Menu

B R A Z Y L I A

Pogrzeb.

paderewskigrzegorz

Nossa Senhora dos Remedios, 21. 10. 2004 r.

Rano, jak wychodziliśmy na poranną Mszę Świętą, przyjechał na rowerze ze swojej wioseczki nasz katecheta João Batista. Okazało się, że wczoraj późnym wieczorem w jego miejscowości zmarł jakiś człowiek. Przybył prosić, byśmy pojechali odprawić Msze w intencji tego zmarłego w jego chacie. Normalnie pogrzeb tutaj odbywa się w wielkim pośpiechu i raczej nikt nie myśli o Mszy Świętej. Rodzina chowa swojego zmarłego jeszcze tego samego dnia, albo, jeśli zmarł wieczorem lub nocą, to pogrzeb odbywa się dnia następnego. Jeśli taki człowiek jest przez noc w domu, to gromadzą się tam dosłownie wszyscy i opłakują zmarłego. Kiedy zajechaliśmy do Riacho da Mata to zastaliśmy w chacie zmarłego zgromadzoną całą wioseczkę i nawet mieszkańców dalszej okolicy. Zmarły leżał w trumnie, co oznacza, ze był nieco bogatszy. Często nie używa się trumien i zmarli są chowani w hamaku, albo od razu do ziemi. Zmarłego ubrano na biało, w białą koszulę, spodnie i skarpetki. Był też związany sznurem. Jeszcze nie rozwikłałem tej zagadki. Ksiądz Kazimierz mówił, że to wszystko, nawet pragnienie tych ludzi, byśmy odprawili tam Mszę Świętą, jest związane z przesadami. Jak się rodzina ( albo też cała wioska, znajomi, przyjaciele) nie pomodli, to zmarły będzie im szkodził w dalszym życiu. Pewnie ma racje, już dwa lata jest w tej parafii. Więcej widział, więcej doświadczył, więcej też wie. Raczej odnosił się do tego, co widzieliśmy, z wielkim dystansem. Rzeczywiście wiele rzeczy było bardzo podejrzanych. Od razu bardzo nieautentyczny wydał się nam płacz rodziny. Wszyscy dosłownie szaleli z rozpaczy. A już jedna niewiasta, a wcale nie była to żona zmarłego, szczególnie w swych lamentach zwracała naszą i całego otoczenia uwagę. Modlić się w tych warunkach było trudno, więc Kazimierz wszystkich zdecydowanie uciszył mówiąc, co o tym myśli. Przez chwilę miałem obawę, że nas zlinczują, ale się od razu wszyscy uspokoili. Czują tu wielki respekt przed Kazikiem. Potem, jak towarzystwo umilkło, to poszedł za chatę, aby przegonić pijących cachasa mężczyzn. Tych tam było bardzo wielu. Oczywiście, tylko na chwile zamilkli i przestali pić. Jak ksiądz Kazimierz się oddalił, to znów wrócili do swego ulubionego zajęcia. Rozpacz kobiet, przez nas odbierana jako udawana, jest wyrazem przesądu. Rozpaczać trzeba, żeby dać wyraz swej życzliwości wobec zmarłego, aby on nie szkodził po śmierci. Nie wiem, jak rozumieć to picie cachasa. Czy to miałby być męski wyraz rozpaczy?

Generalnie ten cały pogrzeb dal mi wielce smutny obraz pobożności z głębokiego interioru. Już po raz kolejny, a jestem przecież w Brazylii dopiero dwa miesiące, mogłem się przekonać, ile tu jest przesadów, które głęboko wpisały się w tutejszą religijność. Później oglądałem cmentarz. Wyglądał jak śmietnik. Tu zmarłego chowa się w ziemi, często byle jak, a potem prawie nikt nie odwiedza, nie pielęgnuje miejsca pochowku. Po jakimś czasie rodzina (która tak szalała z rozpaczy) nawet nie potrafi pokazać miejsca, gdzie swego zmarłego pochowała.

Pięknym wyrazem pamięci o zmarłych, niestety u bardzo nielicznych, jest Msza Święta zamawiana siódmego dnia po śmierci. W sumie stanowi ona faktyczny pogrzeb, bo dopiero wtedy zdążą przyjechać wszyscy z rodziny. Niektórzy też proszą o odprawienie takiej Mszy w miesiąc po śmierci. Nawet wtedy niektórzy wydają taki okolicznościowy obrazek ze zdjęciem zmarłego, jakimiś jego słowami, albo po prostu z pobożnym tekstem z Pisma Świętego.

Ktoś może sobie pomyśleć, że skoro tak wiele w tej pobożności brazylijskich biedaków jest przesądów, to powinno się ich traktować bardziej surowo. Ksiądz Kazimierz jest zdania, że każda taka sytuacja jest najlepszą sposobnością na katechezę, na pouczenia. Ufa, że tylko tak będzie mogła się zmieniać mentalność tych ludzi, ich sposób myślenia i złe przyzwyczajenia.

O katechetach jeszcze jedno słowo.

paderewskigrzegorz

Nossa Senhora dos Remedios, 17. 10. 2004 r.

Wczoraj mieliśmy cudowną sobotę. Najpierw pobudka o czwartej rano. Właściwie to nie musiałem się budzić, bo całą noc jakieś zwierzaki szalały w krzakach wydając takie głosy, że trudno było oko zmrużyć. O piątej ruszyliśmy z procesją do figurki Matki Bożej, jaka stoi przy wjeździe do miasta. Tak właśnie swoją siódmą rocznicę istnienia obchodziła tutejsza grupa młodzieżowa. Przy figurce, o świcie, była Msza Święta, a potem śniadanie. Po śniadaniu ruszyliśmy od razu do interioru, do Capivara. Jak tam zajechaliśmy, to ksiądz Kazik doznał szoku, bo tamtejsza wspólnota odmieniła się zupełnie. Wyremontowali kaplicę, pomalowali ją i zrobili nowa podłogę. Przyszło bardzo dużo ludzi, byli nawet mężczyźni, co jest zjawiskiem bardzo rzadkim. Na dodatek wszyscy w skupieniu uczestniczyli we Mszy Świętej. Przed nią Kazik surowo egzaminował wyglądające na bardzo przestraszone dzieciaki, które przygotowują się do pierwszej Komunii Świętej. Postrzegane przez księdza Kazika, jako bardzo radykalne, zmiany w Capivara zdarzyły się za sprawą jednej katechetki o imieniu Iracema. Okazuje się, że jedna gorliwa osoba może pozmieniać w takiej wspólnocie bardzo wiele. Ona nie tylko uczy tutejszych mieszkańców religii, ale także życia. Iracema, oprócz swojej katechetycznej działalności, wszczęła kampanię przeciwko alkoholowi. Poziom rozpicia tutejszych ludzi jest doprawdy straszny. Zdaje się, że już nic nie można uczynić, aby temu zapobiec. Postawa katechetki z Capivara budzi na szczęście wielkie nadzieje!

Katecheci.

paderewskigrzegorz

Nossa Senhora Dos Remédios, 12. 10. 2004 r.

Już na pierwszy rzut oka widać, że jedną z bardzo ciekawych posług w brazylijskim Kościele jest ta, którą sprawują katecheci. Wydawać by się mogło, że cały ciężar przekazywania wiedzy religijnej spoczywa właśnie na katechetach. Ksiądz nie ma najmniejszych szans, by się tym zająć sam. Jeszcze jakoś obejmuje wszystko w samym mieście, gdzie jest główny kościół, chociaż i tak bardziej jest to ograniczone do nadzoru nad katechetami, którzy prowadzą różne grupy i katechezy. W interiorze natomiast jest to już zupełnie niemożliwe. Ksiądz w tych oddalonych wspólnotach bywa raz na dwa, trzy miesiące. Katechetami są tam pobożniejsze osoby, które ze szczerej chęci, jako wolontariusze, chcą nieco swej wiedzy i gorliwości religijnej przekazać innym. Katecheci uczą modlitw, pieśni, zachowania i postaw podczas mszy świętej. Zdarzają się też nieco bardziej zaawansowane przypadki. W diecezji Campo Maior jest sporo katechetów, głównie młodych ludzi, którzy wyszli z formacji oazowej. Do tego dołączone zostały jeszcze jakieś krótkie kursy teologiczne, biblijne, katechetyczne, liturgiczne, śpiewu... Po miastach nie jest jeszcze tak źle z poziomem katechez, ale po wioskach w interiorze jest bardzo słabo. Ogólnie trzeba przyznać, że gorliwość i wiara tych osób, które podjęły się pracy katechetycznej, są wielkie. Jest to bardzo budujące. Na przykład nadziwić się nie mogę, i jednocześnie bardzo mnie to ujmuje, jak patrzę na pewnego katechetę z Riacho do Mato. Nazywa się Jăo Batista, ma 24 lata, pracuje na polu. Do głównego kościoła ma 10 kilometrów. A jest prawie na każdej Mszy Świętej w głównym kościele, chociaż rano są one o 6, a wieczorem o 19.30. Zawsze jedzie nocą rowerem po lesie. Jest to chyba bardzo trudne, bo droga wygląda tak, jakby była korytem wyschniętej czasowo rzeki. Na dodatek z wielka gorliwością prowadzi katechezy przed chrztem, nie tylko zresztą w swojej wioseczce, ale też w jeszcze jednej, sąsiedniej. Podobnych przypadków jest tu kilka i dla księdza są one znaczną pomocą. Bez pracy tych ludzi, często bardzo ubogich i prostych, trudno sobie wyobrazić prace misjonarza. Niekiedy już jeden katecheta lub jedna katechetka może zadecydować o całej wiosce. Okazuje się, że mają oni głęboki wpływ na życie takich wspólnot. Często mieszkańcy zagubionych w interiorze i zapomnianych przez świat wioseczek zawdzięczają im bardziej ludzkie, a przez i bardziej Boże oblicze swojej egzystencji. 

Msza sprawowana przez księdza Kazika w szkole w Riacho do Mato. Pierwszy od prawej to właśnie Jão Batista - wspomniany we wpisie katecheta.

Pierwsze dni, tygodnie...cd.

paderewskigrzegorz

Na początku, przez tydzień, byłem właśnie tam, w domu księdza biskupa. Przez ten czas aklimatyzowałem się i załatwiałem dokumenty stałego pobytu, co jest dosyć skomplikowaną operacją. Musiałem wypełnić stosowne dokumenty, pobierali mi też odciski palców. Jak kryminaliście! Tutaj jest taka ciekawa sprawa, że na dowodach osobistych umieszcza się odciski palców. Czy to dla bezpieczeństwa, czy z nowoczesności, tego nie wiem. Ktoś mi wyjaśniał, że to dla tego, iż dużo ludzi tutaj nie potrafi czytać i pisać. Potem odciskiem palca mogą się podpisać i porównuje się to z dowodem tożsamości. W stanie Piauí aż 60 procent ludzi, którzy są poza obowiązkiem szkolnym, nie potrafi czytać i pisać. Kilka razy byłem świadkiem, jak ksiądz Kazimierz błogosławił związek małżeński, i potem małżonkowie podpisywali się na dokumencie właśnie odciskiem kciuka.

Będąc w Campo Maior jeździłem z księdzem biskupem w teren. Też uczestniczyłem w święceniach kapłańskich. Tutaj święcenia są wielką rzadkością. Była to wiec festa dla całego miasteczka. Święcenia odbywały się w parafii pochodzenia neoprezbitera, na rynku, w nocy. Bo za dnia jest za gorąco. Wszystko było tak, jak w Polsce, bo przecież jest to ten sam Kościół. Ale było też bardziej skromnie, bardziej serdecznie. Sam wzruszyłem się ogromnie, zwłaszcza wtedy, kiedy po modlitwie konsekracyjnej neoprezbiter założył ornat i zgromadzeni ludzie przywitali go oklaskami i wielkim aplauzem, a on zapłakał serdecznie, ze szczęścia. Wyjaśniano mi potem, że tutaj droga do kapłaństwa jest o wiele dłuższa i bardzo trudna. Z takich nowości, różnych od polskich obyczajów, to było to, że na koniec neoprezbiter nie wygłosił podziękowań, tylko kazanie. A ponieważ jest on fascynatem ruchu oazowego, więc właśnie było ono o tym. Skąd polski ruch oazowy w tym miejscu? Właśnie ksiądz biskup Edward Zielski od wielu lat prowadzi oazy na ziemi brazylijskiej. On też jest wielkim i gorliwym apostołem orędzia Bożego Miłosierdzia.

Teraz jestem na mojej praktyce misyjnej. Mam ją u księdza Kazika. Miasteczko, w którym mieszka i pracuje nazywa się Nossa Senhora dos Remèdios, co oznacza „Najświętsza Maryja Panna od lekarstw”. Pewnie dla tego, że czczona tutaj Matka Boża słynie ze wstawiennictwa w chorobach.

 

Wnętrze kościoła w Nossa Senhora dos Remédios.

Jak wygląda nasz dzień tutaj? Bardzo zwyczajnie, prosto i zarazem malowniczo. Jak nie wyjeżdżamy do interioru, to mamy msze rano, o 6.30 lub o 19.00. A w między czasie różne zajęcia parafialne. To znaczy Kazik ma te zajęcia, ja mu tylko we wszystkim towarzyszę. A rankiem, kiedy jeszcze nie ma wielkiego upału, uczę się języka. Wieczorami zaś jeżdżę na rowerze do szkoły na drugą część moich zajęć językowych.

Interior to w tutejszym znaczeniu tyle, co nasza wieś. Pojęcie może oznaczać kilka zjawisk czy sytuacji. Na przykład może to być wnętrze Brazylii, w przeciwienstwie do wybrzeża. Wybrzeże obfituje w miasta, jest w miarę bogate. Generalnie to wybrzeże Brazylii jest znane w świecie, ale to bardzo mały procent ludzi i kraju. A interior, wnętrze kraju, jest bardzo zacofane i biedne. Bez prądu, dróg, telefonu i, co nikogo nie powinno dziwić, zasięgu sieci komórkowych. Także z bardzo znikomym szkolnictwem, opieką medyczną i ochroną prawną. Drugie znaczenie słowa interior to po prostu wieś, w przeciwieństwie do miasta.

Parafie tutaj są tylko po miasteczkach. To, w którym jestem, ma 2 tysiące mieszkańców. A poza miasteczkiem jest właśnie interior. Cała zaś parafia ma około 10 tysięcy mieszkańców. W miasteczku jest prąd, ale bardzo słaby. Często go brakuje wieczorami, a czasami nawet przez kilka dobrych dni z rzędu. Można też powiedzieć, że nie ma drogi, bo to, co jest, z trudem ją przypomina. Na przykład do najbliższego asfaltu mamy 50 kilometrów. Aby do niego dotrzeć, trzeba jechać trzy godziny po strasznych dziurach, piachu, a w razie deszczu – po błocie. Wszyscy, którzy chcą doświadczyć sytuacji ekstremalnych, powinni do nas przyjeżdżać. Plusem jest to, ze nikt nie przekracza dozwolonych prędkości.

Dwa - trzy razy w tygodniu jeździmy do interioru. Wyjeżdża się wcześnie rano, by uniknąć upału. Po jakimś czasie, w zależności od sytuacji, dojeżdżamy do jakiejś kaplicy, szkoły lub najzwyczajniej chaty, do której z najbliższej okolicy schodzą się ludzie. Jest katecheza, spowiedź, Msza święta, chrzest, ślub… To, co trzeba. Bardzo malowniczo to wygląda. Jest to jednocześnie dosyć meczące, bo kurz, upał i droga z wybojami robią swoje. W miasteczku już wszędzie dostrzegalna jest bieda, ale dopiero doświadcza się jej w interiorze. Zastanawiam się jak ci ludzie żyją. Może oddalenie od cywilizacji, która wymusza na ludziach konsumpcję, ułatwia przeżycie przy minimalnych środkach? W ciągu dnia docieramy do dwóch lub trzech takich punktów. Niekiedy na wieczór nie wracamy do miasteczka, bo jest za daleko. Śpimy właśnie w interiorze. Drugiego dnia znów odwiedzamy dwa, albo trzy takie miejsca. Sa to prawdziwe misyjne wyjazdy.

Podczas jednej z wypraw do interioru.

Podczas jednej takiej wyprawy do interioru mieliśmy niezwykłą przygodę. Oto zajechaliśmy do pierwszej na ten dzień, znacznie oddalonej od miasteczka kaplicy. Do swego domu zaprosiła nas katechetka. Przygotowała dla nas wodę w misce i ręcznik. Po godzinnej jeździe w pyle wygląda się jak górnik po wyjściu z kopalni. Ksiądz Kazik zabrał się do mycia twarzy. Kiedy ją wycierał, to zgromadzone wokół nas dzieci zaczęły krzyczeć. Okazało się, że kiedy ręcznik leżał na glinianym murku, to w nim schroniła się tarantula (Właściwie to carangajeira, ale chyba to nie robi wielkiej różnicy). Kazik, jak wycierał się, to przycisnął ja sobie do twarzy. Wstrętne i bardzo niebezpieczne. Na szczęście nic mu nie zrobiła. Zdaniem tych ludzi był to istny cud, bo normalnie kontakt z włoskami tego pająka powoduje poparzenia jak po zatknięciu się z ogniem. Koniec tego pająka był straszny. Został oblany benzyną i podpalony. Żywcem! Na nic zdziałały nasze protesty! Zdaniem miejscowych tylko w taki sposób trzeba było z nim postąpić.

Pierwsze dni, tygodnie...

paderewskigrzegorz

Nossa Senhora dos Remédios 3.09.2004.

 

W końcu mam dostęp do Internetu. Wprawdzie bardzo utrudniony, ale jest. Do Brazylii przyjechałem 12 sierpnia 2004 roku. Dzisiaj jest trzeci września. Minęły wiec już trzy tygodnie. To z jednej strony sporo czasu, bo wrażeń jest bardzo wiele, ale też i mało, bo nieustannie wszystko przypomina mi, że są to moje początki.

Jeszcze w Warszawie, w ostatnich minutach mego pobytu w Polsce, spotykały mnie same mile niespodzianki. Z chojnickiej grupy pielgrzymkowej, z którą chodziłem na Jasną Górę siedem razy, przyjechała pożegnalna delegacja, która przywiozła mi koszulkę pielgrzymią z podpisami bardzo wielu uczestników. Siedziałem potem w samolocie i ze wzruszeniem odczytywałem znane mi imiona i nazwiska. Teraz wisi ta koszulka w moim pokoju na haku od hamaka. Kiedy ja, już trzynastego sierpnia, dojeżdżałem do Campo Maior, dostałem sms, że moja grupa pielgrzymkowa właśnie wchodzi na Jasną Górę. Tak oto kończyły się nasze pielgrzymie drogi. Też do Warszawy na lotnisko przyjechała pożegnać mnie pewna rodzina z Chojnic. Zrobili mi w ten sposób niezwykły prezent reprezentując całą parafię, w której pracowałem przez cztery lata.

Latanie samolotami jest proste. Tak, jak wcześniej martwiłem się, czy poradzę sobie z przesiadkami, bo w sumie leciałem czterema samolotami, to później sam się śmiałem ze swoich obaw. Jak dolecialem do São Paulo, po dwunastu godzinach lotu z Frankfurtu, to okazało się, że w tej tropikalnej Brazylii jest dosyć zimno. Umieszczony na lotnisko termometr pokazywał zaledwie dziesięć stopni Celsjusza. Była wprawdzie piąta rano, ale w ciągu dnia wcale się nie ociepliło. Bogu dziękowałem, że nie posłuchałem jednego mojego kolegi, i zabrałem sweter i koszulę z długimi rękawami.

W São Paulo miałem czekać aż do wieczora na przesiadkę do Brasilii, ale oto spotkała mnie kolejna niespodzianka. Przy wyjściu z międzynarodowej części lotniska czekał na mnie długowłosy olbrzym z wielką plansza, na ktorej napisane miał słowa:  "ksiunc Gzegoz Paderuski" . Przez moment patrzyłem na to zdezorientowany, osłupiały, ale on, widocznie poinformowany o moim wyglądzie, dopadł mnie i powiedział, że właśnie na mnie czeka. Okazało się, że poprzez cały ciąg znajomych, pewien ksiądz z mojej diecezji załatwił mi przechowalnię w São Paulo. Nieznajomy z lotniska okazał się księdzem ze Zgromadzenia Misjonarzy Wincentego A'Paulo. Nazywał się Sylwester Grzybowski i zabrał mnie do siebie. Trochę mówił po polsku. Pochodził z rodziny, która cztery pokolenia już mieszka w Brazylii. Nakarmił mnie, pozwolił się umyć i odpocząć. Pierwszy raz byłem w São Paulo. Właściwie to widziałem tylko ulice. Byłem pod silnym wrażeniem tego, co na nich się dzieje. Ruch na drogach i sposoby jazdy są trudne do opisania. Nawet najbardziej „kaskaderskie” filmy nie są w stanie oddać atmosfery z ulicy w São Paulo. Po południu odwiózł mnie na lotnisko i ruszylem dalej, przez Brasilię, do Teresiny. A w Teresinie kolejna miła niespodzianka. Na lotnisku czekał na mnie ksiądz biskup Edward Zielski, ksiądz Kazimierz Okrój (z mojej starej, pelplińskiej diecezji), ksiądz Franciszek Czap, ktory przyjechal z Gdanska na urlop do księdza Kazika, i ksiądz Mirosław Rietz (też z mojej diecezji). Powitali mnie chlebem (właściwie bułką), solą, wodą i coca colą. A Kazik Okrój był ubrany w koszulkę z wielkim Godłem Polskim. Było serdecznie. Potem długa droga do Campo Maior, gdzie dotarliśmy około trzeciej w nocy. W Terezinie przywitał mnie też tropik ze swom upałem i dziwną, oblepiającą człowieka wilgocią.

© B R A Z Y L I A
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci