Menu

B R A Z Y L I A

Oaza i burze.

paderewskigrzegorz

W drugiej połowie stycznia zostałem w Nossa Senhora dos Remédios zupełnie sam. Ksiądz Kazik pojechał prowadzić rekolekcje oazowe do miejscowości Jatobá, w pobliżu Campo Maior. W innym miejscu, w Coivaras, podobne rekolekcje miał sam ksiądz biskup.

 

Ruch oazowy został przeszczepiony przez księdza biskupa Edwarda Zielskiego  z Polski na grunt brazylijski i, jak na razie, rozwija się wyśmienicie. Wszystko wprawdzie ograniczone jest przez brak funduszów, ale i tak jakimś cudem w tych rekolekcjach bierze udział coraz większa liczba młodzieży. Aby ona mogła w tej formacji uczestniczyć, trzeba jej dosłownie zafundować wszystko – dojazd i pobyt, Pismo Święte, zeszyt do notatek, itd. Inaczej nikogo nie byłoby stać na taką wyprawę. Stąd część pieniędzy, jaka do nas dociera  jest przeznaczana właśnie na ten cel. Na pewno są to wyjątkowo dobrze zainwestowane pieniądze. Młodzież ta jest później dla parafii przeogromnym skarbem. Tutaj w Kościele są obecni albo bardzo już leciwi ludzie (właściwie niewiasty tylko, bo mężczyźni zdecydowanie daleko stoją od wszystkiego, co jest związane z religijnością, uważając to za mało “męskie”, albo właśnie bardzo młodzi. Jak tak patrzę na obecnych na Mszy świętej w niedziele, to z jednej strony przypominają mi się te wszystkie powiedzenia moich dwóch księży proboszczów z Polski, którzy zgodnie twierdzili, że na starszą generacje to zawsze w Kościele można liczyć, a z drugiej strony powraca do mnie to wielokrotnie powtarzane prze Ojca Świętego zawołanie do młodzieży, że ona jest przyszłością Kościoła. Kościół brazylijski ma różne metody pracy z młodzieżą, najbardziej są one wcielane w życie na południu. Natomiast cała północ ciągle jest pogrążona w cieniu zapomnienia i właściwie zaniedbana duszpastersko, często po prostu przez brak księży. Stąd działalność księdza biskupa, a wraz z nim kilku innych księży z Polski (na przykład w sąsiedniej, gigantycznych rozmiarów diecezji Parnaíba podobną działalność prowadzi ksiądz Szczepan Mitrus pochodzący z Polski z diecezji łomżyńskiej ) jest tu wielce potrzebna. Na dodatek okazuje się, że Oaza wcale nie kłóci się z tutejszymi realiami. Nic w tym dziwnego, bo przecież chodzi w Oazie tylko o Ewangelizację i formację religijną, a ta jest przecież w całym Kościele jednakowa.

 

 

Wracając do tematu powtórzę tylko, że w Senhora zostałem zupełnie sam. Miałem do poprowadzenia i zakończenia festejo w jednej z dzielnic naszego miasta. Często używam tego słowa, ale jednocześnie chyba nieco wprowadzam czytelnikow "W Rodzinie" w błąd. Bo w Polsce, jak się czyta określenie “miasto”, to od razu ma się konkretną wizję przed oczyma, która określa jakość i rozmiary opisywanego miejsca. Tutaj jest trochę inaczej z miastami. Oczywiście są one, nawet bardzo licznie rozsiane, zwłaszcza wzdłuż wybrzeża Oceanu. Niektóre nawet, jak na przykład São Paulo i Rio de Janeiro zaliczane są do największych miast na świecie. Nie mniej miastem jest tutaj taka miejscowość, która jest siedzibą municipium. Aby było miasto musi być ono siedzibą municipium. Aby jakaś miejscowość mogła się stać siedzibą municipium, czyli właśnie miastem, musi spełnić jeden podstawowy warunek. Powinna posiadać kościół i plac, rynek. Stąd niektóre tutejsze miasta maja 12 milionów mieszkańców, niektóre zaś tylko kilkuset. Niekiedy nawet dochodzi do bardzo komicznych sytuacji, kiedy to dosłownie w szczerym polu (a znaczne obszary interioru brazylijskiego to w sumie pustynia, która dopiero w porze deszczowej zamienia się w zielone pastwiska) stoi na siłę wybudowana kaplica i porzucane w nieładzie czerwone kamienie wytyczają zarys placu ”miejskiego”. W takich właśnie miejscach, a jak obserwuję, jest ich wiele, nie chodzi wcale o doskonalenie lokalnych samorządów, ale o wyłudzenie od państwa pieniędzy na pensje dla prefekta, wice prefekta, radnych i tak dalej...

 

Chcę jednak powiedzieć, że Nossa Senhora dos Remedios jest zdecydowanie miasteczkiem, które niespodzianie wyłania się prawie na końcu bezdroża (bo dalej to już jest tylko miasto Porto i rzeka Parnaíba), na skraju pięknego lasu palmowego, zamieszkanym przez 2 tysiące mieszkańców. Jest siedzibą municipium obejmującym około 7 tysięcy ludzi. W centralnym miejscu znajduje się przepiękny, zbudowany w pierwszej połowie XIX wieku kościół, fundowany przez potomków jednych z pierwszych portugalskich osadników w tych rejonach, dostojną i słynną w Brazylii rodzinę Castelo Branco. Po dzień dzisiejszy stoi jeszcze ich prastary dom. Wprawdzie oni sami już mieszkają w Teresinie (tylko 180 km), São Paulo (50 godzin jazdy autobusem non stop), Rio i Brasilii, to pamięć o tej rodzinie w miasteczku jest ciągle żywa.  Jest poczta (chociaż pan z poczty uporczywie odmawiał przyjmowania listów do Polski, twierdząc, że nie jest możliwe, by one dotarły do tak małego i dalekiego kraju, jak Polska), mały szpitalik (o jego niecnej i bezbożnej działalności może jeszcze kiedyś napiszę), kilka solidniejszych domów i parę sklepów. Tutejsze sklepy bardziej przypominają nasze garaże. Ich najczęstszym asortymentem jest olej, mąka z tapioki, kukurydza, fasola, sól, zapałki i cukier. A także cachasa!

Poza tym są liczne wręcz lepianki, o wyglądzie zdecydowanie mniej miejskim. Domy rozsiane są w pobliżu kościoła oraz w kilku bairros, czyli dzielnicach. Każda dzielnica ma swoją kaplice i odpust, czyli festejo. Właśnie takie małe festejo, ku czci świętego Sebastiana miałem kończyć. Każdego dnia rano Msza, późniejszym zaś wieczorem nowenna z katechezą. A po nowennie leilão, czyli licytacja przyniesionych przedmiotów, z której to cały dochód przeznaczony jest na utrzymanie tej kaplicy. Katechezy w tym roku, jak przystało na Rok Eucharystyczny, poświecone były właśnie Eucharystii. Ksiądz Kazik taki temat wybrał, a ja potem musiałem głowić się, jak taką katechezę opracować, a potem wygłosić. Do dzisiaj mam wątpliwości, czy coś z tego mojego mówienia było dla tamtych ludzi zrozumiałe. Wprawdzie twierdzili, że tak, ale podejrzewam, że przez grzeczność.

 

A po festejo miało być już cicho i spokojnie. Tymczasem...przyszedł deszcz. O tej porze jest on tutaj rzeczą normalną. Jednak po kilka dniach nieco deszczowych na przełomie roku zapanowała znów upalna i sucha pogoda. To takie anomalie brazylijskie. Tu, gdzie miało padać, nie padało, a tam, na południu kraju, gdzie miało być ciepło i słonecznie, leje niemiłosiernie. To oczywiście wprawiało w smutek i zmartwienia tutejszych rolników. Nie wiedzieli, czy siać tę swoją fasolę i kukurydzę, czy nie. Bo jakby posieli, a nie będzie deszczu, to wszystko się zmarnuje. A jak nie posieją, a deszcz przyjdzie, to potem już nic nie zrobią, bo w wypalonym miejscu zacznie tak szybko wyrastać las, że oni nie zdąża go wycinać i też cały zasiew się zmarnuje zagłuszony przez inne rośliny. Na szczęście dla rolników którzy jednak zasieli, to co chcieli, a na nieszczęście dla mnie, deszcz w końcu przyszedł. Piszę "na nieszczęście", bo będąc sam w domu nagle musiałem stawić czoła tropikalnym burzom, przechodzącym przez Senhora z ulewnymi deszczami i gromami tak mocnymi, że aż strach brał na przemian ze zdziwieniem, że tak może być. Z Polski przywiozłem kurtkę przeciw deszczową. Bardzo dobrą kurtkę przeciwdeszczową. Ktokolwiek ją zobaczył, pytał co to jest. Tutaj każda rzecz do ubioru z Europy wzbudza sensacje. A już takie ubrania, jak kurtka albo sweter, są wręcz hipersensacją. Ludzie widząc coś takiego na filmach i w nowelach z bogatego południa sądzą, że są to znaki bogactwa. Kiedy wyjaśniałem, że to do chodzenia podczas deszczu, to widziałem wielkie zdumienie w oczach ludzi. Pytali; “Padre, chcesz chodzić podczas deszczu?”  Patrzyli na mnie jak na szaleńca. Nie bardzo rozumiałem, czemu tak się ekscytują, ale teraz, kiedy kilka prawdziwych burz tropikalnych za mną, już wiem, że tylko totalni wariaci wychodzą podczas deszczu z dobrego i pewnego schronienia. Bo tutaj z deszczem nie ma żartów. W kilka minut okolica zamienia się w rwące potoki. W miejscu, gdzie wydawało się sucho i wysoko, może się pojawić prawdziwe jezioro. Siła deszczu jest taka, że w dachu potrafi przecisnąć się nawet przez minimalną szparkę skutecznie zalewając dom. A jak wiatr porwie jedną dachówkę , to już nic się nie da zrobić. A najgorszy jest “deszcz poziomy”, kiedy to silny wiatr sprawia, że woda wlewa się jakby pod ciśnieniem przez okno i drzwi. Już po chwili nie bardzo wiadomo, czy coś ratować przed zamoczeniem, czy tylko patrzeć na rozwój wypadków. Jedno i drugie wydaje się bezcelowe. Najbardziej martwiłem się o kościół, tak niedawno odmalowany. Niestety, tam też burze poczyniły znaczne szkody. chociaż wszyscy mnie zapewniali, że to wszystko jest wręcz w tutejszych warunkach nie do uniknięcia, to okropnie było mi żal, że do tych szkód doszło.  Gwałtowne burze, z krótkimi, porannymi przerwami, kiedy to niewinny ranek oszukiwał mnie swym pozornym spokojem i dawał złudzenie, że minęło, co najgorsze, trwały trzy dni. W tym czasie woda zniszczyła drogę, tak, że tydzień byliśmy odcięci od świata. Nie było też prądu, a w końcu zaczęło również brakować czystej wody. O milczącym telefonie już nie będę wspominał.

A po festejo miało być tak spokojnie…

Początki nowego…

paderewskigrzegorz

Już zaczyna się powoli kolejny tydzień stycznia. Oto przed nami niedziela Chrztu Pańskiego. Chociaż upływa szybko czas, to przecież są to początki Nowego Roku. Teraz już 2005. W Sylwestra, pamiętając światowe, czy też tylko polskie obyczaje, oczekiwałem całonocnego szaleństwa. Mogłem się  tego spodziewać po Brazylijczykach, bo ich dotychczasowe zapędy do świętowania z byle jakiego powodu dawały
mi wiele do myślenia. Tymczasem wszystko odbyło się bardzo spokojnie.
Ludzie nie bawili się szaleńczo na ulicy, może nie mają tu takiego obyczaju, a może tym razem bieda przemówiła im do rozsądku. Muszę natomiast stwierdzić, ze Sywester był dniem pełnym małych cudów, które określiłbym mianem technicznych, albo cywilizacyjnych.. Najpierw dla tego, że listonosz przyniósł nam kilka listów z Polski, każdym sprawiając nam wiele radości. A potem, już wieczorem, okazało się, iż prąd jest tak silny, że da się włączyć komputer i nagle zadziałał Internet. Stąd znów można było odebrać, po wielu tygodniach, zgromadzone gdzieś w wirtualnej przestrzeni, cierpliwie czekające maile. Jakby jeszcze tego było mało, to mogliśmy bez problemu tego dnia pooglądać telewizje. Czemu bez problemu? Bo normalnie, z powodu słabego prądu nie da się telewizora uruchomić. Wprawdzie zupełnie mi nie przeszkadza ten brak telewizji, bo i tak byłbym skazany na oglądanie nowel brazylijskich nadawanych przez całą dobę, ale odnotować ten niecodzienny fakt można i trzeba. W telewizji pokazywali tym razem przygotowania do zabaw, jakie miały się odbyć w Rio de Janeiro (na najbardziej znanej plaży świata), w São Paulo (na głównej tamtejszej ulicy) i Brasilii (na placu przed parlamentem). Generalnie wszyscy się prześcigali, by u nich było najgłośniej, najhuczniej, najtłumniej. Największe szanse na pobicie wszelkich rekordów w szaleństwie miało Rio. Tam jednak biadolono, że z powodu anomalii pogodowych (bo zamiast normalnie obecnego tam lata, mieli zimno i deszcz przez kilka ostatnich tygodni) przyjechało wyjątkowo mało turystów. Pokoje w luksusowych hotelach przy alejach samby i w pobliżu plaż, zazwyczaj oblegane przez Amerykanów i bogatych Europejczyków, tym razem stały prawie puste. Nie przyniosą więc spodziewanych dochodów. Jedyną nadzieją byli zgromadzeni na luksusowych statkach wycieczkowych bogacze, że jak zejdą na ląd, to skutecznie zaczną korzystać z przygotowanych uciech. Jakoś nie umiałem zdobyć się
na współczucie z powodu tych lamentów. Patrząc na te wszystkie luksusy i zdrożne wręcz zbytki południowej Brazylii, widziałem jednocześnie biedę wiosek Piaui, zwłaszcza tych mi znanych, ostatnio odwiedzanych. Tak niewiele potrzeba pomocy, aby ogromnie dużo ludzkiej biedy umniejszyć, zapobiec jej, zlikwidować. Nawet ten gest kilkuminutowego milczenia przed północą, jako wyraz uczczenia pamięci ofiar tsunami wydał mi się płaski. Bo jak tu łączyć się z bólem tych ludzi, skoro i tak się czeka tylko, by za moment rozszaleć się i o świecie w tym szaleństwie zapomnieć. A wtedy tak łatwo zapomina się o drugim człowieku. U nas o 21. 00 w Sylwestra była Msza pożegnania Starego Roku. Następnego zaś dnia w całej Brazylii swoje uroczyste objecie urzędów w municypiach mieli prefekci. Stąd tam, gdzie parafie mają proboszczów, bo to nie jest tutaj takie częste, po kościołach odprawiano tak zwane Msze Posse. Tak to, w uroczysty i jednocześnie bardzo pobożny sposób swoje rządy miastem i okolicą zaczął również i nasz prefekt. Ksiądz Kazik w homilii mówił o odpowiedzialności, jaka na nim spoczywa, o powołaniu i obowiązkach. Musze przyznać, że jak na tutejsze warunki, miał bardzo srogie kazanie. Ale powodów do tej surowości poprzedni, na szczęście przegrany, prefekt pozostawił niezmiernie dużo. Trudno pewnie w to uwierzyć, ale były i takie dni, kiedy władze w ograbionym i opuszczonym przez niego mieście wręcz sprawował właśnie ksiądz Kazik czuwając nad jakimś jeszcze ładem i porządkiem. Po tym nowym prefekcie ludzie spodziewają się cudów. Niewiele będzie mógł on jednak na razie uczynić, bo w prefekturze długi, pieniędzy nowych brak, a na dodatek w rożny sposób pokrzywdzeni ludzie wytoczyli prefektowi procesy. Tak tu jest dziwnie, bo za błędy poprzednika będzie odpowiadał właśnie on, jako następca. Nie skarży się bowiem osoby, ale urząd. Takie to zamknięte koło. Na pocieszenie tym, którzy w Polsce są już załamani polityką i politykami dodam, ze polska rzeczywistość polityczna poprzez porównanie do brazylijskiej wydaje się wręcz przykładem przejrzystości i porządku. Wiem jednak, ze w Polsce taka uwaga nikogo nie pocieszy. Już niedługo minie pięć miesięcy mego pobytu w Brazylii. Nowy Rok się zaczął tak niedawno. Można powiedzieć, że też i moja obecność w tym Kościele również ma jeszcze swój początek. Te początki, takie, czy inne,
to zawsze powód do życzeń. Oby tym razem mniej było wśród nas zawodów, a więcej pokoju, spełnienia zamiarów i planów, więcej radości z tego, że coś dobrego się uczyniło. Ufam, że aby tak było wystarczy nadzieję pokładać tylko w Bogu.

Święta Bożego Narodzenia z palmami w tle.

paderewskigrzegorz

„No tak! Teraz to już nikt nie przyjdzie do kościoła!” Taki okrzyk księdza Kazika z nutą rozpaczy w tle, dobiegł mnie w zupełnej ciemności. Właśnie zabieraliśmy się za
odmówienie nieszporów, gdy zgasło światło. Brak prądu to u nas rzecz codzienna, normalna, ale dzisiaj tego zdecydowanie nie chcieliśmy. Oto bowiem cały dzien. ksiądz Kazik z kilkoma aktywniejszymi w parafii osobami sprzątali kościół i przyozdabiali go na Boże Narodzenie. Pojawił się wiec w naszej pięknej świątyni prawdziwy bożonarodzeniowy żłóbek, i to na dodatek znacznych rozmiarów. Jest w nim dokładnie wszystko, co powinno się znaleźć. Siana tylko nie udało się zdobyć, wiec zastąpiły je trociny palmowe. Tutaj pomysłowość księdza Kazika znów okazała się niezastąpiona. W rożnych miejscach rozwieszone zostały kolorowe i migające lampki, określane bardzo ciekawie „pisca-pisca” – co także oznacza samochodowy kierunkowskaz.  Oczywiście nie zawisły one na choinkach, których tutaj nie ma. Ksiądz Marek Król, dzielny misjonarz z Papui – Nowej Gwinei, pisał mi, że zamierza ubrać na Święta bananowca. No, nie jestem pewny, czy to dobry pomyśl. Zresztą u nas bananowce nie są najładniejsze i zdecydowanie nie pachną lasem. Wracając do kościoła, to każdy święty otrzymał nawet nowiuteńki bukiecik kwiatów ( sztucznych, o inne tu bardzo trudno). Wszystko wiec zostało świątecznie posprzątane, udekorowane i przygotowane. Jak te techniczne sprawy już zostały załatwione, to w kościele, mimo popołudniowego upału (normalne nikt w tym czasie nie porusza się nawet, by mu głowa nie eksplodowała z gorąca) odbyła się próba generalna jasełek. Tutejsze dzieci z wielkim zaangażowaniem wcieliły się w role Maryi, Józefa, aniołów (to najbardziej popularna rola, wszystkie dziewczyny chciały ich grac), pasterzy. Nie wspominam o Panu Jezusie, bo Jego „grała” lalka. Wprawdzie miał Go grać kilku - tygodniowy niemowlak, ale ostatecznie stało się inaczej. Tutaj jasełka są bardzo popularne. W ogóle w Brazylii jest tak, że wszelkie wydarzenia religijne są z upodobaniem przedstawiane, niekiedy z wielkim rozmachem. Są nawet słynne z niektórych inscenizacji na cały kraj miasta. Na przykład w naszym rejonie Nordeste takim osławionym z Bożonarodzeniowych spektakli jest Săn Luis, stolica stanu Maranhăo. Oczywiście Nossa Senhora dos Remedios jeszcze nie słynie z jasełek, ale nawet o to nie będziemy zabiegać. 
Tyle przygotowań i wszystko na nic? Obawy księdza Kazika, że z powodu braku światła nikt nie przyjdzie do kościoła mogły się okazać zupełnie zasadne. Już widziałem takie niedzielne Msze, kiedy z powodu braku prądu do kościoła przyszło tylko kilka osób. Tak tu już jest i na razie nic się  nie udaje nam pozmieniać. Na szczęście po dwóch godzinach kroczenia w ciemnościach (to tak, jakby Pan Bóg chciał nam pokazać jak bardzo potrzebujemy tego światła, jakie płynie od Jezusa!) wznowiono dostawę prądu.  Można więc jeszcze było poczynić ostatnie przygotowania i czekać ze spokojem na Mszę. Tutaj nie ma pasterki w takim znaczeniu i oprawie, jak w Polsce, ale w jej miejsce o godzinie 21.00 odprawiana jest tak zwana Missa do galo. Normalnie w wielu innych parafiach jest ona odprawiana o północy, ale w naszej jest ona nieco wcześniej. Taka jest tradycja z czasów, kiedy przybywał tutaj ksiądz z Porto, gdy jeszcze Senhora nie miała swojego proboszcza. Musiał on potem wrócić do siebie, by tam o północy odprawiać te „kogucia pasterkę”. Missa do galo właśnie oznacza „Mszę koguta”, co pewnie ma przypominać o czuwaniu w środku nocy, lub cos podobnego. U nas przed Mszą przedstawione zostały jasełka, wyjątkowo ślicznie, a potem zaczęła się uroczystość na cześć Nowonarodzonego. We Mszy brali udział dwaj nasi diakoni. Tak to podkreślam, bo normalnie jest to zjawisko zupełnie nie znane w Brazylii. Tak mało jest tu powołań. A tu nagle, w tej zagubionej w lesie parafijce, malutkiej i nikomu nie znanej, jest aż dwóch diakonów. Nie będą z nami za długo, bo 30 grudnia odlatują do Manaus na swoja diakońska praktykę. Okazuje się, że do Manaus można się dostać tylko samolotem, w pięć godzin, lub statkiem, w pięć dni. Innych możliwości komunikacyjnych nie ma. Trochę mnie to zdziwiło, bo na każdej mapie widnieje droga do Manaus. Zaznaczono ją dosyć grubą kreską. Od nas nie byłoby nawet daleko. Tymczasem w rzeczywistości jest ona zupełnie nieprzejezdna. A to, że jest na mapie, nikomu nie przeszkadza. To też bardzo charakterystyczna rzecz dla Brazylii – rożne fikcje! A po Mszy, na które nie śpiewa się kolęd, tradycyjnie wszyscy udają się na kolację i zabawę, która trwała przez całą noc, wszyscy bawili się po prostu na ulicy. Oczywiście bawili się nie tylko ci, którzy byli na Mszy. Gdyby tak, to musielibyśmy mieć chyba ze sto kościołów, by ich pomieścić. W porównaniu z Polską to nawet w największe święta mamy tu w kościele słabą frekwencję. My także po Mszy mięliśmy tradycyjną kolację. Tradycyjną w tutejszym znaczeniu. Oznacza to, że mieliśmy indyka, upieczonego na złoto, i wino. To bowiem się tutaj jada i pija w Wigilie. Także, dzięki dobroci pewnej osoby z Polski, mięliśmy opłatek. Połamaliśmy się nim z księdzem Kazikiem. Nauczyliśmy tez tego obyczaju naszych diakonów. A po kolacji, gdy inni nadal świętowali hałaśliwie, próbowaliśmy spać. Trudne było to do zrealizowania, bo tuż za moim oknem trwała festa. Rano bowiem trzeba było się zerwać o świcie, by jechać do Costa, potem do Mocambo. Tam mięliśmy Pierwszą Komunię. W Costa było na nawet sporo dzieci, około 40, w Mocambo natomiast tylko 6. Ta nazwa – Mocambo - oznacza murzyńska chatę. Kiedyś, jak jeszcze było niewolnictwo, kiedy Murzyni uciekali z fazend, to zaszywali się głęboko w lesie tworząc takie małe, zapomniane przez świat osiedla. Teraz ta wioska, w której głównie mieszkają potomkowie takich uciekinierów, jest także zapomniana przez świat i bardzo od ludzi odizolowana. Jest ona dostępna tylko przez pół roku- od lipca do końca grudnia. Poza tym okresem nie da się do niej dojechać z powodu deszczu. Droga najczęściej biegnie dnem riachu - czyli wyschniętym korytem okresowej rzeki. Jak pada, nikt do nich nie dociera i nikt z stamtąd nie przejeżdża. Sądząc po zerwanych mostach i rozmytych przez wodę drogach to czas deszczów jest tu chyba bardzo burzliwy. Ale o tym wkrótce się przekonam, już pewnie za kilka dni. Mszę w tym Mocambo mięliśmy w szkole. Stanowiła ją chata gliniana pokryta liśćmi palmowymi. Generalnie cała wioska to jedna wielka bieda, ale już ta szkoła to była szczególnie nędzna. Przypuszczam, że dzieci w Polsce
nigdy by nie uwierzyły, że w takim miejscu mogą odbywać się lekcje matematyki i portugalskiego (bo polskiego raczej tu nie uczą).  Jeszcze przed naszym wyjazdem z Senhory zadzwonił ksiądz Franek z Gdańska z życzeniami i wieściami z Polski. Prosił też o modlitwę w pewnej intencji, wiec ksiądz Kazik właśnie w Mocambo te modlitwę wielokrotnie do Pana Boga zanosił. Okazało się, że mieszkańcy Mocambo pamiętają doskonale księdza Franka, jak u nich przebywał, więc włączali się do tej modlitwy szczególnie gorliwie. Wieczorem powrót do Senhory i jeszcze Msza w kościele głównym. Gdyby nie jutrzejsza niedziela Świętej Rodziny, to święta miałyby już swój finał. Tutaj świętuje się tylko jeden dzień. Tak właśnie minęły Święta, moje pierwsze w Brazylii!.

Pierwsze Komunie Święte.

paderewskigrzegorz

Pisze mi z Argentyny mój kolega misjonarz, ksiądz Ireneusz Kliche, o swym  zauroczeniu prostota i skromnością tamtejszych Pierwszych Komunii. Okazuje się, ze chyba w całej Ameryce Południowej jest teraz czas na te pierwsze spotkania z Chrystusem Eucharystycznym. Pewnie też i w większości tych krajów są one bardzo ubogie, bo dokładnie takie są też i u nas. Przez cały grudzień, w każdą sobotę i niedziele, jeździmy do różnych wspólnot w interiorze, gdzie dzieci i młodzież, a czasami zupełnie juz dorośli ludzie, przygotowani wcześniej przez katechetów, maja swoja Pierwsza Komunie Świętą. Na początku grudnia mieliśmy  Pierwsza Komunie w Capivara. Było 11 „dzieciaków”
różnego wieku, raczej starsi, niż w Polsce, jedna panna miała 19 lat. Tutaj osoby przyjmujące po raz pierwszy Komunie Świętą nie stroją się w suknie, garnitury, świecące lakierki, itd. Nie ma też tłumu fotografów i operatorów kamer uwieczniających to
ważne wydarzenie. Wszystko odbywa się w wielkiej prostocie, bardzo skromnie, wręcz biednie. Świat jest jakby zupełnie nie zainteresowany tym, co się dzieje. Przyznam, ze wcale mi nie brakuje tego zapamiętanego z Polski przepychu. Pierwsza Komunia
w tej surowej oprawie jest zdecydowanie piękniejsza. Kiedy zajechaliśmy do Capivara to juz wszyscy zgromadzeni czekali na nas w kaplicy. To rzadki obrazek, bo najczęściej schodzą się dopiero, jak przyjedzie ksiądz i narobi hałasu trąbiąc niemiłosiernie samochodowym klaksonem. Do tej pory tak tutaj bywało, ze nie wiedziano kiedy przyjedzie ksiądz. Jak pojawiał się raz na rok, albo i rzadziej, to zatrzymywał się w chacie katechety, a ten chodził po okolicy i zapraszał wszystkich na Mszę. Trwało to z reguły cały dzień, czasem dwa. Teraz wcześniej wyznaczany jest termin i wielokrotnie ogłaszany. Niekiedy nawet posługujemy się radiem, by informować ludzi o Mszach w rożnych wioskach. Okazuje się, że dzięki tej drodze komunikacyjnej za każdym razem ktoś jeszcze się o Mszy dowie i przyjdzie. Przed Mszą jeszcze ostatnie uwagi i wskazówki. Ksiądz Kazik po raz ostatni przypomina najważniejsze wiadomości o Eucharystii i spowiedzi, zwraca uwagę na pewne nieustannie pojawiające się błędy, raz jeszcze wraz ze zgromadzonymi w kaplicy robi rachunek sumienia (przy okazji na to wszystko załapują się wszyscy zebrani, co jest dla nich także ogromnie ważne). Następnie siadamy w cieniu wielkiego drzewa, za kaplicą, by wyspowiadać wszystkich, którzy tego zapragną. Mimo wczesnej pory juz czuć niemiłosierny upał. Ksiądz Kazik spowiada „pierwszokomunistów”, ja pozostałych. Okazuje się, że znalazło się nawet kilku
chętnych. Dzięki Bogu za to, bo w tym rejonie ze spowiedzią jest bardzo słabo. Znikoma jest świadomość grzechu. Pewnie są różne tego przyczyny, a z odkręceniem tej niewłaściwej sytuacji jak na razie radzimy sobie słabo. Tłumów do spowiedzi jeszcze
nie miewamy. Podczas Mszy „dzieci pierwszo komunijne” z przejęciem pełnią
posługę lektorów i kantorow w modlitwie wiernych dziękują za wszystko, zwłaszcza za wiarę, za Kościół Święty, za święte sakramenty i za rodziców. To ostatnie wezwanie zapamiętuję szczególnie boleśnie, bo matka jednego z chłopców przyszła na Mszę pijana i ciągle przeszkadzała urządzając istną tragikomedię. Nadużywanie alkoholu dosłownie przez wszystkich jest wręcz codziennością. Niestety, jest to tutaj kolejny problem, z którym jak na razie nie bardzo wiemy jak sobie radzić.  Po Mszy wszyscy sobie poszli spokojnie do domów, jeden chłopak miał do przejścia pewnie z 5 kilometrów ścieżką przez las. Szedł cały radosny, machał nam jeszcze na pożegnanie wielokrotnie się odwracając. Bywa też i tak, że jak zajedziemy do wioski, to ksiądz Kazik urządza kandydatom do Pierwszej Komunii egzamin. Jest przy tym surowy i wymagający. Nawet jeden raz odłożył Pierwszą Komunię na marzec. Nie bardzo wiem, jak w tym czasie tam
dotrze, bo las w okresie deszczowym jest nieprzejezdny.W jednej wioseczce, gdzie wspólnota katolicka jest szczególnie dobrze zorganizowana, Pierwsza Komunie przygotowano nad wyraz uroczyście i z wręcz przepychem. Było to w Santo
Antonio. Nie mają oni tam jeszcze kaplicy, pewnie jest to kwestia jakiegoś niewielkiego czasu. Msze Święte odprawiane są w szkole. Tym razem szkoła została udekorowana na biało, co miało symbolizować i Eucharystię, i podkreślać wagę całego zdarzenia.
Nawet zadbano o właściwe stroje dla przyjmujących Pierwszą Komunię. Każdy miał koszulkę z wydrukowanym napisem „Pierwsza Komunia, Parafia Nossa Senhora dos Remedios” i umieszczonym poniżej wizerunkiem Pana Jezusa łamiącego chleb podczas
Ostatniej Wieczerzy. Po Mszy natomiast wszyscy jej uczestnicy zostali zaproszeni przez zespól katechetów (bo w tej miejscowości jest ich kilku) na bankiet. Składał się on z
kawałka ciasta zrobionego z mandioca, cukierka i kubka coca-coli. Tutaj napoje tego typu są uznawane za szczególnie eleganckie. Dzieciaki będą przez cale swoje życie pewnie pamiętać, ze tego dnia dostali colę. Próbowałem tłumaczyć, że u nas używa się tego napoju w kłopotach z rozkręceniem jakiś starych mechanizmów, ale chyba nie zostałem zrozumiany. A juz zupełnie nie potrafili pojąć czemu uważałem, że coli nie powinny pić dzieci. Tak wiele można nauczyć się od tych ludzi. Mocy Eucharystii wprawdzie nic na świecie nie może przytłumić, ale człowiek, kiedy troszczy się o zbyt wiele, gubi się i zapomina, że mając Święty Chleb i Wino, ma wszystko.
                      

Nowi diakoni.

paderewskigrzegorz

Na świecenia diakonatu, które odbyły się 12 grudnia w Campo Maior, w uroczystość Matki Bożej z Gwadelupe, także pojechaliśmy. Udało się nam zebrać nawet dosyć znaczną delegację parafialną. W katedrze zgromadziły się rodziny przyszłych diakonów, ich przyjaciele, kilkunastu księży i przedstawiciele parafii. Wyświeconych diakonów było aż czterech. W tym dwóch z naszej parafii. Cała liturgia z jednej strony bardzo żywiołowa, ale tez drugiej niezwykle kameralna, rodzinna. Ksiądz biskup Edward Zielski podczas homilii wyjaśniał każdemu z nas, a pewnie szczególnie te słowa kierował do diakonów, co znaczy prostować ścieżki Panu.  Każdy z nas, pełen pokory i płynącej z niej mocy Bożej ma przygotować  w sercach ludzi miejsce dla Chrystusa. Jemu jedynie służymy! Na Niego jedynie warto czekać! Jego przyjście jest pewne!

 

Seminarium duchowne.

paderewskigrzegorz

Kolejny tydzień obfitował w wyjazdy. Zabieramy się za nie zawsze z wielka niechęcią, jedynie ogromnie ważny powód może nas zmusić do ruszenia na drogę, której właściwie nie ma, (chociaż już miała być w tym roku zrobiona, tak to przynajmniej przed wyborami obiecywali rożni politycy), i pokonywania jej w upale, kurzu, uderzaj co chwila głowa w bok samochodu lub o jego dach, z prędkością kilkunastu kilometrów na godzinę, z ciągła obawa o samochód i samych siebie. Tym razem tym ważnym powodem była najpierw wizyta u księdza biskupa w Campo Maior, a potem zaproszenie do seminarium duchownego w Teresinie na uroczyste zakończenie roku akademickiego. Tu czas wakacji przypada na miesiące najbardziej gorące, czyli na grudzień, styczeń i luty. Mamy z naszej parafii aż trzech kleryków, w tym dwóch już wkrótce zostanie diakonami. Teresina jest stolicą stanu Piaui. Właśnie w niej znajduje się jedyne (miedzy diecezjalne) seminarium duchowne dla całego stanu, czyli takiego tutejszego województwa .Zajmuje on dwie trzecie powierzchni Polski. Wprawdzie mieszka w nim zaledwie trzy miliony ludzi, ale kleryków w seminarium, na wszystkich latach, jest zaledwie 97. W tej liczbie jest też kilku zakonników, gdyż swoich kleryków kształcą tu franciszkanie, misjonarze Krwi Chrystusa i  sercanie. Seminarium duchowne jest położone poza Teresiną, na dalekich przedmieściach, i składa się z dwóch oddzielnych domów. W jednym swoją formację trzyletnią przechodzą klerycy studiujący filozofię, a w drugim przez cztery lata studiują teologię. Warunki mieszkalne są bardzo dobre. Nowe budynki, fundowane przez zachodnioeuropejskie organizacje kościelne, prezentują się wspaniale. Jeden jest umiejscowiony w lesie mangowo - palmowym, a więc ginie dosłownie w zieleni, a drugi rozłożył się na brzegu rzeki Parnaiba, która przepływa przez Teresinę .Na szczęście klerycy wychowywani są w dosyć surowy sposób. W pokoju najpotrzebniejsze
rzeczy– hamak, mała szafka, stolik. To, co rzuca się w oczy najbardziej, to zupełny brak książek w pokoju kleryckim. Wytłumaczono mi to tak, że książki tutaj są bardzo drogie (zwykły człowiek raczej nie ma  szans, by je kupić). Natomiast wszystkie potrzebne książki do nauki są dostępne bez ograniczeń o każdej porze dnia i nocy w czytelni i bibliotece. Tam się z nich korzysta. Są dosyć dobrze strzeżone, bo jak się okazuje, wśród rożnego robactwa są  i takie, które uwielbiają książki (oczywiście zjadać) i potrafią sobie z nimi bardzo szybko poradzić. Stąd pomieszczenie, gdzie są przechowywane, musi być szczelnie zamknięte, klimatyzowane i utrzymane w sterylnej czystości. Inaczej pieniądze wydane na książki szybko się zmarnują. Ten sam robak, który lubi książki, zjada też drewno. Czyni to w niezwykle „ inteligentny” sposób, bo zorientować się o tym, że na przykład belki podtrzymującej dach w kościele czy domu już nie ma, można dopiero wtedy, gdy wszystko wali się na głowę. Czas formacji seminaryjnej obejmuje 7 lat. Potem każdy z alumnów w swojej diecezji z rąk biskupa otrzymuje świecenia diakonatu. Następnie jest kierowany do jakiejś parafii na diakońską praktykę. Nasi parafialni przyszli diakoni pojadą do Manaus. Ogromnie im tego zazdroszczę. Bardzo byśmy chcieli wraz z księdzem Kazikiem ich tam odwiedzić, ale będzie to raczej mało możliwe i pozostanie w sferze zamiarów i planów. Gdzieś około połowy sierpnia, jak praktyka diakońska upłynie zadowalająco, otrzymają świecenia kapłańskie. Aby zostać kapłanem trzeba przynajmniej 8 lat formacji i doświadczeń duszpasterskich. Często jednak ten czas się znacznie wydłuża. Czemu? Otóż, aby klerycy mogli dać sobie rade ze studiami, to wcześniej muszą dobić ze swoim poziomem wiedzy do tego, jaki jest w seminarium. Ci, którzy pochodzą z większych miast (ale raczej ich nie ma) nie mają trudności. Ci zaś z interioru maja bardzo słabe wykształcenie. O powodach tego zjawiska długo można tu pisać. Z tego właśnie powodu umieszczeni w szkole wyrównawczej kandydaci, trafiają do seminarium dopiero po dwóch, trzech latach. Stąd często aż dziesięć lat upływa do t momentu, w którym otrzymają świecenia kapłańskie. Można powiedzieć, że droga do kapłaństwa jest bardzo trudna. Nie tylko z powodu tych lat, ale też i kosztów.

Wszystko to odbywa się w Adwencie, którego jakby tutaj prawie nie czuć. Raz, że temperatura i aura zupełnie inne. Ale także i obyczaje są odmienne. Na szczęście w codziennej liturgii mamy okazje przeżywać coraz bardziej odsłaniająca się przed nami
tajemnice czasu Adwentu. W seminarium duchownym, nad wejściem do kaplicy, ktoś umieścił ubranego w kolorowe, migające światełka wielkiego kaktusa. Patrzyłem na to „drzewko” nieco zdezorientowany!

A to zima właśnie!

paderewskigrzegorz

Tyle wokół nas się dzieje, że niekiedy dużo rzeczy przemyka niezauważonych. Tak bywa zawsze z niebem. Jest i już. Przyzwyczaiłem się, ze jest ono niezmiennie cudownie błękitne, pełne światła za dnia, bo bezsprzecznie króluje na nim słońce. Ono zresztą ze swą dominacją niekiedy przesadza, paląc z nieba
niemiłosiernie, szczególnie miedzy 11.00 a 15.00. Jeśli już pojawiały się jakieś chmurki, to takie nieśmiałe, tak marne, jedynie chmurze strzępy. Sytuacja zupełnie zmieniała się nocą. Bo oto nagle, tuż po zachodzie słońca, które tutaj bardzo szybko, bez zbędnego marudzenia, ustępuje miejsca księżycowi o godzinie 18.00, na niebie pojawiały się chmury. Wielkie, nabrzmiałe, wręcz groźne. One niosły w sobie wodę znad Amazonki, by ją potem oddać w życiodajnym deszczu na południu kraju. Często tym chmurnym pochodom towarzyszyły błyski i grzmoty, ale nigdy nie padało. Na deszcz jest przewidziana inna pora. Noc,
tutaj z reguły bardzo ciemna, rozjaśniania była wówczas tymi iluminacjami. Można było sobie na ich podstawie wyobrazić, że tutejsze burze są bardziej spektakularne, niż te europejskie. Za dnia znów wszystko wracało do normy – na niebie zapalało się słonce, bez przerwy swymi promieniami wysuszając, juz i tak dostatecznie suchą, ziemie. Nagle jednak dostrzegłem, ze nocą na niebie są gwiazdy, w ilościach przekraczających moje dotychczasowe spostrzeżenia. Chmur idących znad Amazonki juz nie ma. Pojawiły się one natomiast za dnia. Nawet jakby ich każdego dnia przybywało. Pojawiły się też takie duże, ciemniejsze, które niekiedy nawet na kilka minut zasłaniają słońce. To chyba oznacza, ze wkrótce przyjdzie pora deszczowa. Takim drugim znakiem zbliżającej się pory deszczowej są pożary. Nagle w najróżniejszych zakątkach lasu ludzie wzięli się za wypalanie poletek. Płoną wiec nie tylko małe krzewy, zarośla, jakieś tam ziele, ale nawet dostojne palmy babaçu. Wieczorami te płonące drzewa nasuwają skojarzenia z Apokalipsa. Także takie myśli pojawiają się,  kiedy za dnia dymy unoszące się w niebo
zasłaniają słońce. Wszędzie unosi się popiół, wpadając do naszych pokoi i przysypując wszystko szarą powłoką. Jednym słowem (właściwie dwoma) idzie deszcz! To wypalanie lasu jest związane z tutejszymi, bardzo prymitywnymi sposobami uprawy ziemi. Ludzie wypalają drzewa, poszycie leśne, by potem na tym
miejscu posadzić fasole lub maniok. W bardziej mokrych miejscach sadza ryż. Wszystko robią ręcznie, używając jedynie bardzo prymitywnych narzędzi. (Tu w ogóle nie ma takich narzędzi jak w Europie. Nawet nie da się kupić w tutejszych sklepach wideł. Bardzo przydałyby się nam w ogrodzie. Ksiądz Kazik planuje
przywieźć widły z Polski, kiedy w przyszłym roku pojedzie na urlop. Mam jednak obawę, ze wzbudzi tymi niewinnymi widłami w swoim bagażu prawdziwa sensacje na lotnisku! ) Na dodatek nie uprzątają wcale nadpalonych pni i konarów drzew, co sprawia wrażenie totalnego zaniedbania i nieporządku. Jedynym elementem nieco porządkującym te rolnicze wysiłki jest plot, jaki budują wokół wypalonego kawałka lasu. Jest on potrzebny, by zasadzonych roślin nie wyżarły od razu kozy, świnie, krowy, osły i konie. One bowiem przez nikogo nie są nigdzie zamykane ani doglądane, włóczą się po okolicy, jędzą tylko to, co uda się im znaleźć. A trzeci znak zbliżającej się pory deszczowej, bardzo zresztą śliczny i jednocześnie tajemniczy, to kwitnący kaktus. Mamy takiego jednego kaktusika w ogrodzie, ma z pięć metrów wysokości. Cały jest obsypany pąkami. Rozwijają się one tylko nocą. Podobno każdy kwiat ma swoja noc, te jedna, jedyna, kiedy to swoim pięknem przez kilka godzin może ucieszyć świat (który zresztą sobie smacznie śpi). Jak wszystkie kwiaty z kaktusa już przekwitną, to zaraz, wręcz następnego dnia, spadnie deszcz! Później dowiem się, że ta cała opowieść o kwiatach, chociaż śliczna, jest nieprawdziwa. Kaktus kwitnie jak mu się podoba, nie zaś po jednym tylko kwiatku na noc. No i na dodatek (to znaczy na szczęście) mamy teraz prawdziwy wysyp różnych owoców. W ogrodzie stoi wielkie drzewo mangowe, gigantycznych wręcz rozmiarów, które jest cudowne, bo cały czas daje cień, a na koniec roku obdarza nas swymi owocami. Podobno jest tak, ze mango (tutaj mango jest rodzaju żeńskiego, a wiec manga!) ma smak taki, jaki się, zaczynając jedzenie, wyobrazi. Próbowałem z truskawka, ale nie wyszło. Trzeba natomiast powiedzieć, ze są to bardzo dobre owoce, chociaż w jedzeniu dosyć kłopotliwe. Chyba najbezpieczniej byłoby je jeść w wannie. Tak wiele bowiem maja w sobie soku, ze aż rozpływają się w ustach, nawet juz w rekach. Poza mango to na razie nie mamy w naszym ogrodzie nic więcej, bo pomarańcze się skończyły, w bananach jest także mała przerwa, a limonka się nie liczy, bo to takie powszednie. Jak wieczorem robię sobie herbatę (Ile się nachodziłem po sklepach, aby kupić tę herbatę! Ostatecznie sporą paczkę podarował mi ksiądz Mirek Rietz – dobry z niego człowiek), to po limonkę wychodzę do ogródka, jedna taką małą zrywam i jest zawsze świeża i pyszna! Czasami dobrzy ludzie podarują nam jakiś dziwny owoc. Ostatnio dostaliśmy taki, który nazywa się jaqa (czytane żaka). Wygląda on jak wielka ciemna piłka (ale taka duża, plażowa). Waży pewnie sporo, a w środku ma dziesiątki małych, jakby naszych, śliwek. Ciekawe jest to zjawisko. Przy pierwszym spotkaniu z tym dziwnym frutem trochę źle się zabrałem do jedzenia go, bo zjadłem nie to, co trzeba, ale tez było dobre. Nie widziałem jeszcze drzewa, na którym rośnie to dziwo. Podobno jest podobne do mangowego, ale trudno mi sobie te owocowe giganty wyobrazić, jak niewinnie zwisają sobie nad głowami ludzi, a potem, jak dojrzeją, spadają. Owoce, palony las, mijające dni grudnia – to wszystko wskazuje na koniec roku. Oby dla wszystkich ludzi ten rok, który wkrótce się zacznie, był szczęśliwy tym szczęściem, jakie pochodzi tylko od Boga!

Assembleia! Co to jest?

paderewskigrzegorz

Miało być cicho i spokojnie, a tu tydzień po tygodniu jakieś ważne wydarzenia. Po diecezjalnym spotkaniu duszpasterskim, przyszła pora na parafie. Każdy z odpowiedzialnych za parafie miał zadbać, by wszelkie treści przekazane na spotkaniu w Campo Maior dotarły do katechetów i liderów grup. U nas parafialne spotkanie odbyło się tydzień po diecezjalnym. Oczywiście już dużo wcześniej było to zaplanowane i zaproszenie do udziału w tym wydarzeniu kierował ksiądz Kazimierz z wielką serdecznością do każdego katechety z osobna, jak bywaliśmy na Mszach i spotkaniach w poszczególnych wioskach rozsianych po lesie. Okazało się, że przybyli prawie wszyscy katecheci. Oni, wraz z młodzieżą oazową, grupami modlitewnymi, nadzwyczajnymi szafarzami Komunii Świętej i kilkoma gorliwszymi przedstawicielami wspólnoty przy kościele macierzystym, stanowili już dosyć poważna liczbę osób, która zapełniła naszą salę katechetyczną. Ksiądz Kazimierz zaprosił z sąsiedniej parafii księdza neoprezbitera, by ten przedstawił zgromadzonym wykład o Eucharystii. Właściwie to całe spotkanie, które trwało dwa dni, składało się ze wspólnej modlitwy, Mszy Świętej, kilku wykładów poświeconych Eucharystii i dyskusji. Podczas dyskusji zastanawialiśmy się, co w tych warunkach, jakie mamy, można uczynić, by rozbudzić wśród ludzi pobożność, zwłaszcza  eucharystyczną. Pomysłów było wiele, oby tylko chociaż cześć tego, co wypowiedziano, udało się wcielić w życie. Na pewno niezaprzeczalnym owocem tego spotkania będzie duszpasterstwo dzieci i małżeństw. Kilkoro ludzi zdecydowało się zabrać do tego i, jak na razie, czynią to z wielkim zapałem. Jedno i drugie jest tu bardzo potrzebne.

Pierwszy dzień spotkania kończył się adoracją. Kiedy ksiądz Kazimierz przyniósł Najświętszy Sakrament na ołtarz i umieścił świętą Hostię w monstrancji, to nagle zgasło światło. Brak elektryczności, niekiedy przez kilka dni, jest tu normą. Nikt się jednak nie spodziewał tego w tym momencie. Wszystko ogarnęła wraz z ciemnością głęboka cisza.
Jedynie na ołtarzu Najświętszy Sakrament jaśniał niezwykłym blaskiem. Tak się nam wszystkim przynajmniej wydawało, bo świece stojące po bokach ołtarza jakby nie mogły dać same z siebie takiej jasności.  Wyglądało to tak, jakby cały świat zatrzymał się w tym momencie i adorował Jezusa Eucharystycznego. Nawet wyciszyły się odgłosy pobliskiego lasu. Podczas modlitwy moje myśli pobiegły ku temu, co mówili tego dnia katecheci o swoich trudnościach – o braku ludzi i sił, o wielkich odległościach i biedzie w swoich wioskach. Mówili także i o swoich radościach, że oto kilkoro dzieci znów przyjmie Pierwszą Komunię, że są dwie pary gotowe na zawarcie sakramentalnego związku... Z ich oczu i serc płynęło przy tym tyle radości. Tak mało maja ci ludzie, a tak wiele potrafią innym dać – swoja głęboka wiarę. Często modlę się, by gorliwość tych niewielu ludzi przełożyła się na ożywienie serc pozostałych. Tak bardzo ten lud potrzebuje wiary, bo tylko dzięki niej będzie możliwe jego godniejsze życie.

Wybory! Wybory!

paderewskigrzegorz

Upał każdego dnia coraz większy. Okazuje się, że bardzo dobrze trafiłem z przyjazdem tutaj, bo przyjechałem w najzimniejszym momencie. A teraz, z dnia na dzień, robi się coraz cieplej. Zbliżają się najgorętsze miesiące. Tym najbardziej upalnym będzie grudzień. Trudno to pewnie w Polsce sobie wyobrazić. Ja też nie mogę zaszaleć z wyobraźnią, bo nie wiem, co sądzić o grudniu, skoro już teraz temperatura czasami sięga 40 stopni, w cieniu oczywiście.

Jest jeszcze jeden powód, obok klimatu, który sprawia, ze codziennie jest jakby goręcej.  A to wszystko przez politykę!

Tak, jak w Polsce, co niektórzy zamartwiają się, ze Kościół za wiele zajmuje się polityką, tak tutaj bardzo się martwimy, że polityka staje się religią. Chociaż pewnie pierwszą religią jest dla Brazylijczyków piłka nożna, to zaraz po niej zdaje się iść polityka. Teraz to wyraźnie widać, bo mamy najgorętszy politycznie czas. Wkrótce wybory na szczeblu lokalnym. Wszędzie tylko mówi się o vereadorach i prefektach, którzy to są powiednikami naszych radnych i starostów. Po drogach nieustannie jeżdżą samochody z nagłośnieniem nadając propagandę wyborcza. Generalnie trudno się zorientować, o co w tym wszystkim chodzi, bo żaden z polityków nie ogłasza swojego programu, zamiarów, planów. Pełno natomiast w tych propagandach napaści na przeciwników, niekiedy bardzo brutalnych i wulgarnych. A podobno jak trudno się zorientować, o co chodzi, to wiadomo, że chodzi tu o pieniądze. A tu, w przypadku tylko tej lokalnej polityki,
pieniądze, zarówno te zaangażowane w wybory i te spodziewane po wyborach dla
wygranych, są kolosalne. Pewnie ta sprawa mogłaby wytłumaczyć wiele, jeśli
chodzi o biedę tego kraju (przynajmniej tutejszych okolic). Prefeito jest szefem municipio, czyli jakby naszego powiatu. Jest jednocześnie dosłownie panem i władcą wszystkiego, co się tu znajduje i dzieje. On, w swoim ręku ma wszelkie pieniądze. Na edukację, na policję, sąd, oczyszczanie miasta, budowę dróg, pomoc biednym, elektryfikację, wodociągi, itd. Przypuszczam, że stwierdzenie, iż skoro prawie niczego tu nie ma z wyżej wymienionych rzeczy, to pieniądze zostały przez prefekta źle zagospodarowane. Aż się ciśnie na usta inne określenie, ale przecież nie do mnie należy osąd. Pewne fakty mówią za siebie. Na przykład obecny prefekt dla potrzeb swojej kampanii wyborczej miedzy innymi sprowadził do naszej miejscowości samochód
platformę, którego normalnie się używa podczas karnawału, na przykład w Rio de Janeiro. Jest to taka jeżdżąca gigantyczna scena ze ścianą głośników. Koszt tego
zabiegu wyborczego to 30000 realów, czyli nieco ponad 10000 dolarów. Każdego
dnia, w poszczególnych wioskach różni kandydaci zachęcają do głosowania na
nich urządzając fiesty. Ludzie ciągną do tego jak muchy. Podczas takich imprez przede wszystkim rozdawany jest darmowy alkohol. Rozdaje się go w ilościach hurtowych.  Na przykład 700 litrów mocnej wódki to norma. Jak się weźmie pod uwagę, że w takiej wioseczce mieszka ze 200 osób, że dotrze na te imprezę gdzieś drugie tyle z okolicy, to obraz rozpicia tutejszych ludzi jest tragiczny. Nic dziwnego, ze następnego dnia nawet psy są pijane. Pomyśleć, że jednocześnie dzieci nie maja w szkołach lekcji od miesięcy, bo nie ma pieniędzy na zatrudnienie nauczyciela, że wiele rodzin je tylko jeden
posiłek dziennie, składający się z ryżu i fasoli, że od czterech lat nie odbudowano zerwanych w czasie deszczów mostów, że....tu takich obrazów można by przytaczać bardzo wiele. Dla nas tutejsza polityka jest to wielki problem. Na przykład w ostatnią niedziele mieliśmy umówioną na piętnastą Mszę Świętą w bardzo oddalonej od miasteczka wiosce. Tuż przed wioską, na przejeździe przez rzekę utknęła ciężarówka. Ksiądz Kazik zostawił mnie w samochodzie, bym go pilnował, a sam na piechotę (gdzieś około 2 km, a o piętnastej jest upał nie do wytrzymania) udał się na miejsce Mszy. Czekałem cierpliwe, mając nadzieje, że mężczyznom uda się wyciągnąć ciężarówkę z potrzasku i dotrę jeszcze na Mszę. Ale po 2 godzinach ksiądz Kazimierz wrócił z miną bardzo smutną. Okazało się, że poprzedniej nocy we wiosce była festa zorganizowana przez kandydata na prefekta i wszyscy są pijani.

I tak to polityka jest ważniejsza od religii. Ludziom nie chce się przyjść paru kilometrów na msze, a potrafią parenaście kilometrów nocą, piechotą albo na rowerach, ciągnąć przez las na fiestę! Jest to jedno, smutne oblicze polityki brazylijskiej, odsłaniające najgorsze instynkty, na których inni, niby troszczący się o dobro społeczne, robią fortuny. Drugie oblicze jest pełne strachu, panicznego lęku o przyszłość. Tutaj uczestnictwo w wyborach jest obowiązkowe od 16 roku życia, kiedy to obywatel tego kraju staje się już pełnoletni. Obok tej obowiązkowości istnieją inne jeszcze przymusy. Dla większości sprawa wygranych w wyborach, tych lub innych kandydatów, to sprawa życia lub śmierci. Czemu? Dzisiaj każdy nauczyciel w szkole, każdy urzędnik municipium, pan z poczty - ludzie,  którzy mają państwowe pensje - oni wszyscy zadręczają się jednym pytaniem - na kogo zagłosować. Bo jak zagłosują na obecnego prefekta, a on przegra, strącą pracę. Jak nie zagłosują, a on wygra, też ją stracą! Ci, którzy są biedakami mają podobny problem. Jak zagłosują nie na tego kandydata, który wygra, mogą na cztery lata pożegnać się chociażby z leczeniem w lepszej nieco przychodni.
Nie dostaną tez żadnej pomocy dla wioski.

Msza niedzielna.

paderewskigrzegorz

Wiele miejsca w naszych rozmowach, miedzy księdzem Kazikiem i mną, zajmuje sprawa pobożności brazylijskiej. Już nieco o niej wspominałem pisząc o kulcie świętych. Temat ten jest jednak na nieszczęście bardzo szeroki, a pojąć tej sprawy to chyba się wręcz nie da. Czemu? Niektóre statystyki podają (chociaż różne dane spotkałem), że w Brazylii jest aż 97 procent chrześcijan. Nie wiem, jaka część z nich jest katolikami (podobno aż 87
procent). Natomiast jak przyjdzie się w niedzielę na Mszę Świętą i spojrzy na obecnych ludzi, można sobie pomyśleć, ze katolicy są tutaj nikłą, śladową wręcz mniejszością. Parafia, w której misyjnie dorastam, liczy około 10 tysięcy mieszkańców. Zdecydowana większość spośród nich jest ochrzczona w Kościele Katolickim. Ponieważ jest to bardzo biedny teren, wiec nie ma tutaj sekt. Jest tylko maleńka, 200 osobowa wspólnota protestancka. Chciałoby się wiec zapytać, gdzie są ci wszyscy katolicy w niedziele? Ksiądz Kazik cierpliwie  mi tłumaczy, ze na ten fakt złożyło się bardzo wiele czynników. Pierwszy i zasadniczy to taki, że ludzie ci nie mają w świadomości zapisanego obowiązku niedzielnej Mszy Świętej. Może się to wzięło i z tego, że ksiądz ze Mszą Święta bywał tu bardzo rzadko. Chociaż kościół zbudowano jeszcze w XIX wieku, to parafię utworzono dopiero w 1987 roku. Wcześniej przyjeżdżał tu ksiądz raz, dwa razy w roku na kilka dni. Nawet wtedy, gdy istniała już parafia, to były długie okresy bez księdza. Tłumaczenie nie bardzo mnie przekonuje, bo wszędzie widać, ze religijność tutejszych ludzi jest bardzo nikła. Na msze przychodzą tylko nieliczni. Nawet i ci, jak spadnie deszcz, zgaśnie prąd  lub poprzedniego dnia jakiś polityk urządzał festę, znacznie się przerzedzają. Na szczęście rzadko tu pada, ale za to fest politycy, niestety, robią bardzo wiele, a prądu nie ma prawie stale. Czy pokolenie dorosłych Brazylijczyków jest dalekie od Kościoła? O tym oddaleniu świadczy nie tylko nikła frekwencja niedzielna, ale także wielka liczba dorosłych nie ochrzczonych, bardzo rzadkie przypadki sakramentu małżeństwa, brak zainteresowania sakramentem bierzmowania. Spowiedź jest także tutaj bardzo rzadka. Faktycznie nie istnieje życie modlitewne. Religia nie ma wpływu na życie ludzi, którzy ogłaszają siebie katolikami. Natomiast gdyby Brazylijczyka (tego właśnie, który żyje z trzecia już kobietą, nie dba o swoje dzieci i nie pamięta kiedy był ostatni raz na Mszy Świętej) ktoś zapytałby, czy jest wierzącym człowiekiem, odpowie ze wzruszającą szczerością, że tak. A jeśli ktoś chciałby jego wyznanie podważyć, to spotkać się może z bardzo bojowniczą postawą, nie tylko świętym oburzeniem, ale wręcz z rękoczynami. Trzeba wiele pracy - głoszonego Bożego Słowa, katechezy,  wiele miłości, aby rozniecić tutaj życie sakramentalne.
Zawsze, jak w niedziele rozpoczynamy Mszę Świętą i patrzę na te kilka osób, jakie stoją wraz z nami przed ołtarzem, to  wtedy przypomina mi się kościół chojnicki (a wraz z nim te liczne
parafie polskie, w jakich ostatnio zwłaszcza bywałem), wypełniony ludźmi, gdzie też i mszy sprawowanych jest dużo więcej. Wspominam tamte chwile i proszę Pana Boga aby dał moc
swego życia temu Kościołowi, ufając, że może kiedyś tak się stanie. Ksiądz Kazik opowiadał mi, że na początku chciało mu się płakać w niedziele, kiedy po sobotniej feście do kościoła przychodziły dwie staruszki i kilkoro dzieciaków. Dzisiaj wie, ze bieda duchowa tych ludzi jest tak wielka, ze potrzeba nie łez, ale działania. Łez oni nie zrozumieją, nawet nie dostrzegą, a przykład życia może ich czegoś nauczyć.

Chrystus w klatce.

paderewskigrzegorz

Słuchałem jakiś czas temu ze zdziwieniem, jak ksiądz Kazimierz odgrażał się, że po pomalowaniu kościoła zamknie Chrystusa w klatce. Teraz patrzę z równie wielkim zdumieniem, jak Go w klatce zamyka i jeszcze się z tego wyraźnie cieszy. Już jednak rozumiem, że to dobre rozwiązanie. Wszystko przez tutejszą, niekiedy zupełnie dla nas
niezrozumiałą, pobożność. Malowanie kościoła pociągnęło za sobą generalne porządki wszędzie i ze wszystkim. Stad też każda figurka, jakich mamy w kościele bardzo dużo,  została pięknie wymyta, każda ozdoba oczyszczona, a suknie ślicznie wyprane. Tutaj rzeźby często są ubierane w szaty. Miejscowa ludność bardzo o to dba. Może ich nawet ogóle nie zainteresować kaplica z Najświętszym Sakramentem, nie przyjdą na Mszę Świętą, nie pomyślą o spowiedzi, ale to, czy ich święta patronka ma dobrze założona szatę - o,  to jest bardzo ważne.
Cześć oddawana Panu Bogu poprzez świętych wyrażana jest tu jakby nieco inaczej. Tu nie ma wyraźnej modlitwy, zatrzymania się w milczeniu, medytacji. Jest za to całowanie figury, tulenie się do niej, ciąganie szaty, nawet z wyraźnym gniewem, jeśli święty modlitw nie wysłuchuje. Stad wiele kłopotów było z Panem Jezusem. Mamy tu taką figurę Pana Jezusa, który dźwiga krzyż na Golgotę i pod nim upada. Jest On ubrany w piękne szaty (trochę jakby nie na Drogę Krzyżową), ma perukę z długimi włosami. Okazało się, że jak przychodziliśmy do kościoła, to cały bywał poszarpany i poczochrany. Ogólnie rozpaczliwy wygląd. Dla tego trafił do chroniącej Go klatki. Ktoś może sobie pomyśli, czy już większych kłopotów nie ma  misjonarz? Ma, zdecydowanie są dużo większe. Ale tu tez trzeba jakoś zadziałać, formując normalniejszą pobożność ludową. Pewnie wytłumaczenie, jakie ludziom się przedstawia, że figura Pana Jezusa jest bardzo cenna i trzeba ją chronić przed kradzieżą, nie jest najuczciwszym rozwiązaniem, ale trzeba od czegoś zacząć. Jest też w tym jakąś racja. Słyszałem takie opowiadanie, ze tutejsi ludzie mają obyczaj nie tylko modlić się gorliwie do świętych, nie tylko lekko ich przymuszać do aktywniejszej pomocy szarpnięciami czy popychaniem. Zdarzają się też uwięzienia figury świętego. Na przykład swego czasu z sanktuarium została wykradziona figurka Matki Bożej z Aparecida. Okazało się, że zaaresztowała ją jakaś pobożna kobieta, która chciała Matkę Bożą w ten sposób bardziej zmotywować do pośrednictwa w jej  prośbach. Swoją drogą czy historia z obrazem Matki Bożej Kodeńskiej nie jest nieco podobna?

 

Wielki zamęt przedwyborczy.

paderewskigrzegorz

Ostatnio mamy wielki zamęt przedwyborczy. Wiele jest z tą polityką ludzkiej krzywdy, ale teraz to już przekręty przekraczają wszelkie granice. Na przykład agitatorzy chodzą po domach i kupują za pieniądze głosy wyborców. Im bardziej wpływowy w miejscowości człowiek, tym jego cena większa. Od 20 realów do 30000. Kazik w kościele wywiesił taki plakat, który mówi, że katolik głosuje zgodnie z sumieniem, a nie za pieniądze. Oczywiście nikt tego plakatu nie zauważył. Wczoraj jeden z polityków - kandydatów na prefekta urządzał swój miting przedwyborczy w naszym mieście, na placu przed kościołem. Nie spałem całej nocy, bo najpierw przemówienia, krzyki, potem tańce do rana, a nieustannie przez całą noc petardy. Pewnie gdyby Kazik miął te pieniądze, jakie zostały wydane na same petardy, to pomalowałby za to cały kościół i jeszcze belki w dachu powymieniał.  Na początek takiego komisu urządza się tak zwaną passiata. Na
początku jedzie samochód z kandydatem, a za nim samochody, ciężarówki, motory,
rowery, osiołki, piesi - w jednym wielkim pochodzie, wszyscy jego zwolennicy.
Wygląda to imponująco, taki pokaz siły. Ma to swój urok. Latynoamerykanie
potrafią pewne rzeczy robić bardzo spektakularnie.

Malowanie kościoła i koza.

paderewskigrzegorz

U mnie teraz szara rzeczywistość. Ponieważ przeraża mnie nieustannie bariera językowa, wiec zaczynam wpadać w brazylijski obłęd. Z jednej strony cały dzien. się tego języka uczę, rano robię ćwiczenia, po południu tłumaczę teksty z książek, a wieczorami i w każdej innej wolnej chwili tłumaczę sobie
słówka z brewiarza. Codziennie odmawiamy z Kazikiem brewiarz po portugalsku. Chyba nie jest on do końca ważny i godny, bo czasami bardzo dużo nie rozumiem, zwłaszcza z Godziny Czytań. Z wielką zazdrością, nawet nie wiem, czy nie grzeszną wręcz, patrzę na Kazika, który wszystko rozumie. Ale trudno, taki mój los początkującego misjonarza. I tak gorzej mają moi koledzy, którzy trafią do Afryki. Oni wprawdzie cały czas są gdzieś na kursach językowych, a to w Anglii, a to we Francji, ale jak już za kilka
miesięcy pojadą do tych swoich krajów misyjnych, to będą się musieli uczyć na nowo języków lokalnych.
A ja już wtedy będę miął nieco lepiej, bo może już coś tam będę umiał! Teraz nie jeździmy przez dwa tygodnie do interioru, bo Kazik zabrał się za malowanie kościoła. Jednego dnia pożyczyliśmy ciężarówkę (taką starą, co miała luzy w kierownicy chyba metrowe, latała od brzegu do brzegu drogi) i pojechaliśmy do Teresiny po farbę. Teresina jest miastem z 770000 mieszkańców i stolicą stanu Piaui. Jest od nas oddalona o 120 km, ale z powodu bardzo słabej drogi samochodem jedzie się 5 godzin, a ciężarówką jechaliśmy chyba z 7 w jedną stronę. W sklepie oczywiście nie było tyle farby, co chcieliśmy, trzeba było kombinować z kolorami, ale ostatecznie kupiliśmy i farby, i pędzle i inne takie tam różne rzeczy malarskie. Nocą wyjechaliśmy, nocą wróciliśmy, ledwo żywi, ale szczęśliwi. Zanim zabraliśmy za malowanie, trzeba było oczyścić strych z nietoperzy (tu jest ich chyba najwięcej na świecie) i z takich dużych robaków, co się nazywają barata. Też było dużo zabiegów kosmetycznych na murze, jakieś łatania i te sprawy. No a teraz jest jedno wielkie malowanie. Kazik pozwolił mi tylko pomóc przy rusztowaniach, bo potrzeba było wysokiego człowieka, a tu wszyscy są bardzo niskiego wzrostu. Do malowania już mnie nie dopuścił, bo jak twierdzi, ja mam się uczyć języka. Ale co chwila chodzę tam i marudzę mu! 

Tutaj jest taki śliczny kościół, zbudowany w drugiej połowie XIX wieku, na miejscu istniejącej starszej jeszcze kaplicy. Chyba od tamtych czasów, tak mi się przynajmniej wydaje, kościół nie był malowany, bo jest potwornie zdewastowany. Będzie jednak najpiękniejszym w okolicy. Nie tylko dla tego, że za wiele tu w okolicy kościołów nie ma! Wprawdzie najwięcej zależało, jeśli chodzi o to malowanie, od Kazika, to włączają się w dzieło bardzo licznie i chętnie parafianie. Nie tylko pomocą, ale też i ciekawymi pomysłami na zdobycie pieniędzy.  Na przykład taki pan, który zbiera dziesięcinę i nią zarządza wraz z radą parafialną,  namówił Kazika na kupno kozy i urządzają loterię. Los kosztuje 2 reały, a cała koza 40. Ludzie kupują losy jak szaleni i w przyszłym tygodniu będzie losowanie, cały zaś dochód pójdzie na malowanie.

Uroczystości Wszystkich Świętych.

paderewskigrzegorz

Uroczystości Wszystkich Świętych i wspomnienia Wszystkich Wiernych Zmarłych nie obchodzi tutaj tak jak w Polsce. To pierwsze święto zostało przeniesione na następną
niedziele. Wtedy to będziemy medytować o świętości! Natomiast drugiego listopada mięliśmy Msze święte na cmentarzach. Tego roku ksiądz Kazimierz pojechał  do interioru, ja zostałem w Nossa Senhora dos Remédios. Miałem swoje dwie pierwsze ” samodzielne” Msze święte z homiliami. Wszystko odbyło się w miarę dobrze, ludzie odnieśli się do mnie z wielką cierpliwością. Było też wielu przyjezdnych, którzy nie znając mnie, patrzyli na mnie z ogromną uwagą i zdumieniem (to słowo „wielu” wcale nie oznacza jakiś tam tłumów, tutaj było na cmentarzach dosłownie po kilkanaście osób). Mój sposób mówienia dawał im wiele do myślenia. Wspomniałem, że odprawialiśmy Msze święte na cmentarzach. Tutejsze cmentarze także są bardzo odmienne od polskich. Przede wszystkim jest ich bardzo dużo i są minimalnych rozmiarów, po kilka grobów, ledwo widocznych. Co więcej, często zmarli są chowani poza cmentarzami, w dosyć przypadkowych miejscach: na skraju lasu, na jakiejś polanie, pod wzgórzem. Na cmentarzu i poza nim miejsce po grobie szybko znika. Grób znaczy tylko usypany wzgórek z piachu z wbitym w ziemię krzyżem. Kiedy przyjdą deszcze, wszystko rozmywają. Bardzo rzadko się zdarza, że rodzina dba o grób, że go ciągle odnawia, że buduje jakiś pomnik, coś trwałego z cementu i kamieni. Takimi chlubnymi wyjątkami, niestety nielicznymi, są cmentarze prywatne, należące do starych rodów. Takie rodziny miały od początków swego osiedlenia się w Brazylii swoje cmentarze na należących do nich posiadłościach. Po dzień. dzisiejszy one istnieją, są ogrodzone, a groby pobudowano tam solidne. Otacza się je troskliwą opieką, chociaż rodziny te często już wyprowadziły się daleko. Pamiętają na szczęście o swoich korzeniach. Potrafią też właśnie na dzień Zaduszny z tego daleka przyjechać.

Wejście na jeden z cmentarzy w Palmeirais.

Nossa Senhora Aparecida

paderewskigrzegorz

W Polsce październik, miesiąc różańca, miesiąc szczególnie poświecony Matce Bożej. A tutaj jakby o Matce Bożej nieco ciszej. Tak mi się przynajmniej wydaje, bo różańca nie odmawia się uroczyście każdego dnia w kościele podczas osobnego nabożeństwa. Kiedy wyrażam swój żal z tego powodu, ksiądz Kazik uspokaja mnie, że różaniec, nieco w innej formie niż w Polsce, jest odmawiany w maju. Wtedy po mieście i wioskach, od domu do domu, pielgrzymuje figurka Matki Bożej i odmawiany jest różaniec. Każdego wieczoru na modlitwie gromadzą się wszyscy członkowie rodziny i najbliżsi sąsiedzi. Podobno jest to
traktowane bardzo poważnie i nikt z tych gorliwszych katolików nie wymawia się od przyjęcia figurki. Często też na taką modlitwę wpada ksiądz proboszcz. Jest to bowiem doskonała okazja na mała katechezę, a także, aby do obecności w kościele zachęcić tych, którzy już zupełnie o Mszy niedzielnej zapomnieli. Na takich różańcach majowych bywają bowiem ci, którzy bardzo unikają kościoła i sakramentów.

Proszę jednak nie sądzić, ze Brazylijczycy nie czczą Matki Bożej. Wręcz przeciwnie, kult maryjny jest tutaj bardzo żywy (chociaż zupełnie inaczej ta żywotność się wyraża).

Każdego roku, dwunastego października, Brazylia przeżywa swoje największe religijne i jednocześnie narodowe święto. Jest to święto Matki Bożej z Aparecida. Bierze ono swój początek w październiku 1717 roku. Wtedy to, w miejscowości Porto do Itaguassu,  trzech rybaków: Filipe Pedroso, Domingos Garcia i Joâo Alves, łowiło ryby w rzece Paraíba, na południu Brazylii. Niestety, mimo wielkiego wysiłku i cierpliwości, tego dnia prawie nic nie udało się im złowić. Byli w poważnym strapieniu. Oto bowiem za dwa dni rozpoczynała się ogromnie uroczysta festa z okazji objęcia rządów przez nowego gubernatora. Rybacy z całej okolicy mieli wyznaczone ilości ryb, jakie kazano im dostarczyć na uroczystość.  Gorliwie zaczęli prosić Matkę Najświętsza o pomoc w swej biedzie. Kiedy po raz kolejny zarzucili sieć i ją wyciągnęli, nagle oniemieli, bo w sieci coś dziwnego się pojawiło. Okazało się, ze wśród kilku nędznych ryb znajduje się figura. Niestety, była pozbawiona głowy. Stwierdzili, że jest to rzeźba Matki Bożej. Ostrożnie wyjęli znalezisko i ponownie zarzucili sieci. Wtedy, także pośród kilku małych rybek, w wyciągniętej sieci dostrzegli głowę należąca do złowionej przed chwila figurki. Postać Matki Bożej była niewielka, cała czarna, bardzo zniszczona.
Rybacy najpierw zastanawiali się nad tym, kto mógł wyrzucić święta figurę do rzeki wcześniej ją uszkadzając. Potem jeden z nich, Filipe Pedroso, zabrał znalezisko do siebie. Najpierw figurę Matki Bożej oczyścił, naprawił, potem umieścił ją na widocznym miejscu w swoim domu. Tego wieczoru wszystkie rodziny rybackie były bardzo zmartwione znikomymi połowami. Żona Filipe Pedroso zachęciła męża, by wraz z nią modlił się o Boża pomoc przy tak dziwnie wyłowionej figurce Matki Bożej. Tak też oboje uczynili (chociaż podobno mąż był bardzo oporny w tej modlitwie). Następnego dnia jego sieci nieustannie, przy każdym zarzuceniu, pełne były ryb! Od tej pory wielu rybaków przychodziło do chaty Pedroso by prosić Maryję o pomoc i to nie tylko w sprawie połowu ryb.  W 1732 roku figurkę Filipe Pedroso przekazał swemu synowi Atanásio Pedroso. Ten zbudował maleńką kapliczkę, w której umieścił Matkę Boża. Od razu przy figurce gromadziły się tłumy rybaków. Zwłaszcza najliczniej przybywali w soboty, kiedy to uroczyście śpiewano różaniec i pieśni maryjne. Kiedy gromadzące się tłumy były już bardzo liczne i sława Matki Bożej, nazywanej Aparecida (bo zjawiła się wtedy, kiedy ludzie potrzebowali pomocy ), rozchodziła się po najdalsze miasta Brazylii z powodu cudów, jakie się działy za wstawiennictwem Maryi, zbudowano w miejscu kapliczki kościół. Potem, już w naszych czasach, wzniesiono gigantycznych rozmiarów bazylikę, którą w roku 1980 poświęcił Ojciec Święty Jan Paweł II, podczas swojej pielgrzymki do Brazylii, do Nossa Senhora da Aparecida. 

Figura Matki Bożej z Aparecida.

12 października oczy i serca wszystkich  katolików Brazylii zwrócone były na Matkę Boża z Aparecida. Zwrócone były poprzez modlitwę, poprzez uczestnictwo w Mszach świętych licznie tego dnia sprawowanych we wszystkich parafiach. Każdy, kto tylko miał taką możliwość, w telewizji oglądał główne uroczystości w Aparecida. Ja także miałem okazję oglądać transmisję ze Mszy świętej z sanktuarium Matki Bożej, bo byłem tego dnia u mego księdza biskupa. Normalnie u nas, w Nossa Senhora, nie ma szans na oglądanie telewizji, bo dociera tylko jeden program i to bardzo słabo. Msza była  sprawowana pod przewodnictwem nuncjusza apostolskiego. Obecni byli liczni biskupi, setki kapłanów i 65 tysięcy wiernych. Podczas Mszy dokonano poświecenia nowej korony Matki Bożej (koronacja odbyła się 8 września 1904 roku). Wcześniej aktorzy przedstawili misterium ilustrujące znalezienie cudownej figury. Na Mszy byli też obecni sławni w Brazylii ludzie - politycy, artyści, naukowcy. Wszyscy oni demonstrowali swoja cześć i oddanie Matce Bożej. Miedzy innymi była słynna narodowa śpiewaczka Maria Bethania. Ona, na zakończenie, po błogosławieństwie, odśpiewała pieśń o Nossa Senhora z Aparecida. Słowa tej pieśni są właściwie modlitwą prostego, zagubionego w życiu człowieka, który zrozumiał, że tylko Maryja pomoże mu odnaleźć drogę do Jezusa. Pieśń ta jest bardzo wzruszająca, w swej prostocie ogromnie głęboka i pełna mocy. Sama  figura Matki Bożej z Aparecida jest bardzo mała, wykonana z czarnego kamienia. Ma około 50 centymetrów. Została ubrana w
płaszcz (co tutaj jest normalną praktyką, figurki w kościele często mają swoje szaty) na którym wyszyte są dwie flagi, papieska i brazylijska. Chociaż oficjalnie Matka Boża z Aparecida nosi tytuł Głównej Patronki Brazylii, to ją za swoją Patronkę, Matkę, nauczycielkę i Wspomożycielkę uznają zwłaszcza najbiedniejsi. Tak się stało, ze to oni, nędzarze tego świata, pierwsi zwrócili swoje pełne wiary modlitwy do Nossa Senhora da Aparecida i nadal żywią najgorliwsze do Niej nabożeństwo. Zdaje się oczywistym fakt, ze Maryja, gdziekolwiek się objawia, w taki, lub inny sposób, najwięcej czyni w dziele ewangelizacji. Jak dzisiaj wyglądałaby Polska bez Jasnej Góry, Europa bez Fatimy czy Lourdes, jak Meksyk bez Guadelupe, jak Brazylia bez Aparecida? Trudno to sobie wręcz wyobrazić. Maryja zawsze prowadzi do Jezusa, jest najlepsza Misjonarką świata!

 

Stara bazylika - sanktuarium.

© B R A Z Y L I A
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci