Pana.”

Aby dodać sił zniechęconym trudnościami językowymi, mówi się im, że każdy nowy język to jakby nowe życie. Jest w tym racja, zważywszy, że język jest nośnikiem wielu treści i doświadczeń. To szersze horyzonty myślowe, wchodzenie do nowego świata. To  droga do poznania człowieka.  Ojcowie misjonarze, jak już objęli swoją parafię w Pariacoto, to chcieli właśnie jak najszybciej dotrzeć do każdego parafianina. W ciągu sześciu miesięcy obeszli wszystkie wspólnoty, wioski i osiedla. No cóż, dzieło to imponujące! Wspólnot było ponad siedemdziesiąt, wszystkie w górach, niektóre dostępne tylko piechotą po kilku godzinnej wspinaczce. Przy tej okazji wspominają coś, co bez wątpienia jest jednym z najważniejszych i najpiękniejszych misyjnych doświadczeń: „Ludzie ci swoim zachowaniem, sposobem bycia, nieraz nas zaskakiwali. Pod pozorami zacofania ukrywali wielką inteligencję i jasność umysłu. Zdawało się, że posiadają dwie twarze, aby je zrozumieć potrzebny był czas oraz zdolność empatii i obserwacji. Duma z przeszłości mieszała się z nędzą i niemocą dnia codziennego…Nasze pierwsze spotkanie z ludźmi gór osiągnęło swój cel; mogliśmy choć trochę poznać rzeczywistość i czuć się poznanymi. Campesino ma wielką zdolność studiowania ludzkiej natury, jest bardzo spokojny, cierpliwy, potrzebuje czasu, aby wydać osąd. Poznaje człowieka nie tylko indywidualnie, ale także w wymiarze wspólnoty…Staraliśmy się otworzyć na to wielkie dziedzictwo.” Tak, to prawda! Misje to nieustanna, wspaniała lekcja życia i wiary!

Polscy męczęnnicy frańciszkańscy.

paderewskigrzegorz

Manaus, 19.10.2015

Kilka lat temu, kiedy to stawialiśmy nasze pierwsze kroki w Manaus, odwiedzili nas wówczas dwaj ojcowie franciszkanie. Jechali z Rzymu do Jurua aby zwizytować parafię, która miała być wkrótce objęta przez misje franciszkańskie. Jednym z nich był misjonarz o imponującym misyjnym dorobku, ojciec Jarosław Wysoczański. Na pożegnanie dał mi obrazek z dwoma franciszkańskimi kandydatami na ołtarze, o. Zbigniewem Strzałkowskim i o. Michałem Tomaszkiem. Kiedy czytałem znajdujące się na obrazku informacje przypomniałem sobie o tej tragedii. Pamiętam, że wiele razy rozmawialiśmy o tym w seminarium. Zostali zamordowani w roku 1991, w górach Peru, przez komunistów z Sendero Luminoso. O. Jarosław powiedział mi wówczas: „Byłem ich proboszczem. Też bym zginął, ale wyjechałem do Polski na urlop.” Miałem wrażenie, że to wyjaśnienie o urlopie powiedział jakby z żalem. Czy dla tego, że nie wyjechali wówczas wszyscy, czy też dla tego, że nie zginął razem z nimi? Cała ta sytuacja nieustannie pojawiała się w mojej pamięci, ilekroć brałem do ręki ów obrazek. Jakimś zbiegiem okoliczności nieustannie przewijał się w moim brewiarzu, Piśmie Świętym, czytanych książkach. Normalnie obrazki często się zawieruszają, odkrywa się je potem po latach, kiedy powraca się do ważnych lektur. Ten zaś ciągle się pojawiał. Tak też ci dwaj kandydaci na ołtarze często mi towarzyszyli. Często odmawiałem modlitwę z obrazka. Myślałem wiele razy o ich śmierci i o tym, jak mi jest łatwo pracować na misjach. Róże sytuacje, inny czas.

Wkrótce, w Chimbote, to stolica diecezji, w której pracowali nasi męczennicy, dokona się ich beatyfikacja. Razem z nimi na ołtarze zostanie wyniesiony także o. Alessandro Dordi, który również został zamordowany przez Sendero Luminoso. Świadectwo tych męczenników jest wyjątkowo silne. Koniecznie musimy spojrzeć na nich z wielką uwagą. Na to, jak szli na misję i ewangelizowali, na to, jak umarli i na to, co swoją śmiercią nam powiedzieli.

Różne sytuacje, inny czas. Dziś docieram do Manaus w jedną dobę. Raz tylko zmieniam samolot. Nasi franciszkanie, a ściślej mówiąc najpierw byli to ojcowie Strzałkowski i Wysoczański (o. Tomaszek dotarł do nich później) na swoją misję drogę mieli bardzo długą. Z Warszawy do Limy latało się wówczas przez Moskwę, gdzie trzeba było długo czekać na połączenie. Potem lot do Limy trwał jeszcze kolejne 27 godzin. Samolot oczywiście lądował kilka razy. W stolicy Peru zatrzymali się na jakiś czas. Potem byli  w Chiclayo, u jednego z polskich misjonarzy z diecezji tarnowskiej. Następnie udali się do Chimbote, aby spotkać się ze swoim misyjnym biskupem. Do Pariacoto, do swojej parafii pojechali trzeciego stycznia, a więc już po pięciu tygodniach pobytu na ziemi peruwiańskiej. Mieli już trochę czasu na pierwsze doświadczenia, wrażenia i opinie. Możemy sobie wyobrazić jakie myśli w tym okresie pojawiały się w ich głowach. Do dziś Polska i Ameryka Południowa to dwa, bardzo odmienne światy. Wówczas musiało to różnić się jeszcze bardziej. Aby dotrzeć w rejony, gdzie mieli pracować, musieli udać się z Limy drogą na północ. Jedzie się podobno cały czas praktycznie przez pustynię. Nawet dziś trudno o znaki jakiegoś życia. W tamtych czasach na pewno było go jeszcze mniej. Bieda, susza, skały, wiatr i palące słońce.  O. Jarosław wspomina te pierwsze chwile w parafii tak: „Czekaliśmy z utęsknieniem na tę chwilę…To, co wcześniej było snem, teraz – w skwarze słońca, w lekkim powiewie wiatru i majestatycznym krajobrazie szczytów górskich – stawało się rzeczywistością…dotarliśmy do Pariacoto, które w pierwszym momencie zrobiło na nas wrażenie, jakby było położone na dużej skarpie. Naprzeciw znajdował się kościółek, do którego skierowaliśmy nasze kroki. Wnętrze świątyni zrobiło na nas smutne wrażenie...poprzez martwotę i wygaszoną lampkę naftową przy tabernakulum. Spojrzeliśmy na siebie i chyba zrozumieliśmy się doskonale. Zapragnęliśmy, aby to miejsce jak najszybciej zabłysło światłem Pana.” Wkrótce to światło Pana zabłysło w tym miejscu tak bardzo, że aż jest widoczne z innych kontynentów.

Celebracje Stuleci Błogosławieństw

paderewskigrzegorz

Manaus, 25. 09. 2015

Gdybym miał powiedzieć jaka Matka Boża jest najbardziej czczona w Brazylii, to miałbym wielki problem przynajmniej z dwóch powodów. Raz, że wszelkie istniejące na świecie wyobrażenia i figury maryjne są tutaj otaczane wielką czcią, są bardzo powszechne i mają przeogromny wpływ na duchowe życie brazylijskich katolików, a dwa, że przyznając pierwsze miejsce Matce Bożej z Aparecidy naraziłbym się bardzo czcicielom Matki Bożej Fatimskiej albo Niepokalanie Poczętej. Zresztą najlepiej tutaj nie zabierać lekkomyślnie głosu, bo też i czciciele innych wyobrażeń maryjnych zaraz by się rozgniewali. Tę sprawę traktuje się tutaj bardzo poważnie. Już wiele razy pisałem, że kiedy kiedyś sądziłem, że Polacy to naród maryjny, to nie bardzo wiedziałem co to znaczy. Brazylijczycy to dopiero naród maryjny. Tutaj każde dziecko podczas chrztu musi być obowiązkowo ofiarowane Maryi. Skandalem jest sytuacja, jeśli nagle ktoś odkryje, że nie był poświęcony Matce Bożej. Oczywiście najlepiej to jak najszybciej nadrobić. Najczęstsze imię kobiece to oczywiście Maria, ale zawsze z dodatkiem jaka, na przykład Conceicao (Niepokalanie Poczęta), Aparecida, Fatima, das Dores (Bolesna), Bom Parto (Szczęsliwego Porodu), itd. Bardzo wiele jest tych imion. Wszędzie znajdują się jakieś sanktuaria maryjne. Za bardzo bezbożne i jednocześnie nieszczęśliwe jest uważane takie miasteczko, gdzie takiegoż sanktuarium nie ma. Odpusty maryjne są zawsze najważniejsze i najgłośniej obchodzone. W naszej parafii mamy ciągle rosnącą grupę osób, którzy ofiarowują się Matce Bożej i nazywają się consagrados de Maria. Co roku też tę swoją konsekrację odnawiają i zawsze jest to bardzo dostojna uroczystość. Nie mówiąc już o tym, że każdy szanujący się katolik ma w domu nie jakiś tam obrazek z Matką Bożą, ale prawdziwy, pięknie, według tutejszych gustów,  ozdobiony ołtarzyk z figurą Najświętszej Maryi Panny.

W roku 2017 Brazylia będzie obchodziła 300 – lecie pojawienia się Matki Bożej z Aparecida. To słowo aparecida oznacza właśnie Tę, która się pojawiła.  Nie ma co się więc dziwić, że cały naród katolicki zabiera się z wielki oddaniem za przygotowania do tego jubileuszu. Zaczęli wyjątkowo pięknie, z wielką klasa, bo połączyli te obchody z przygotowaniem do jubileuszu stulecia objawień fatimskich. W maju, do Portugalii udała się wielka narodowa pielgrzymka Brazylijczyków pod przewodnictwem księdza kardynała Raymundo Damasceno de Assis, księdza arcybiskupa Aparecidy, który też jednocześnie jest przewodniczącym episkopatu brazylijskiego. To była wyjątkowo piekna pielgrzymka, jej centralnymi momentami była oczywiście procesja i Msza Święta wieczorem 12 maja, oraz Eucharystia celebrowana 13 maja w południe z intronizacją Matki Bożej z Aparecida w sanktuarium fatimskim, w samej Kaplicy Objawień. Ksiądz kardynał zapewniał, że orędzie fatimskie jest bardzo dobrze znane ludowi brazylijskiemu. Podkreślił też podobieństwa, a nawet wręcz elementy identyczne obu objawień. Tak, jak Matka Boża w Fatimie objawiła się trzem ubogim pastuszkom, tak w Aparecida „dała się złowić” trzem, równie biednym rybakom. To dowód na to, że Pan Bóg wyjątkowo kocha serca ubogie i z uwagą słucha modlitw najbardziej potrzebujących. Prostota serca zaś jest tym, co ułatwia doświadczenie Boga. Po dzień dzisiejszy z tych miejsc płynie w świat przesłanie o tym, że Matka Boże chce być matką i siostrą całej ludzkości.

Oczywiście, nie tylko tak Brazylijczycy przygotowują się do tych podwójnych, między kontynentalnych obchodów, które ksiądz kardynał nazwał „celebracją stuleci błogosławieństw”. W świat ruszyły pielgrzymujące figury Matki Bożej z Aparecida. Do Mananus też oczywiście jedna z takich pielgrzymich figur dotrze. Nawet nasza parafia zgłosiła się jako chętna do ugoszczenia Matki Bożej, ale jak na razie nie mamy żadnej pewności, czy dostąpimy tej radości i wyróżnienia. 

Diakonat stały

paderewskigrzegorz

Manaus, 14.09.2015

Pod koniec lipca, a dokładnie 26, mieliśmy w naszej parafii wyjątkową uroczystość. Dwóch naszych parafian, Agenor Junior Martins i Pedro Moreno Nascimento otrzymali z rąk naszego księdza arcybiskupa święcenia diakonatu. Wymienieni panowie są żonaci a więc mówimy tu o diakonacie stałym. Kiedy będąc w Polsce opowiadałem o tych, wówczas jeszcze zbliżających się święceniach diakońskich, budziłem tym wielkie zdziwienie. No cóż, w kraju, gdzie dzięki Bogu jest jeszcze wielu księży, diakonat stały jest praktycznie nie znany. Powiem więcej, nawet nie jest on jeszcze potrzebny. Natomiast tu, w Brazylii, diakon stały to zjawisko normalne i jak najbardziej pożądane.

W Brazylii, tak chyba też było na całym świecie, diakonat stały pojawił się wraz z jego odnowieniem przez Sobór Watykański II. Pierwsi brazylijscy diakoni stali, było ich zaledwie czterech, zostali wyświęceni przez papieża Pawła VI w Kolumbii 22 sierpnia 1968 roku. Wtedy to papież wyświęcił 200 kapłanów i 40 diakonów stałych pochodzących z różnych krajów Ameryki Południowej. Jeden z tych brazylijskich diakonów jeszcze żyje i dzielnie posługuje w Porto Alegre, w tamtejszej katedrze.

Dzisiaj w kościele brazylijskim posługuje, według oficjalnych danych z Komisji Episkopatu Brazylii z zeszłego roku, 3400 diakonów stałych. Pewnie dziś jest już ich nieco więcej. W naszej diecezji mamy obecnie czterdziestu. To oznacza, że na czterech księży pracujących w diecezji przypada już jeden diakon stały. Natomiast bez wątpienia powołań do diakonatu stałego jest zdecydowanie dużo więcej, niż do prezbiteratu. Ciekawe jak opisaliby to zjawisko teolodzy i socjolodzy.

Przepisy bardzo konkretnie definiują wymagania stawiane kandydatom do diakonatu stałego. Generalnie można by powiedzieć, że mają to być mężczyźni nieskazitelni rodzinnie, wspólnotowo i zawodowo. Nie wiem do jakiego stopnia ma się rozumieć ową nieskazitelność, ale jestem głęboko przekonany, że nasi diakoni mieszczą się w tych definicjach. Obaj, Pedro i Junior, od samego początku pracowali duszpastersko w tutejszych wspólnotach. Kiedy objęliśmy parafię to od razu spostrzegłem ich jako gorliwszych i bardzo wytrwałych. Kiedy po trzech latach przyglądania się ich postawie zacząłem z nimi rozmowę o ewentualnym diakonacie, okazało się, że oni już o tym od dawna myśleli, ale z nikim o tym nie rozmawiali bo nie za bardzo czuli się godnymi tego zaszczytu. Ja zaś nie miałem najmniejszej wątpliwości co do tego. Oni właściwie już od dawna pracowali jako diakoni, bo tak faktycznie ich pełna służby postawa mogłaby być rozpoznana. Pedro jest budowlańcem. Junior zaś mechanikiem. Mają też swoje „specjalizacje duszpasterskie”. Junior od lat poświęcał się w pastoral do batismo, czyli katechezie przed chrztem. Oprócz tego towarzyszy grupom młodzieży i ministrantów. Pedro zaś najbardziej zaangażowany był w administrację wspólnot oraz w duszpasterstwie rodzin.

Uroczystość święceń diakońskich mieliśmy skromną, ale w swej prostocie przepiękną. Jako wspólnota parafialna przeżywaliśmy ją wyjątkowo głęboko. Ksiądz biskup mówił o charyzmacie służby a ja marzyłem, że może za jakiś czas Pan Bóg da nam ponownie coś takiego przeżywać, ale że będą już to święcenia prezbiteratu jakiego naszego parafianina. No cóż, jak na razie jedno wiem, że jeszcze dużo o to musimy się modlić.

 

Rekordy pobite...

paderewskigrzegorz
http://www.tvn24.pl/ciekawostki-michalki,5/marcin-gienieczko-z-sukcesem-zakonczyl-energa-solo-amazon-expedition,575429.html

Marcin Gienieczko

paderewskigrzegorz

Manaus, 26.08.2015

Pod koniec lipca zatrzymał się u nas polski podróżnik pan Marcin Gienieczko. Przypłynął sobie w canoe. Może nie byłoby w tym nic niezwykłego, ale on tym swoim canoe do nas przybył z Peru, prawie od źródeł Amazonki.  Kim jest ten dzielny Polak? Na jednej z jego stron internetowych można przeczytać, że jest dziennikarzem, fotografem i podróżnikiem specjalizującym się w sportach ekstremalnych. No cóż, dla mnie to, co robi jest rzeczywiście wyjątkowo ekstremalne. Nawet nie umiem sobie wyobrazić jednego dnia takiego wiosłowania w canoe. Dla niego zaś to najwyraźniej rozrywka. Kiedy w Manaus dopłynął do Hotel Tropical na Ponta Negra, to sobie po prostu wyskoczył ze swej łódki i, jakby nigdy nic przez ponad godzinę rozmawiał z dziennikarzami, udzielił kilku wywiadów i pozował do zdjęć. Za sobą miał wówczas 4200 km. I 55 dni wiosłowania. Potem mi opowiadał nieco o swoich innych wyczynach Te też zupełnie przechodzą jakiekolwiek moje wyobrażenia o przygodzie, nawet tej ekstremalnej. A czego już dokonał? Przepłynął pontonem największą rzekę Alaski Jukon (3100 km), a w canoe cały system rzeczny Mackenzie (4000 km) oraz syberyjską rzekę Lenę (4328 km). Przeszedł góry Mackenzie (350 km). Przebył na nartach w temperaturze – 53° C rzekę Kołyma (600 km). Na rowerze przemierzył Australię – z Północy na Południe, a na wielbłądach pustynie Saharę. Czy można jeszcze coś dodać? Bez wątpienia pan Marcin dopisze do tej listy jeszcze wiele innych niezwykłych osiągnięć. Na razie jednak jest jeszcze na Amazonce. Kiedy piszę te słowa ma już za sobą 6400 km, znajduje się za miejscowością Tere, za ujściem rzeki Jucara. Pewnie za cztery, pięć dni dopłynie do Belem. Potem zaś ma zamiar ostatnie 200 kilometrów przebiec osiągając w ten sposób Atlantyk.

Wyprawa Marcina jest bardzo niebezpieczna. Wspominał, że w Peru do niego strzelano. Przepływał bowiem przez tereny Indian, którzy nie zawsze są przychylni jakimkolwiek podróżnikom. To właśnie na rzece Ukajali, którą też płynął nasz podróżnik, w maju 2011 roku zostali zamordowani polscy kajakarze Celina i Jarosław Frąckiewiczowie, małżeństwo z Trójmiasta.  Byli bardzo doświadczonymi podróżnikami. Kajakami pływali razem ponad 20 lat. Pokonali wspólnie rzeki m.in. w Egipcie, Indiach, Turcji, Kanadzie, Hiszpanii i Portugalii. Zostali zamordowani przez Indian, którym chyba przeszkadzało to, że zatrzymali się w pobliżu ich wioski na noc. Ciała polskich podróżników zostały wrzucone do rzeki, a część z ich rzeczy później znaleziono w jednej z chat indiańskich. Gienieczko przepływał też w Peru przez tereny, gdzie uprawia się w ogromnych ilościach kokę. Oczywiście nie na herbatkę, ale do produkcji kokainy. A to już chyba nie wymaga żadnego komentarza. Oczywiście nie były to jedyne niebezpieczeństwa, jakie czyhały na naszego podróżnika. Tropik to przecież bardzo ciężki klimat, częste deszcze, niebezpieczne rzeki, jadowite węże, piranie, krokodyle. Chociaż pewnie najbardziej dokuczały mu komary i muszki. Teren Brazylii też nie jest bezpieczniejszy. Wielką plagą tutejszych rzek są piraci. To właśnie w sumie w okolicach Manaus został aż dwa razy napadnięty, też w 2011 roku, inny polski słynny podróżnik Aleksander Doba. On sam tak opisuje pierwszy napad: „Gdy płynąłem dalej sam i minąłem wioskę wypływając na szerokie wody Solimoes dopłynęli do mnie „przyjaciele” na szybkiej motorowej lodzi. Było ich pięciu. (…) wyjęli karabin i maczety i mówili – płyniemy razem do brzegu. Tam nie chcieli bym otworzył luki, lecz walili po nich maczetami, linki też przecięli maczetami. Zaczęli walić maczetami i wiosłem po kajaku wtedy prosiłem, by go nie niszczyli. Kazali mi wysiąść na brzeg a sami rabowali kajak przez trzy godziny. Co chwile mierzyli do mnie z karabinu i wymachiwali maczetą. Ja zachowywałem się spokojnie, by ich podniecenie i radość z rabunku nie przeniosła się bardziej na mnie. Do otwierania brutalnego wszystkiego używali maczet. Cześć rzeczy wyrzucali do wody; gdy próbowałem protestować – jeszcze bardziej robili mi na złość.”

Stąd właśnie Marcinowi Gienieczce od granicy aż do Manaus towarzyszyła eskorta marynarki wojenne. Potem wraz z nim płynęli policjanci z Manaus. Niestety, mimo ogromnych starań ambasady polskiej i polskiego konsula honorowego z Manaus, nie udało się zapewnić takiej eskorty na całej jego trasie. Mam nadzieję, że jednak podróż Marcin Gienieczko odbędzie bezpiecznie i żaden tego typu wypadek nie przeszkodzi mu w pobiciu rekordu Guinnesa  w pokonaniu w canoe trasy pomiędzy oceanami. Mówił nam tutaj, że codziennie śpiewa sobie Barkę. Jest człowiekiem bardzo wierzącym. To zaś jest przecież najważniejsze. Ufam, że wiara da mu siłę, aby zmierzyć się z każdym niebezpieczeństwem i pozwoli mu ze wszelkich opresji wyjść cało i zwyciężyć. 

© B R A Z Y L I A
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci