Menu

B R A Z Y L I A

A to zima właśnie!

paderewskigrzegorz

Tyle wokół nas się dzieje, że niekiedy dużo rzeczy przemyka niezauważonych. Tak bywa zawsze z niebem. Jest i już. Przyzwyczaiłem się, ze jest ono niezmiennie cudownie błękitne, pełne światła za dnia, bo bezsprzecznie króluje na nim słońce. Ono zresztą ze swą dominacją niekiedy przesadza, paląc z nieba
niemiłosiernie, szczególnie miedzy 11.00 a 15.00. Jeśli już pojawiały się jakieś chmurki, to takie nieśmiałe, tak marne, jedynie chmurze strzępy. Sytuacja zupełnie zmieniała się nocą. Bo oto nagle, tuż po zachodzie słońca, które tutaj bardzo szybko, bez zbędnego marudzenia, ustępuje miejsca księżycowi o godzinie 18.00, na niebie pojawiały się chmury. Wielkie, nabrzmiałe, wręcz groźne. One niosły w sobie wodę znad Amazonki, by ją potem oddać w życiodajnym deszczu na południu kraju. Często tym chmurnym pochodom towarzyszyły błyski i grzmoty, ale nigdy nie padało. Na deszcz jest przewidziana inna pora. Noc,
tutaj z reguły bardzo ciemna, rozjaśniania była wówczas tymi iluminacjami. Można było sobie na ich podstawie wyobrazić, że tutejsze burze są bardziej spektakularne, niż te europejskie. Za dnia znów wszystko wracało do normy – na niebie zapalało się słonce, bez przerwy swymi promieniami wysuszając, juz i tak dostatecznie suchą, ziemie. Nagle jednak dostrzegłem, ze nocą na niebie są gwiazdy, w ilościach przekraczających moje dotychczasowe spostrzeżenia. Chmur idących znad Amazonki juz nie ma. Pojawiły się one natomiast za dnia. Nawet jakby ich każdego dnia przybywało. Pojawiły się też takie duże, ciemniejsze, które niekiedy nawet na kilka minut zasłaniają słońce. To chyba oznacza, ze wkrótce przyjdzie pora deszczowa. Takim drugim znakiem zbliżającej się pory deszczowej są pożary. Nagle w najróżniejszych zakątkach lasu ludzie wzięli się za wypalanie poletek. Płoną wiec nie tylko małe krzewy, zarośla, jakieś tam ziele, ale nawet dostojne palmy babaçu. Wieczorami te płonące drzewa nasuwają skojarzenia z Apokalipsa. Także takie myśli pojawiają się,  kiedy za dnia dymy unoszące się w niebo
zasłaniają słońce. Wszędzie unosi się popiół, wpadając do naszych pokoi i przysypując wszystko szarą powłoką. Jednym słowem (właściwie dwoma) idzie deszcz! To wypalanie lasu jest związane z tutejszymi, bardzo prymitywnymi sposobami uprawy ziemi. Ludzie wypalają drzewa, poszycie leśne, by potem na tym
miejscu posadzić fasole lub maniok. W bardziej mokrych miejscach sadza ryż. Wszystko robią ręcznie, używając jedynie bardzo prymitywnych narzędzi. (Tu w ogóle nie ma takich narzędzi jak w Europie. Nawet nie da się kupić w tutejszych sklepach wideł. Bardzo przydałyby się nam w ogrodzie. Ksiądz Kazik planuje
przywieźć widły z Polski, kiedy w przyszłym roku pojedzie na urlop. Mam jednak obawę, ze wzbudzi tymi niewinnymi widłami w swoim bagażu prawdziwa sensacje na lotnisku! ) Na dodatek nie uprzątają wcale nadpalonych pni i konarów drzew, co sprawia wrażenie totalnego zaniedbania i nieporządku. Jedynym elementem nieco porządkującym te rolnicze wysiłki jest plot, jaki budują wokół wypalonego kawałka lasu. Jest on potrzebny, by zasadzonych roślin nie wyżarły od razu kozy, świnie, krowy, osły i konie. One bowiem przez nikogo nie są nigdzie zamykane ani doglądane, włóczą się po okolicy, jędzą tylko to, co uda się im znaleźć. A trzeci znak zbliżającej się pory deszczowej, bardzo zresztą śliczny i jednocześnie tajemniczy, to kwitnący kaktus. Mamy takiego jednego kaktusika w ogrodzie, ma z pięć metrów wysokości. Cały jest obsypany pąkami. Rozwijają się one tylko nocą. Podobno każdy kwiat ma swoja noc, te jedna, jedyna, kiedy to swoim pięknem przez kilka godzin może ucieszyć świat (który zresztą sobie smacznie śpi). Jak wszystkie kwiaty z kaktusa już przekwitną, to zaraz, wręcz następnego dnia, spadnie deszcz! Później dowiem się, że ta cała opowieść o kwiatach, chociaż śliczna, jest nieprawdziwa. Kaktus kwitnie jak mu się podoba, nie zaś po jednym tylko kwiatku na noc. No i na dodatek (to znaczy na szczęście) mamy teraz prawdziwy wysyp różnych owoców. W ogrodzie stoi wielkie drzewo mangowe, gigantycznych wręcz rozmiarów, które jest cudowne, bo cały czas daje cień, a na koniec roku obdarza nas swymi owocami. Podobno jest tak, ze mango (tutaj mango jest rodzaju żeńskiego, a wiec manga!) ma smak taki, jaki się, zaczynając jedzenie, wyobrazi. Próbowałem z truskawka, ale nie wyszło. Trzeba natomiast powiedzieć, ze są to bardzo dobre owoce, chociaż w jedzeniu dosyć kłopotliwe. Chyba najbezpieczniej byłoby je jeść w wannie. Tak wiele bowiem maja w sobie soku, ze aż rozpływają się w ustach, nawet juz w rekach. Poza mango to na razie nie mamy w naszym ogrodzie nic więcej, bo pomarańcze się skończyły, w bananach jest także mała przerwa, a limonka się nie liczy, bo to takie powszednie. Jak wieczorem robię sobie herbatę (Ile się nachodziłem po sklepach, aby kupić tę herbatę! Ostatecznie sporą paczkę podarował mi ksiądz Mirek Rietz – dobry z niego człowiek), to po limonkę wychodzę do ogródka, jedna taką małą zrywam i jest zawsze świeża i pyszna! Czasami dobrzy ludzie podarują nam jakiś dziwny owoc. Ostatnio dostaliśmy taki, który nazywa się jaqa (czytane żaka). Wygląda on jak wielka ciemna piłka (ale taka duża, plażowa). Waży pewnie sporo, a w środku ma dziesiątki małych, jakby naszych, śliwek. Ciekawe jest to zjawisko. Przy pierwszym spotkaniu z tym dziwnym frutem trochę źle się zabrałem do jedzenia go, bo zjadłem nie to, co trzeba, ale tez było dobre. Nie widziałem jeszcze drzewa, na którym rośnie to dziwo. Podobno jest podobne do mangowego, ale trudno mi sobie te owocowe giganty wyobrazić, jak niewinnie zwisają sobie nad głowami ludzi, a potem, jak dojrzeją, spadają. Owoce, palony las, mijające dni grudnia – to wszystko wskazuje na koniec roku. Oby dla wszystkich ludzi ten rok, który wkrótce się zacznie, był szczęśliwy tym szczęściem, jakie pochodzi tylko od Boga!

Assembleia! Co to jest?

paderewskigrzegorz

Miało być cicho i spokojnie, a tu tydzień po tygodniu jakieś ważne wydarzenia. Po diecezjalnym spotkaniu duszpasterskim, przyszła pora na parafie. Każdy z odpowiedzialnych za parafie miał zadbać, by wszelkie treści przekazane na spotkaniu w Campo Maior dotarły do katechetów i liderów grup. U nas parafialne spotkanie odbyło się tydzień po diecezjalnym. Oczywiście już dużo wcześniej było to zaplanowane i zaproszenie do udziału w tym wydarzeniu kierował ksiądz Kazimierz z wielką serdecznością do każdego katechety z osobna, jak bywaliśmy na Mszach i spotkaniach w poszczególnych wioskach rozsianych po lesie. Okazało się, że przybyli prawie wszyscy katecheci. Oni, wraz z młodzieżą oazową, grupami modlitewnymi, nadzwyczajnymi szafarzami Komunii Świętej i kilkoma gorliwszymi przedstawicielami wspólnoty przy kościele macierzystym, stanowili już dosyć poważna liczbę osób, która zapełniła naszą salę katechetyczną. Ksiądz Kazimierz zaprosił z sąsiedniej parafii księdza neoprezbitera, by ten przedstawił zgromadzonym wykład o Eucharystii. Właściwie to całe spotkanie, które trwało dwa dni, składało się ze wspólnej modlitwy, Mszy Świętej, kilku wykładów poświeconych Eucharystii i dyskusji. Podczas dyskusji zastanawialiśmy się, co w tych warunkach, jakie mamy, można uczynić, by rozbudzić wśród ludzi pobożność, zwłaszcza  eucharystyczną. Pomysłów było wiele, oby tylko chociaż cześć tego, co wypowiedziano, udało się wcielić w życie. Na pewno niezaprzeczalnym owocem tego spotkania będzie duszpasterstwo dzieci i małżeństw. Kilkoro ludzi zdecydowało się zabrać do tego i, jak na razie, czynią to z wielkim zapałem. Jedno i drugie jest tu bardzo potrzebne.

Pierwszy dzień spotkania kończył się adoracją. Kiedy ksiądz Kazimierz przyniósł Najświętszy Sakrament na ołtarz i umieścił świętą Hostię w monstrancji, to nagle zgasło światło. Brak elektryczności, niekiedy przez kilka dni, jest tu normą. Nikt się jednak nie spodziewał tego w tym momencie. Wszystko ogarnęła wraz z ciemnością głęboka cisza.
Jedynie na ołtarzu Najświętszy Sakrament jaśniał niezwykłym blaskiem. Tak się nam wszystkim przynajmniej wydawało, bo świece stojące po bokach ołtarza jakby nie mogły dać same z siebie takiej jasności.  Wyglądało to tak, jakby cały świat zatrzymał się w tym momencie i adorował Jezusa Eucharystycznego. Nawet wyciszyły się odgłosy pobliskiego lasu. Podczas modlitwy moje myśli pobiegły ku temu, co mówili tego dnia katecheci o swoich trudnościach – o braku ludzi i sił, o wielkich odległościach i biedzie w swoich wioskach. Mówili także i o swoich radościach, że oto kilkoro dzieci znów przyjmie Pierwszą Komunię, że są dwie pary gotowe na zawarcie sakramentalnego związku... Z ich oczu i serc płynęło przy tym tyle radości. Tak mało maja ci ludzie, a tak wiele potrafią innym dać – swoja głęboka wiarę. Często modlę się, by gorliwość tych niewielu ludzi przełożyła się na ożywienie serc pozostałych. Tak bardzo ten lud potrzebuje wiary, bo tylko dzięki niej będzie możliwe jego godniejsze życie.

Wybory! Wybory!

paderewskigrzegorz

Upał każdego dnia coraz większy. Okazuje się, że bardzo dobrze trafiłem z przyjazdem tutaj, bo przyjechałem w najzimniejszym momencie. A teraz, z dnia na dzień, robi się coraz cieplej. Zbliżają się najgorętsze miesiące. Tym najbardziej upalnym będzie grudzień. Trudno to pewnie w Polsce sobie wyobrazić. Ja też nie mogę zaszaleć z wyobraźnią, bo nie wiem, co sądzić o grudniu, skoro już teraz temperatura czasami sięga 40 stopni, w cieniu oczywiście.

Jest jeszcze jeden powód, obok klimatu, który sprawia, ze codziennie jest jakby goręcej.  A to wszystko przez politykę!

Tak, jak w Polsce, co niektórzy zamartwiają się, ze Kościół za wiele zajmuje się polityką, tak tutaj bardzo się martwimy, że polityka staje się religią. Chociaż pewnie pierwszą religią jest dla Brazylijczyków piłka nożna, to zaraz po niej zdaje się iść polityka. Teraz to wyraźnie widać, bo mamy najgorętszy politycznie czas. Wkrótce wybory na szczeblu lokalnym. Wszędzie tylko mówi się o vereadorach i prefektach, którzy to są powiednikami naszych radnych i starostów. Po drogach nieustannie jeżdżą samochody z nagłośnieniem nadając propagandę wyborcza. Generalnie trudno się zorientować, o co w tym wszystkim chodzi, bo żaden z polityków nie ogłasza swojego programu, zamiarów, planów. Pełno natomiast w tych propagandach napaści na przeciwników, niekiedy bardzo brutalnych i wulgarnych. A podobno jak trudno się zorientować, o co chodzi, to wiadomo, że chodzi tu o pieniądze. A tu, w przypadku tylko tej lokalnej polityki,
pieniądze, zarówno te zaangażowane w wybory i te spodziewane po wyborach dla
wygranych, są kolosalne. Pewnie ta sprawa mogłaby wytłumaczyć wiele, jeśli
chodzi o biedę tego kraju (przynajmniej tutejszych okolic). Prefeito jest szefem municipio, czyli jakby naszego powiatu. Jest jednocześnie dosłownie panem i władcą wszystkiego, co się tu znajduje i dzieje. On, w swoim ręku ma wszelkie pieniądze. Na edukację, na policję, sąd, oczyszczanie miasta, budowę dróg, pomoc biednym, elektryfikację, wodociągi, itd. Przypuszczam, że stwierdzenie, iż skoro prawie niczego tu nie ma z wyżej wymienionych rzeczy, to pieniądze zostały przez prefekta źle zagospodarowane. Aż się ciśnie na usta inne określenie, ale przecież nie do mnie należy osąd. Pewne fakty mówią za siebie. Na przykład obecny prefekt dla potrzeb swojej kampanii wyborczej miedzy innymi sprowadził do naszej miejscowości samochód
platformę, którego normalnie się używa podczas karnawału, na przykład w Rio de Janeiro. Jest to taka jeżdżąca gigantyczna scena ze ścianą głośników. Koszt tego
zabiegu wyborczego to 30000 realów, czyli nieco ponad 10000 dolarów. Każdego
dnia, w poszczególnych wioskach różni kandydaci zachęcają do głosowania na
nich urządzając fiesty. Ludzie ciągną do tego jak muchy. Podczas takich imprez przede wszystkim rozdawany jest darmowy alkohol. Rozdaje się go w ilościach hurtowych.  Na przykład 700 litrów mocnej wódki to norma. Jak się weźmie pod uwagę, że w takiej wioseczce mieszka ze 200 osób, że dotrze na te imprezę gdzieś drugie tyle z okolicy, to obraz rozpicia tutejszych ludzi jest tragiczny. Nic dziwnego, ze następnego dnia nawet psy są pijane. Pomyśleć, że jednocześnie dzieci nie maja w szkołach lekcji od miesięcy, bo nie ma pieniędzy na zatrudnienie nauczyciela, że wiele rodzin je tylko jeden
posiłek dziennie, składający się z ryżu i fasoli, że od czterech lat nie odbudowano zerwanych w czasie deszczów mostów, że....tu takich obrazów można by przytaczać bardzo wiele. Dla nas tutejsza polityka jest to wielki problem. Na przykład w ostatnią niedziele mieliśmy umówioną na piętnastą Mszę Świętą w bardzo oddalonej od miasteczka wiosce. Tuż przed wioską, na przejeździe przez rzekę utknęła ciężarówka. Ksiądz Kazik zostawił mnie w samochodzie, bym go pilnował, a sam na piechotę (gdzieś około 2 km, a o piętnastej jest upał nie do wytrzymania) udał się na miejsce Mszy. Czekałem cierpliwe, mając nadzieje, że mężczyznom uda się wyciągnąć ciężarówkę z potrzasku i dotrę jeszcze na Mszę. Ale po 2 godzinach ksiądz Kazimierz wrócił z miną bardzo smutną. Okazało się, że poprzedniej nocy we wiosce była festa zorganizowana przez kandydata na prefekta i wszyscy są pijani.

I tak to polityka jest ważniejsza od religii. Ludziom nie chce się przyjść paru kilometrów na msze, a potrafią parenaście kilometrów nocą, piechotą albo na rowerach, ciągnąć przez las na fiestę! Jest to jedno, smutne oblicze polityki brazylijskiej, odsłaniające najgorsze instynkty, na których inni, niby troszczący się o dobro społeczne, robią fortuny. Drugie oblicze jest pełne strachu, panicznego lęku o przyszłość. Tutaj uczestnictwo w wyborach jest obowiązkowe od 16 roku życia, kiedy to obywatel tego kraju staje się już pełnoletni. Obok tej obowiązkowości istnieją inne jeszcze przymusy. Dla większości sprawa wygranych w wyborach, tych lub innych kandydatów, to sprawa życia lub śmierci. Czemu? Dzisiaj każdy nauczyciel w szkole, każdy urzędnik municipium, pan z poczty - ludzie,  którzy mają państwowe pensje - oni wszyscy zadręczają się jednym pytaniem - na kogo zagłosować. Bo jak zagłosują na obecnego prefekta, a on przegra, strącą pracę. Jak nie zagłosują, a on wygra, też ją stracą! Ci, którzy są biedakami mają podobny problem. Jak zagłosują nie na tego kandydata, który wygra, mogą na cztery lata pożegnać się chociażby z leczeniem w lepszej nieco przychodni.
Nie dostaną tez żadnej pomocy dla wioski.

Msza niedzielna.

paderewskigrzegorz

Wiele miejsca w naszych rozmowach, miedzy księdzem Kazikiem i mną, zajmuje sprawa pobożności brazylijskiej. Już nieco o niej wspominałem pisząc o kulcie świętych. Temat ten jest jednak na nieszczęście bardzo szeroki, a pojąć tej sprawy to chyba się wręcz nie da. Czemu? Niektóre statystyki podają (chociaż różne dane spotkałem), że w Brazylii jest aż 97 procent chrześcijan. Nie wiem, jaka część z nich jest katolikami (podobno aż 87
procent). Natomiast jak przyjdzie się w niedzielę na Mszę Świętą i spojrzy na obecnych ludzi, można sobie pomyśleć, ze katolicy są tutaj nikłą, śladową wręcz mniejszością. Parafia, w której misyjnie dorastam, liczy około 10 tysięcy mieszkańców. Zdecydowana większość spośród nich jest ochrzczona w Kościele Katolickim. Ponieważ jest to bardzo biedny teren, wiec nie ma tutaj sekt. Jest tylko maleńka, 200 osobowa wspólnota protestancka. Chciałoby się wiec zapytać, gdzie są ci wszyscy katolicy w niedziele? Ksiądz Kazik cierpliwie  mi tłumaczy, ze na ten fakt złożyło się bardzo wiele czynników. Pierwszy i zasadniczy to taki, że ludzie ci nie mają w świadomości zapisanego obowiązku niedzielnej Mszy Świętej. Może się to wzięło i z tego, że ksiądz ze Mszą Święta bywał tu bardzo rzadko. Chociaż kościół zbudowano jeszcze w XIX wieku, to parafię utworzono dopiero w 1987 roku. Wcześniej przyjeżdżał tu ksiądz raz, dwa razy w roku na kilka dni. Nawet wtedy, gdy istniała już parafia, to były długie okresy bez księdza. Tłumaczenie nie bardzo mnie przekonuje, bo wszędzie widać, ze religijność tutejszych ludzi jest bardzo nikła. Na msze przychodzą tylko nieliczni. Nawet i ci, jak spadnie deszcz, zgaśnie prąd  lub poprzedniego dnia jakiś polityk urządzał festę, znacznie się przerzedzają. Na szczęście rzadko tu pada, ale za to fest politycy, niestety, robią bardzo wiele, a prądu nie ma prawie stale. Czy pokolenie dorosłych Brazylijczyków jest dalekie od Kościoła? O tym oddaleniu świadczy nie tylko nikła frekwencja niedzielna, ale także wielka liczba dorosłych nie ochrzczonych, bardzo rzadkie przypadki sakramentu małżeństwa, brak zainteresowania sakramentem bierzmowania. Spowiedź jest także tutaj bardzo rzadka. Faktycznie nie istnieje życie modlitewne. Religia nie ma wpływu na życie ludzi, którzy ogłaszają siebie katolikami. Natomiast gdyby Brazylijczyka (tego właśnie, który żyje z trzecia już kobietą, nie dba o swoje dzieci i nie pamięta kiedy był ostatni raz na Mszy Świętej) ktoś zapytałby, czy jest wierzącym człowiekiem, odpowie ze wzruszającą szczerością, że tak. A jeśli ktoś chciałby jego wyznanie podważyć, to spotkać się może z bardzo bojowniczą postawą, nie tylko świętym oburzeniem, ale wręcz z rękoczynami. Trzeba wiele pracy - głoszonego Bożego Słowa, katechezy,  wiele miłości, aby rozniecić tutaj życie sakramentalne.
Zawsze, jak w niedziele rozpoczynamy Mszę Świętą i patrzę na te kilka osób, jakie stoją wraz z nami przed ołtarzem, to  wtedy przypomina mi się kościół chojnicki (a wraz z nim te liczne
parafie polskie, w jakich ostatnio zwłaszcza bywałem), wypełniony ludźmi, gdzie też i mszy sprawowanych jest dużo więcej. Wspominam tamte chwile i proszę Pana Boga aby dał moc
swego życia temu Kościołowi, ufając, że może kiedyś tak się stanie. Ksiądz Kazik opowiadał mi, że na początku chciało mu się płakać w niedziele, kiedy po sobotniej feście do kościoła przychodziły dwie staruszki i kilkoro dzieciaków. Dzisiaj wie, ze bieda duchowa tych ludzi jest tak wielka, ze potrzeba nie łez, ale działania. Łez oni nie zrozumieją, nawet nie dostrzegą, a przykład życia może ich czegoś nauczyć.

Chrystus w klatce.

paderewskigrzegorz

Słuchałem jakiś czas temu ze zdziwieniem, jak ksiądz Kazimierz odgrażał się, że po pomalowaniu kościoła zamknie Chrystusa w klatce. Teraz patrzę z równie wielkim zdumieniem, jak Go w klatce zamyka i jeszcze się z tego wyraźnie cieszy. Już jednak rozumiem, że to dobre rozwiązanie. Wszystko przez tutejszą, niekiedy zupełnie dla nas
niezrozumiałą, pobożność. Malowanie kościoła pociągnęło za sobą generalne porządki wszędzie i ze wszystkim. Stad też każda figurka, jakich mamy w kościele bardzo dużo,  została pięknie wymyta, każda ozdoba oczyszczona, a suknie ślicznie wyprane. Tutaj rzeźby często są ubierane w szaty. Miejscowa ludność bardzo o to dba. Może ich nawet ogóle nie zainteresować kaplica z Najświętszym Sakramentem, nie przyjdą na Mszę Świętą, nie pomyślą o spowiedzi, ale to, czy ich święta patronka ma dobrze założona szatę - o,  to jest bardzo ważne.
Cześć oddawana Panu Bogu poprzez świętych wyrażana jest tu jakby nieco inaczej. Tu nie ma wyraźnej modlitwy, zatrzymania się w milczeniu, medytacji. Jest za to całowanie figury, tulenie się do niej, ciąganie szaty, nawet z wyraźnym gniewem, jeśli święty modlitw nie wysłuchuje. Stad wiele kłopotów było z Panem Jezusem. Mamy tu taką figurę Pana Jezusa, który dźwiga krzyż na Golgotę i pod nim upada. Jest On ubrany w piękne szaty (trochę jakby nie na Drogę Krzyżową), ma perukę z długimi włosami. Okazało się, że jak przychodziliśmy do kościoła, to cały bywał poszarpany i poczochrany. Ogólnie rozpaczliwy wygląd. Dla tego trafił do chroniącej Go klatki. Ktoś może sobie pomyśli, czy już większych kłopotów nie ma  misjonarz? Ma, zdecydowanie są dużo większe. Ale tu tez trzeba jakoś zadziałać, formując normalniejszą pobożność ludową. Pewnie wytłumaczenie, jakie ludziom się przedstawia, że figura Pana Jezusa jest bardzo cenna i trzeba ją chronić przed kradzieżą, nie jest najuczciwszym rozwiązaniem, ale trzeba od czegoś zacząć. Jest też w tym jakąś racja. Słyszałem takie opowiadanie, ze tutejsi ludzie mają obyczaj nie tylko modlić się gorliwie do świętych, nie tylko lekko ich przymuszać do aktywniejszej pomocy szarpnięciami czy popychaniem. Zdarzają się też uwięzienia figury świętego. Na przykład swego czasu z sanktuarium została wykradziona figurka Matki Bożej z Aparecida. Okazało się, że zaaresztowała ją jakaś pobożna kobieta, która chciała Matkę Bożą w ten sposób bardziej zmotywować do pośrednictwa w jej  prośbach. Swoją drogą czy historia z obrazem Matki Bożej Kodeńskiej nie jest nieco podobna?

 

Wielki zamęt przedwyborczy.

paderewskigrzegorz

Ostatnio mamy wielki zamęt przedwyborczy. Wiele jest z tą polityką ludzkiej krzywdy, ale teraz to już przekręty przekraczają wszelkie granice. Na przykład agitatorzy chodzą po domach i kupują za pieniądze głosy wyborców. Im bardziej wpływowy w miejscowości człowiek, tym jego cena większa. Od 20 realów do 30000. Kazik w kościele wywiesił taki plakat, który mówi, że katolik głosuje zgodnie z sumieniem, a nie za pieniądze. Oczywiście nikt tego plakatu nie zauważył. Wczoraj jeden z polityków - kandydatów na prefekta urządzał swój miting przedwyborczy w naszym mieście, na placu przed kościołem. Nie spałem całej nocy, bo najpierw przemówienia, krzyki, potem tańce do rana, a nieustannie przez całą noc petardy. Pewnie gdyby Kazik miął te pieniądze, jakie zostały wydane na same petardy, to pomalowałby za to cały kościół i jeszcze belki w dachu powymieniał.  Na początek takiego komisu urządza się tak zwaną passiata. Na
początku jedzie samochód z kandydatem, a za nim samochody, ciężarówki, motory,
rowery, osiołki, piesi - w jednym wielkim pochodzie, wszyscy jego zwolennicy.
Wygląda to imponująco, taki pokaz siły. Ma to swój urok. Latynoamerykanie
potrafią pewne rzeczy robić bardzo spektakularnie.

Malowanie kościoła i koza.

paderewskigrzegorz

U mnie teraz szara rzeczywistość. Ponieważ przeraża mnie nieustannie bariera językowa, wiec zaczynam wpadać w brazylijski obłęd. Z jednej strony cały dzien. się tego języka uczę, rano robię ćwiczenia, po południu tłumaczę teksty z książek, a wieczorami i w każdej innej wolnej chwili tłumaczę sobie
słówka z brewiarza. Codziennie odmawiamy z Kazikiem brewiarz po portugalsku. Chyba nie jest on do końca ważny i godny, bo czasami bardzo dużo nie rozumiem, zwłaszcza z Godziny Czytań. Z wielką zazdrością, nawet nie wiem, czy nie grzeszną wręcz, patrzę na Kazika, który wszystko rozumie. Ale trudno, taki mój los początkującego misjonarza. I tak gorzej mają moi koledzy, którzy trafią do Afryki. Oni wprawdzie cały czas są gdzieś na kursach językowych, a to w Anglii, a to we Francji, ale jak już za kilka
miesięcy pojadą do tych swoich krajów misyjnych, to będą się musieli uczyć na nowo języków lokalnych.
A ja już wtedy będę miął nieco lepiej, bo może już coś tam będę umiał! Teraz nie jeździmy przez dwa tygodnie do interioru, bo Kazik zabrał się za malowanie kościoła. Jednego dnia pożyczyliśmy ciężarówkę (taką starą, co miała luzy w kierownicy chyba metrowe, latała od brzegu do brzegu drogi) i pojechaliśmy do Teresiny po farbę. Teresina jest miastem z 770000 mieszkańców i stolicą stanu Piaui. Jest od nas oddalona o 120 km, ale z powodu bardzo słabej drogi samochodem jedzie się 5 godzin, a ciężarówką jechaliśmy chyba z 7 w jedną stronę. W sklepie oczywiście nie było tyle farby, co chcieliśmy, trzeba było kombinować z kolorami, ale ostatecznie kupiliśmy i farby, i pędzle i inne takie tam różne rzeczy malarskie. Nocą wyjechaliśmy, nocą wróciliśmy, ledwo żywi, ale szczęśliwi. Zanim zabraliśmy za malowanie, trzeba było oczyścić strych z nietoperzy (tu jest ich chyba najwięcej na świecie) i z takich dużych robaków, co się nazywają barata. Też było dużo zabiegów kosmetycznych na murze, jakieś łatania i te sprawy. No a teraz jest jedno wielkie malowanie. Kazik pozwolił mi tylko pomóc przy rusztowaniach, bo potrzeba było wysokiego człowieka, a tu wszyscy są bardzo niskiego wzrostu. Do malowania już mnie nie dopuścił, bo jak twierdzi, ja mam się uczyć języka. Ale co chwila chodzę tam i marudzę mu! 

Tutaj jest taki śliczny kościół, zbudowany w drugiej połowie XIX wieku, na miejscu istniejącej starszej jeszcze kaplicy. Chyba od tamtych czasów, tak mi się przynajmniej wydaje, kościół nie był malowany, bo jest potwornie zdewastowany. Będzie jednak najpiękniejszym w okolicy. Nie tylko dla tego, że za wiele tu w okolicy kościołów nie ma! Wprawdzie najwięcej zależało, jeśli chodzi o to malowanie, od Kazika, to włączają się w dzieło bardzo licznie i chętnie parafianie. Nie tylko pomocą, ale też i ciekawymi pomysłami na zdobycie pieniędzy.  Na przykład taki pan, który zbiera dziesięcinę i nią zarządza wraz z radą parafialną,  namówił Kazika na kupno kozy i urządzają loterię. Los kosztuje 2 reały, a cała koza 40. Ludzie kupują losy jak szaleni i w przyszłym tygodniu będzie losowanie, cały zaś dochód pójdzie na malowanie.

Uroczystości Wszystkich Świętych.

paderewskigrzegorz

Uroczystości Wszystkich Świętych i wspomnienia Wszystkich Wiernych Zmarłych nie obchodzi tutaj tak jak w Polsce. To pierwsze święto zostało przeniesione na następną
niedziele. Wtedy to będziemy medytować o świętości! Natomiast drugiego listopada mięliśmy Msze święte na cmentarzach. Tego roku ksiądz Kazimierz pojechał  do interioru, ja zostałem w Nossa Senhora dos Remédios. Miałem swoje dwie pierwsze ” samodzielne” Msze święte z homiliami. Wszystko odbyło się w miarę dobrze, ludzie odnieśli się do mnie z wielką cierpliwością. Było też wielu przyjezdnych, którzy nie znając mnie, patrzyli na mnie z ogromną uwagą i zdumieniem (to słowo „wielu” wcale nie oznacza jakiś tam tłumów, tutaj było na cmentarzach dosłownie po kilkanaście osób). Mój sposób mówienia dawał im wiele do myślenia. Wspomniałem, że odprawialiśmy Msze święte na cmentarzach. Tutejsze cmentarze także są bardzo odmienne od polskich. Przede wszystkim jest ich bardzo dużo i są minimalnych rozmiarów, po kilka grobów, ledwo widocznych. Co więcej, często zmarli są chowani poza cmentarzami, w dosyć przypadkowych miejscach: na skraju lasu, na jakiejś polanie, pod wzgórzem. Na cmentarzu i poza nim miejsce po grobie szybko znika. Grób znaczy tylko usypany wzgórek z piachu z wbitym w ziemię krzyżem. Kiedy przyjdą deszcze, wszystko rozmywają. Bardzo rzadko się zdarza, że rodzina dba o grób, że go ciągle odnawia, że buduje jakiś pomnik, coś trwałego z cementu i kamieni. Takimi chlubnymi wyjątkami, niestety nielicznymi, są cmentarze prywatne, należące do starych rodów. Takie rodziny miały od początków swego osiedlenia się w Brazylii swoje cmentarze na należących do nich posiadłościach. Po dzień. dzisiejszy one istnieją, są ogrodzone, a groby pobudowano tam solidne. Otacza się je troskliwą opieką, chociaż rodziny te często już wyprowadziły się daleko. Pamiętają na szczęście o swoich korzeniach. Potrafią też właśnie na dzień Zaduszny z tego daleka przyjechać.

Wejście na jeden z cmentarzy w Palmeirais.

Nossa Senhora Aparecida

paderewskigrzegorz

W Polsce październik, miesiąc różańca, miesiąc szczególnie poświecony Matce Bożej. A tutaj jakby o Matce Bożej nieco ciszej. Tak mi się przynajmniej wydaje, bo różańca nie odmawia się uroczyście każdego dnia w kościele podczas osobnego nabożeństwa. Kiedy wyrażam swój żal z tego powodu, ksiądz Kazik uspokaja mnie, że różaniec, nieco w innej formie niż w Polsce, jest odmawiany w maju. Wtedy po mieście i wioskach, od domu do domu, pielgrzymuje figurka Matki Bożej i odmawiany jest różaniec. Każdego wieczoru na modlitwie gromadzą się wszyscy członkowie rodziny i najbliżsi sąsiedzi. Podobno jest to
traktowane bardzo poważnie i nikt z tych gorliwszych katolików nie wymawia się od przyjęcia figurki. Często też na taką modlitwę wpada ksiądz proboszcz. Jest to bowiem doskonała okazja na mała katechezę, a także, aby do obecności w kościele zachęcić tych, którzy już zupełnie o Mszy niedzielnej zapomnieli. Na takich różańcach majowych bywają bowiem ci, którzy bardzo unikają kościoła i sakramentów.

Proszę jednak nie sądzić, ze Brazylijczycy nie czczą Matki Bożej. Wręcz przeciwnie, kult maryjny jest tutaj bardzo żywy (chociaż zupełnie inaczej ta żywotność się wyraża).

Każdego roku, dwunastego października, Brazylia przeżywa swoje największe religijne i jednocześnie narodowe święto. Jest to święto Matki Bożej z Aparecida. Bierze ono swój początek w październiku 1717 roku. Wtedy to, w miejscowości Porto do Itaguassu,  trzech rybaków: Filipe Pedroso, Domingos Garcia i Joâo Alves, łowiło ryby w rzece Paraíba, na południu Brazylii. Niestety, mimo wielkiego wysiłku i cierpliwości, tego dnia prawie nic nie udało się im złowić. Byli w poważnym strapieniu. Oto bowiem za dwa dni rozpoczynała się ogromnie uroczysta festa z okazji objęcia rządów przez nowego gubernatora. Rybacy z całej okolicy mieli wyznaczone ilości ryb, jakie kazano im dostarczyć na uroczystość.  Gorliwie zaczęli prosić Matkę Najświętsza o pomoc w swej biedzie. Kiedy po raz kolejny zarzucili sieć i ją wyciągnęli, nagle oniemieli, bo w sieci coś dziwnego się pojawiło. Okazało się, ze wśród kilku nędznych ryb znajduje się figura. Niestety, była pozbawiona głowy. Stwierdzili, że jest to rzeźba Matki Bożej. Ostrożnie wyjęli znalezisko i ponownie zarzucili sieci. Wtedy, także pośród kilku małych rybek, w wyciągniętej sieci dostrzegli głowę należąca do złowionej przed chwila figurki. Postać Matki Bożej była niewielka, cała czarna, bardzo zniszczona.
Rybacy najpierw zastanawiali się nad tym, kto mógł wyrzucić święta figurę do rzeki wcześniej ją uszkadzając. Potem jeden z nich, Filipe Pedroso, zabrał znalezisko do siebie. Najpierw figurę Matki Bożej oczyścił, naprawił, potem umieścił ją na widocznym miejscu w swoim domu. Tego wieczoru wszystkie rodziny rybackie były bardzo zmartwione znikomymi połowami. Żona Filipe Pedroso zachęciła męża, by wraz z nią modlił się o Boża pomoc przy tak dziwnie wyłowionej figurce Matki Bożej. Tak też oboje uczynili (chociaż podobno mąż był bardzo oporny w tej modlitwie). Następnego dnia jego sieci nieustannie, przy każdym zarzuceniu, pełne były ryb! Od tej pory wielu rybaków przychodziło do chaty Pedroso by prosić Maryję o pomoc i to nie tylko w sprawie połowu ryb.  W 1732 roku figurkę Filipe Pedroso przekazał swemu synowi Atanásio Pedroso. Ten zbudował maleńką kapliczkę, w której umieścił Matkę Boża. Od razu przy figurce gromadziły się tłumy rybaków. Zwłaszcza najliczniej przybywali w soboty, kiedy to uroczyście śpiewano różaniec i pieśni maryjne. Kiedy gromadzące się tłumy były już bardzo liczne i sława Matki Bożej, nazywanej Aparecida (bo zjawiła się wtedy, kiedy ludzie potrzebowali pomocy ), rozchodziła się po najdalsze miasta Brazylii z powodu cudów, jakie się działy za wstawiennictwem Maryi, zbudowano w miejscu kapliczki kościół. Potem, już w naszych czasach, wzniesiono gigantycznych rozmiarów bazylikę, którą w roku 1980 poświęcił Ojciec Święty Jan Paweł II, podczas swojej pielgrzymki do Brazylii, do Nossa Senhora da Aparecida. 

Figura Matki Bożej z Aparecida.

12 października oczy i serca wszystkich  katolików Brazylii zwrócone były na Matkę Boża z Aparecida. Zwrócone były poprzez modlitwę, poprzez uczestnictwo w Mszach świętych licznie tego dnia sprawowanych we wszystkich parafiach. Każdy, kto tylko miał taką możliwość, w telewizji oglądał główne uroczystości w Aparecida. Ja także miałem okazję oglądać transmisję ze Mszy świętej z sanktuarium Matki Bożej, bo byłem tego dnia u mego księdza biskupa. Normalnie u nas, w Nossa Senhora, nie ma szans na oglądanie telewizji, bo dociera tylko jeden program i to bardzo słabo. Msza była  sprawowana pod przewodnictwem nuncjusza apostolskiego. Obecni byli liczni biskupi, setki kapłanów i 65 tysięcy wiernych. Podczas Mszy dokonano poświecenia nowej korony Matki Bożej (koronacja odbyła się 8 września 1904 roku). Wcześniej aktorzy przedstawili misterium ilustrujące znalezienie cudownej figury. Na Mszy byli też obecni sławni w Brazylii ludzie - politycy, artyści, naukowcy. Wszyscy oni demonstrowali swoja cześć i oddanie Matce Bożej. Miedzy innymi była słynna narodowa śpiewaczka Maria Bethania. Ona, na zakończenie, po błogosławieństwie, odśpiewała pieśń o Nossa Senhora z Aparecida. Słowa tej pieśni są właściwie modlitwą prostego, zagubionego w życiu człowieka, który zrozumiał, że tylko Maryja pomoże mu odnaleźć drogę do Jezusa. Pieśń ta jest bardzo wzruszająca, w swej prostocie ogromnie głęboka i pełna mocy. Sama  figura Matki Bożej z Aparecida jest bardzo mała, wykonana z czarnego kamienia. Ma około 50 centymetrów. Została ubrana w
płaszcz (co tutaj jest normalną praktyką, figurki w kościele często mają swoje szaty) na którym wyszyte są dwie flagi, papieska i brazylijska. Chociaż oficjalnie Matka Boża z Aparecida nosi tytuł Głównej Patronki Brazylii, to ją za swoją Patronkę, Matkę, nauczycielkę i Wspomożycielkę uznają zwłaszcza najbiedniejsi. Tak się stało, ze to oni, nędzarze tego świata, pierwsi zwrócili swoje pełne wiary modlitwy do Nossa Senhora da Aparecida i nadal żywią najgorliwsze do Niej nabożeństwo. Zdaje się oczywistym fakt, ze Maryja, gdziekolwiek się objawia, w taki, lub inny sposób, najwięcej czyni w dziele ewangelizacji. Jak dzisiaj wyglądałaby Polska bez Jasnej Góry, Europa bez Fatimy czy Lourdes, jak Meksyk bez Guadelupe, jak Brazylia bez Aparecida? Trudno to sobie wręcz wyobrazić. Maryja zawsze prowadzi do Jezusa, jest najlepsza Misjonarką świata!

 

Stara bazylika - sanktuarium.

Pogrzeb.

paderewskigrzegorz

Nossa Senhora dos Remedios, 21. 10. 2004 r.

Rano, jak wychodziliśmy na poranną Mszę Świętą, przyjechał na rowerze ze swojej wioseczki nasz katecheta João Batista. Okazało się, że wczoraj późnym wieczorem w jego miejscowości zmarł jakiś człowiek. Przybył prosić, byśmy pojechali odprawić Msze w intencji tego zmarłego w jego chacie. Normalnie pogrzeb tutaj odbywa się w wielkim pośpiechu i raczej nikt nie myśli o Mszy Świętej. Rodzina chowa swojego zmarłego jeszcze tego samego dnia, albo, jeśli zmarł wieczorem lub nocą, to pogrzeb odbywa się dnia następnego. Jeśli taki człowiek jest przez noc w domu, to gromadzą się tam dosłownie wszyscy i opłakują zmarłego. Kiedy zajechaliśmy do Riacho da Mata to zastaliśmy w chacie zmarłego zgromadzoną całą wioseczkę i nawet mieszkańców dalszej okolicy. Zmarły leżał w trumnie, co oznacza, ze był nieco bogatszy. Często nie używa się trumien i zmarli są chowani w hamaku, albo od razu do ziemi. Zmarłego ubrano na biało, w białą koszulę, spodnie i skarpetki. Był też związany sznurem. Jeszcze nie rozwikłałem tej zagadki. Ksiądz Kazimierz mówił, że to wszystko, nawet pragnienie tych ludzi, byśmy odprawili tam Mszę Świętą, jest związane z przesadami. Jak się rodzina ( albo też cała wioska, znajomi, przyjaciele) nie pomodli, to zmarły będzie im szkodził w dalszym życiu. Pewnie ma racje, już dwa lata jest w tej parafii. Więcej widział, więcej doświadczył, więcej też wie. Raczej odnosił się do tego, co widzieliśmy, z wielkim dystansem. Rzeczywiście wiele rzeczy było bardzo podejrzanych. Od razu bardzo nieautentyczny wydał się nam płacz rodziny. Wszyscy dosłownie szaleli z rozpaczy. A już jedna niewiasta, a wcale nie była to żona zmarłego, szczególnie w swych lamentach zwracała naszą i całego otoczenia uwagę. Modlić się w tych warunkach było trudno, więc Kazimierz wszystkich zdecydowanie uciszył mówiąc, co o tym myśli. Przez chwilę miałem obawę, że nas zlinczują, ale się od razu wszyscy uspokoili. Czują tu wielki respekt przed Kazikiem. Potem, jak towarzystwo umilkło, to poszedł za chatę, aby przegonić pijących cachasa mężczyzn. Tych tam było bardzo wielu. Oczywiście, tylko na chwile zamilkli i przestali pić. Jak ksiądz Kazimierz się oddalił, to znów wrócili do swego ulubionego zajęcia. Rozpacz kobiet, przez nas odbierana jako udawana, jest wyrazem przesądu. Rozpaczać trzeba, żeby dać wyraz swej życzliwości wobec zmarłego, aby on nie szkodził po śmierci. Nie wiem, jak rozumieć to picie cachasa. Czy to miałby być męski wyraz rozpaczy?

Generalnie ten cały pogrzeb dal mi wielce smutny obraz pobożności z głębokiego interioru. Już po raz kolejny, a jestem przecież w Brazylii dopiero dwa miesiące, mogłem się przekonać, ile tu jest przesadów, które głęboko wpisały się w tutejszą religijność. Później oglądałem cmentarz. Wyglądał jak śmietnik. Tu zmarłego chowa się w ziemi, często byle jak, a potem prawie nikt nie odwiedza, nie pielęgnuje miejsca pochowku. Po jakimś czasie rodzina (która tak szalała z rozpaczy) nawet nie potrafi pokazać miejsca, gdzie swego zmarłego pochowała.

Pięknym wyrazem pamięci o zmarłych, niestety u bardzo nielicznych, jest Msza Święta zamawiana siódmego dnia po śmierci. W sumie stanowi ona faktyczny pogrzeb, bo dopiero wtedy zdążą przyjechać wszyscy z rodziny. Niektórzy też proszą o odprawienie takiej Mszy w miesiąc po śmierci. Nawet wtedy niektórzy wydają taki okolicznościowy obrazek ze zdjęciem zmarłego, jakimiś jego słowami, albo po prostu z pobożnym tekstem z Pisma Świętego.

Ktoś może sobie pomyśleć, że skoro tak wiele w tej pobożności brazylijskich biedaków jest przesądów, to powinno się ich traktować bardziej surowo. Ksiądz Kazimierz jest zdania, że każda taka sytuacja jest najlepszą sposobnością na katechezę, na pouczenia. Ufa, że tylko tak będzie mogła się zmieniać mentalność tych ludzi, ich sposób myślenia i złe przyzwyczajenia.

O katechetach jeszcze jedno słowo.

paderewskigrzegorz

Nossa Senhora dos Remedios, 17. 10. 2004 r.

Wczoraj mieliśmy cudowną sobotę. Najpierw pobudka o czwartej rano. Właściwie to nie musiałem się budzić, bo całą noc jakieś zwierzaki szalały w krzakach wydając takie głosy, że trudno było oko zmrużyć. O piątej ruszyliśmy z procesją do figurki Matki Bożej, jaka stoi przy wjeździe do miasta. Tak właśnie swoją siódmą rocznicę istnienia obchodziła tutejsza grupa młodzieżowa. Przy figurce, o świcie, była Msza Święta, a potem śniadanie. Po śniadaniu ruszyliśmy od razu do interioru, do Capivara. Jak tam zajechaliśmy, to ksiądz Kazik doznał szoku, bo tamtejsza wspólnota odmieniła się zupełnie. Wyremontowali kaplicę, pomalowali ją i zrobili nowa podłogę. Przyszło bardzo dużo ludzi, byli nawet mężczyźni, co jest zjawiskiem bardzo rzadkim. Na dodatek wszyscy w skupieniu uczestniczyli we Mszy Świętej. Przed nią Kazik surowo egzaminował wyglądające na bardzo przestraszone dzieciaki, które przygotowują się do pierwszej Komunii Świętej. Postrzegane przez księdza Kazika, jako bardzo radykalne, zmiany w Capivara zdarzyły się za sprawą jednej katechetki o imieniu Iracema. Okazuje się, że jedna gorliwa osoba może pozmieniać w takiej wspólnocie bardzo wiele. Ona nie tylko uczy tutejszych mieszkańców religii, ale także życia. Iracema, oprócz swojej katechetycznej działalności, wszczęła kampanię przeciwko alkoholowi. Poziom rozpicia tutejszych ludzi jest doprawdy straszny. Zdaje się, że już nic nie można uczynić, aby temu zapobiec. Postawa katechetki z Capivara budzi na szczęście wielkie nadzieje!

Katecheci.

paderewskigrzegorz

Nossa Senhora Dos Remédios, 12. 10. 2004 r.

Już na pierwszy rzut oka widać, że jedną z bardzo ciekawych posług w brazylijskim Kościele jest ta, którą sprawują katecheci. Wydawać by się mogło, że cały ciężar przekazywania wiedzy religijnej spoczywa właśnie na katechetach. Ksiądz nie ma najmniejszych szans, by się tym zająć sam. Jeszcze jakoś obejmuje wszystko w samym mieście, gdzie jest główny kościół, chociaż i tak bardziej jest to ograniczone do nadzoru nad katechetami, którzy prowadzą różne grupy i katechezy. W interiorze natomiast jest to już zupełnie niemożliwe. Ksiądz w tych oddalonych wspólnotach bywa raz na dwa, trzy miesiące. Katechetami są tam pobożniejsze osoby, które ze szczerej chęci, jako wolontariusze, chcą nieco swej wiedzy i gorliwości religijnej przekazać innym. Katecheci uczą modlitw, pieśni, zachowania i postaw podczas mszy świętej. Zdarzają się też nieco bardziej zaawansowane przypadki. W diecezji Campo Maior jest sporo katechetów, głównie młodych ludzi, którzy wyszli z formacji oazowej. Do tego dołączone zostały jeszcze jakieś krótkie kursy teologiczne, biblijne, katechetyczne, liturgiczne, śpiewu... Po miastach nie jest jeszcze tak źle z poziomem katechez, ale po wioskach w interiorze jest bardzo słabo. Ogólnie trzeba przyznać, że gorliwość i wiara tych osób, które podjęły się pracy katechetycznej, są wielkie. Jest to bardzo budujące. Na przykład nadziwić się nie mogę, i jednocześnie bardzo mnie to ujmuje, jak patrzę na pewnego katechetę z Riacho do Mato. Nazywa się Jăo Batista, ma 24 lata, pracuje na polu. Do głównego kościoła ma 10 kilometrów. A jest prawie na każdej Mszy Świętej w głównym kościele, chociaż rano są one o 6, a wieczorem o 19.30. Zawsze jedzie nocą rowerem po lesie. Jest to chyba bardzo trudne, bo droga wygląda tak, jakby była korytem wyschniętej czasowo rzeki. Na dodatek z wielka gorliwością prowadzi katechezy przed chrztem, nie tylko zresztą w swojej wioseczce, ale też w jeszcze jednej, sąsiedniej. Podobnych przypadków jest tu kilka i dla księdza są one znaczną pomocą. Bez pracy tych ludzi, często bardzo ubogich i prostych, trudno sobie wyobrazić prace misjonarza. Niekiedy już jeden katecheta lub jedna katechetka może zadecydować o całej wiosce. Okazuje się, że mają oni głęboki wpływ na życie takich wspólnot. Często mieszkańcy zagubionych w interiorze i zapomnianych przez świat wioseczek zawdzięczają im bardziej ludzkie, a przez i bardziej Boże oblicze swojej egzystencji. 

Msza sprawowana przez księdza Kazika w szkole w Riacho do Mato. Pierwszy od prawej to właśnie Jão Batista - wspomniany we wpisie katecheta.

Pierwsze dni, tygodnie...cd.

paderewskigrzegorz

Na początku, przez tydzień, byłem właśnie tam, w domu księdza biskupa. Przez ten czas aklimatyzowałem się i załatwiałem dokumenty stałego pobytu, co jest dosyć skomplikowaną operacją. Musiałem wypełnić stosowne dokumenty, pobierali mi też odciski palców. Jak kryminaliście! Tutaj jest taka ciekawa sprawa, że na dowodach osobistych umieszcza się odciski palców. Czy to dla bezpieczeństwa, czy z nowoczesności, tego nie wiem. Ktoś mi wyjaśniał, że to dla tego, iż dużo ludzi tutaj nie potrafi czytać i pisać. Potem odciskiem palca mogą się podpisać i porównuje się to z dowodem tożsamości. W stanie Piauí aż 60 procent ludzi, którzy są poza obowiązkiem szkolnym, nie potrafi czytać i pisać. Kilka razy byłem świadkiem, jak ksiądz Kazimierz błogosławił związek małżeński, i potem małżonkowie podpisywali się na dokumencie właśnie odciskiem kciuka.

Będąc w Campo Maior jeździłem z księdzem biskupem w teren. Też uczestniczyłem w święceniach kapłańskich. Tutaj święcenia są wielką rzadkością. Była to wiec festa dla całego miasteczka. Święcenia odbywały się w parafii pochodzenia neoprezbitera, na rynku, w nocy. Bo za dnia jest za gorąco. Wszystko było tak, jak w Polsce, bo przecież jest to ten sam Kościół. Ale było też bardziej skromnie, bardziej serdecznie. Sam wzruszyłem się ogromnie, zwłaszcza wtedy, kiedy po modlitwie konsekracyjnej neoprezbiter założył ornat i zgromadzeni ludzie przywitali go oklaskami i wielkim aplauzem, a on zapłakał serdecznie, ze szczęścia. Wyjaśniano mi potem, że tutaj droga do kapłaństwa jest o wiele dłuższa i bardzo trudna. Z takich nowości, różnych od polskich obyczajów, to było to, że na koniec neoprezbiter nie wygłosił podziękowań, tylko kazanie. A ponieważ jest on fascynatem ruchu oazowego, więc właśnie było ono o tym. Skąd polski ruch oazowy w tym miejscu? Właśnie ksiądz biskup Edward Zielski od wielu lat prowadzi oazy na ziemi brazylijskiej. On też jest wielkim i gorliwym apostołem orędzia Bożego Miłosierdzia.

Teraz jestem na mojej praktyce misyjnej. Mam ją u księdza Kazika. Miasteczko, w którym mieszka i pracuje nazywa się Nossa Senhora dos Remèdios, co oznacza „Najświętsza Maryja Panna od lekarstw”. Pewnie dla tego, że czczona tutaj Matka Boża słynie ze wstawiennictwa w chorobach.

 

Wnętrze kościoła w Nossa Senhora dos Remédios.

Jak wygląda nasz dzień tutaj? Bardzo zwyczajnie, prosto i zarazem malowniczo. Jak nie wyjeżdżamy do interioru, to mamy msze rano, o 6.30 lub o 19.00. A w między czasie różne zajęcia parafialne. To znaczy Kazik ma te zajęcia, ja mu tylko we wszystkim towarzyszę. A rankiem, kiedy jeszcze nie ma wielkiego upału, uczę się języka. Wieczorami zaś jeżdżę na rowerze do szkoły na drugą część moich zajęć językowych.

Interior to w tutejszym znaczeniu tyle, co nasza wieś. Pojęcie może oznaczać kilka zjawisk czy sytuacji. Na przykład może to być wnętrze Brazylii, w przeciwienstwie do wybrzeża. Wybrzeże obfituje w miasta, jest w miarę bogate. Generalnie to wybrzeże Brazylii jest znane w świecie, ale to bardzo mały procent ludzi i kraju. A interior, wnętrze kraju, jest bardzo zacofane i biedne. Bez prądu, dróg, telefonu i, co nikogo nie powinno dziwić, zasięgu sieci komórkowych. Także z bardzo znikomym szkolnictwem, opieką medyczną i ochroną prawną. Drugie znaczenie słowa interior to po prostu wieś, w przeciwieństwie do miasta.

Parafie tutaj są tylko po miasteczkach. To, w którym jestem, ma 2 tysiące mieszkańców. A poza miasteczkiem jest właśnie interior. Cała zaś parafia ma około 10 tysięcy mieszkańców. W miasteczku jest prąd, ale bardzo słaby. Często go brakuje wieczorami, a czasami nawet przez kilka dobrych dni z rzędu. Można też powiedzieć, że nie ma drogi, bo to, co jest, z trudem ją przypomina. Na przykład do najbliższego asfaltu mamy 50 kilometrów. Aby do niego dotrzeć, trzeba jechać trzy godziny po strasznych dziurach, piachu, a w razie deszczu – po błocie. Wszyscy, którzy chcą doświadczyć sytuacji ekstremalnych, powinni do nas przyjeżdżać. Plusem jest to, ze nikt nie przekracza dozwolonych prędkości.

Dwa - trzy razy w tygodniu jeździmy do interioru. Wyjeżdża się wcześnie rano, by uniknąć upału. Po jakimś czasie, w zależności od sytuacji, dojeżdżamy do jakiejś kaplicy, szkoły lub najzwyczajniej chaty, do której z najbliższej okolicy schodzą się ludzie. Jest katecheza, spowiedź, Msza święta, chrzest, ślub… To, co trzeba. Bardzo malowniczo to wygląda. Jest to jednocześnie dosyć meczące, bo kurz, upał i droga z wybojami robią swoje. W miasteczku już wszędzie dostrzegalna jest bieda, ale dopiero doświadcza się jej w interiorze. Zastanawiam się jak ci ludzie żyją. Może oddalenie od cywilizacji, która wymusza na ludziach konsumpcję, ułatwia przeżycie przy minimalnych środkach? W ciągu dnia docieramy do dwóch lub trzech takich punktów. Niekiedy na wieczór nie wracamy do miasteczka, bo jest za daleko. Śpimy właśnie w interiorze. Drugiego dnia znów odwiedzamy dwa, albo trzy takie miejsca. Sa to prawdziwe misyjne wyjazdy.

Podczas jednej z wypraw do interioru.

Podczas jednej takiej wyprawy do interioru mieliśmy niezwykłą przygodę. Oto zajechaliśmy do pierwszej na ten dzień, znacznie oddalonej od miasteczka kaplicy. Do swego domu zaprosiła nas katechetka. Przygotowała dla nas wodę w misce i ręcznik. Po godzinnej jeździe w pyle wygląda się jak górnik po wyjściu z kopalni. Ksiądz Kazik zabrał się do mycia twarzy. Kiedy ją wycierał, to zgromadzone wokół nas dzieci zaczęły krzyczeć. Okazało się, że kiedy ręcznik leżał na glinianym murku, to w nim schroniła się tarantula (Właściwie to carangajeira, ale chyba to nie robi wielkiej różnicy). Kazik, jak wycierał się, to przycisnął ja sobie do twarzy. Wstrętne i bardzo niebezpieczne. Na szczęście nic mu nie zrobiła. Zdaniem tych ludzi był to istny cud, bo normalnie kontakt z włoskami tego pająka powoduje poparzenia jak po zatknięciu się z ogniem. Koniec tego pająka był straszny. Został oblany benzyną i podpalony. Żywcem! Na nic zdziałały nasze protesty! Zdaniem miejscowych tylko w taki sposób trzeba było z nim postąpić.

Pierwsze dni, tygodnie...

paderewskigrzegorz

Nossa Senhora dos Remédios 3.09.2004.

 

W końcu mam dostęp do Internetu. Wprawdzie bardzo utrudniony, ale jest. Do Brazylii przyjechałem 12 sierpnia 2004 roku. Dzisiaj jest trzeci września. Minęły wiec już trzy tygodnie. To z jednej strony sporo czasu, bo wrażeń jest bardzo wiele, ale też i mało, bo nieustannie wszystko przypomina mi, że są to moje początki.

Jeszcze w Warszawie, w ostatnich minutach mego pobytu w Polsce, spotykały mnie same mile niespodzianki. Z chojnickiej grupy pielgrzymkowej, z którą chodziłem na Jasną Górę siedem razy, przyjechała pożegnalna delegacja, która przywiozła mi koszulkę pielgrzymią z podpisami bardzo wielu uczestników. Siedziałem potem w samolocie i ze wzruszeniem odczytywałem znane mi imiona i nazwiska. Teraz wisi ta koszulka w moim pokoju na haku od hamaka. Kiedy ja, już trzynastego sierpnia, dojeżdżałem do Campo Maior, dostałem sms, że moja grupa pielgrzymkowa właśnie wchodzi na Jasną Górę. Tak oto kończyły się nasze pielgrzymie drogi. Też do Warszawy na lotnisko przyjechała pożegnać mnie pewna rodzina z Chojnic. Zrobili mi w ten sposób niezwykły prezent reprezentując całą parafię, w której pracowałem przez cztery lata.

Latanie samolotami jest proste. Tak, jak wcześniej martwiłem się, czy poradzę sobie z przesiadkami, bo w sumie leciałem czterema samolotami, to później sam się śmiałem ze swoich obaw. Jak dolecialem do São Paulo, po dwunastu godzinach lotu z Frankfurtu, to okazało się, że w tej tropikalnej Brazylii jest dosyć zimno. Umieszczony na lotnisko termometr pokazywał zaledwie dziesięć stopni Celsjusza. Była wprawdzie piąta rano, ale w ciągu dnia wcale się nie ociepliło. Bogu dziękowałem, że nie posłuchałem jednego mojego kolegi, i zabrałem sweter i koszulę z długimi rękawami.

W São Paulo miałem czekać aż do wieczora na przesiadkę do Brasilii, ale oto spotkała mnie kolejna niespodzianka. Przy wyjściu z międzynarodowej części lotniska czekał na mnie długowłosy olbrzym z wielką plansza, na ktorej napisane miał słowa:  "ksiunc Gzegoz Paderuski" . Przez moment patrzyłem na to zdezorientowany, osłupiały, ale on, widocznie poinformowany o moim wyglądzie, dopadł mnie i powiedział, że właśnie na mnie czeka. Okazało się, że poprzez cały ciąg znajomych, pewien ksiądz z mojej diecezji załatwił mi przechowalnię w São Paulo. Nieznajomy z lotniska okazał się księdzem ze Zgromadzenia Misjonarzy Wincentego A'Paulo. Nazywał się Sylwester Grzybowski i zabrał mnie do siebie. Trochę mówił po polsku. Pochodził z rodziny, która cztery pokolenia już mieszka w Brazylii. Nakarmił mnie, pozwolił się umyć i odpocząć. Pierwszy raz byłem w São Paulo. Właściwie to widziałem tylko ulice. Byłem pod silnym wrażeniem tego, co na nich się dzieje. Ruch na drogach i sposoby jazdy są trudne do opisania. Nawet najbardziej „kaskaderskie” filmy nie są w stanie oddać atmosfery z ulicy w São Paulo. Po południu odwiózł mnie na lotnisko i ruszylem dalej, przez Brasilię, do Teresiny. A w Teresinie kolejna miła niespodzianka. Na lotnisku czekał na mnie ksiądz biskup Edward Zielski, ksiądz Kazimierz Okrój (z mojej starej, pelplińskiej diecezji), ksiądz Franciszek Czap, ktory przyjechal z Gdanska na urlop do księdza Kazika, i ksiądz Mirosław Rietz (też z mojej diecezji). Powitali mnie chlebem (właściwie bułką), solą, wodą i coca colą. A Kazik Okrój był ubrany w koszulkę z wielkim Godłem Polskim. Było serdecznie. Potem długa droga do Campo Maior, gdzie dotarliśmy około trzeciej w nocy. W Terezinie przywitał mnie też tropik ze swom upałem i dziwną, oblepiającą człowieka wilgocią.

© B R A Z Y L I A
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci