Menu

B R A Z Y L I A

Autobusem w Manaus.

paderewskigrzegorz

Manaus, 25. 09. 2017

Często jestem pytany, czy u nas jest bezpiecznie. No cóż, nie zawsze wiem, jak odpowiedzieć. Bo wszystko zależy od skali, sytuacji, miejsca, czasu. Ja sam jeszcze nigdy nie byłem napadnięty. Raz wprawdzie byliśmy już w sytuacji dosyć groźnej. Pewnej nocy zostałem obudzony przez mojego Anioła Stróża. Wyraźnie czułem, że coś się dzieje dziwnego, niepokojącego. Nie zapalając światła wyszedłem z pokoju i zaraz po chwili usłyszałem delikatny hałas. Już chciałem go zignorować i wrócić do łóżka. Pomyślałem, że to po prostu jakaś ćma walczy z lampą, która jest umieszczona po zewnętrznej stronie drzwi. Kiedy jednak uważniej spojrzałem na drzwi, a obudzony w środku nocy każdy zazwyczaj potrzebuje momentu koncentracji, aby zacząć wszystko widzieć i słyszeć lepiej, zauważyłem, że były one nienaturalnie wybrzuszone i że to one tak właśnie delikatnie trzeszczały. Zawrzał we mnie gniew, bo wiedziałem od razu, że to ktoś od zewnątrz starał się je wyważyć. Krzyknąłem i złodziej zaraz uciekł. Ja zaś musiałem następnego dnia zamówić nowe drzwi, bo te już były bardzo nadwyrężone i na pewno kolejnego testu wytrzymałości nie przetrwałyby.

Tak to właśnie, ten jeden, jedyny raz, otarłem się o niebezpieczeństwo. Natomiast nasi parafianie mogą opowiedzieć już nieco więcej. Niestety, czasami są to opowieści wyjątkowo dramatyczne. Najwięcej zaś takich dramatów zdarza się w autobusach. Bandyci upodobali sobie zwłaszcza właśnie publiczne środki transportu i jak na razie, działają w nich zupełnie swobodnie. I nie chodzi tutaj o drobnych złodziejaszków, którzy po cichu wyciągają komuś portfel z tylnej kieszeni spodni.

W naszym mieście, pewnie tak jest w całej Brazylii, mamy kilka typów autobusów. Są państwowe i prywatne. Te ostatnie należą do różnych firm, najczęściej wynajmowanych przez fabryki, aby dowozić pracowników. Państwowe linie mają zawsze po dwa typy pojazdów. Wielkie, przegubowe autobusy poruszają się pomiędzy terminalami, które znajdują się w różnych punktach miasta. W terminalu można zawsze się przesiąść na mniejszy autobus, który porusza się po różnych częściach dzielnicy. Normalnie taki system pozwala na szybką orientację, ale w Manaus to nie działa. Wszystkie te autobusy mają bardzo skomplikowane trasy i kiedy trzeba czasami jakiemuś naszemu gościowi wyjaśnić, jak ma dojechać do jakiegoś tam punktu w mieście, to nie umiem tego zrobić. Z wielu powodów. Raz, że są bardzo dziwnie oznakowane. Dwa, że nie ma zawsze wyraźnie oznaczonych przystanków. Wszyscy oczywiście wiedzą, gdzie taki autobus jedzie i gdzie się zatrzymuje. Dla nas jednak pozostaje to ciągle czymś trudnym do zgłębienia. Jeśli jadę autobusem, to dochodzę do głównej arterii komunikacyjnej naszej części miasta i tam wsiadam do głównej linii. A potem znów idę do mego celu. Nigdy nie przesiadam się na mniejsze autobusy, które zagłębiają się w wewnętrzne części dzielnic. Nawet nie zawsze wiadomo którymi drzwiami wsiadać do autobusu. To znaczy wiadomo, przednimi albo tylnymi. Wszystko zależy od tego, gdzie jest umieszczony kołowrotek. Nie mam tutaj biletów. Wsiadając do pojazdu trzeba zapłacić za przejazd i przechodzi się przez taki właśnie kołowrotek. Stąd też każdy autobus ma kierowcę i tak zwanego cobradora, czyli poborcę opłaty. On to właśnie uruchamia kołowrotek, aby umożliwić przejście dalej, w głąb autobusu.

Generalnie wszystkie te autobusy są w fatalnym stanie technicznym. Często, w nocy, a tutaj już mamy ciemno od 18.00, można natknąć się na takie autobusowe widmo, które nie ma nawet jednego światełka. Co oczywiście nie przeszkadza mu pomykać dziarsko ulicami z zawrotną prędkością. Zawsze, kiedy coś takiego widzę, dostaję zawału serca. Tym bardziej, że z ich hamulcami też różnie bywa. Bandyci napadają na wszelkie typy autobusów. Polega to na tym, że wchodzą jako „normalni” pasażerowie. Kiedy pojazd ruszy, to wtedy wyciągają broń i przykładając ją do głowy jakiemuś wybranemu pasażerowi, zbierają od ludzi wszystko, co przedstawia jakąkolwiek wartość.  Takich napadów ostatnio jest w Manaus, mniej więcej jedenaście na dobę. Czy to dużo? W Rio de Janeiro jest ich dziennie 110. Stąd można by powiedzieć, że w Manaus nie mamy wcale tak złe. Wszystko właśnie zależy od skali, sytuacji, miejsca, czasu.

 

Wyniszczanie Indian.

paderewskigrzegorz

Manaus, 12.09.2017

Bez wątpienia z wielu tragicznych ludzkich historii najbardziej smutna jest ta indiańska. Indianie, którzy są pierwotnymi mieszkańcami obu Ameryk, praktycznie są już na wymarciu. Wyniszcza się ich we wszelkim tego słowa znaczeniu. Doszło do tego, że kiedy Indianie przenoszą się do miast, to robią wszystko, aby nie wydało się, że są Indianami. Czasami jest to nawet zupełnie możliwe. Ponieważ w Brazylii jest teraz dużo ludzi pochodzenia azjatyckiego, więc zamiast przyznawać się do swych indiańskich korzeni mówią, że mają w sobie domieszkę krwi japońskiej, koreańskiej, chińskiej. Nie ma gorszej obelgi niż powiedzieć do kogoś „indio”, czyli właśnie Indianinie. W naszym seminarium duchownym jest kilku kleryków z odległych gmin i diecezji naszego stanu, w tym z Sao Gabriel da Cachoeira. Są Indianami, ale nigdy nie wolno tego zauważyć, zagadać, zapytać o cokolwiek, bo zaraz są wielkie obrazy. Taka mieszanka poprawności politycznej, uprzedzeń, głupoty ludzkiej i bezsilności. Po części to rozumiem, po części nie. Jako rasa przeszli i przechodzą dalej przez morze upokorzeń. Jednak my nie zamierzamy do tych prześladujących ich ludzi dołączać, a jednak jesteśmy, już przez samo pochodzenie z Europy i białą skórę, wrzucani automatycznie do jednego worka.

Ostatnio doszło do kilku wydarzeń, które, niestety, włączają się w to wyniszczanie Indian. Najpierw to, że obecny prezydent Michel Temer wydał dekret likwidujący jeden z najcenniejszych rezerwatów, jakie znajdują się na terenie Amazonii. Jest tam wszystko, co dał nam Pan Bóg w naturze. Dziewiczy tropikalny las z niezbadanymi jeszcze gatunkami roślin i zwierząt, zamieszkiwany przez kilka plemion. W tym takie, które w praktyce nie utrzymują kontaktów z cywilizacją. W ziemi, pod lasem zaś znajdują się najróżniejsze skarby w postaci obfitych złóż złota, miedzi, tantalu, manganu, żelaza. Jakimś tajemniczym zbiegiem okoliczności jako pierwsza gotowa do wydobywania tego wszystkiego, już w dniu ogłoszenia prezydenckiego dekretu, okazała się jakaś firma kanadyjska. Najwyraźniej wszystko było wcześniej zaplanowane, a być może nawet poszły za tym jakieś gigantyczne łapówki. Amazonia musi pozostać nienaruszona. O ile można jeszcze w takich kategoriach się wyrażać, bo ona jest już bardzo naruszona, wycięta, przekopana i wyeksploatowana. Wycinanie drzew w Amazonii powoduje nieodwracalne zmiany na całej ziemi. Las tropikalny jest bardzo delikatny. Kiedy się patrzy na te olbrzymie drzewa, na ścianę zieloności, to trudno sobie wyobrazić wykarczowanie tego. Tymczasem, kiedy zetnie się jedno drzewo, inne lecą za nim jak domino. Na dodatek pod cienką warstwą liści właściwie nie ma gleby. Natychmiast dochodzi do erozji, woda wypłukuje w piasku wąwozy. Zaraz też jest w tych miejscach susza, a więc nadchodzi śmierć. Indianie tam mieszkający, prędzej czy później, wymrą.

Druga wiadomość, dużo bardziej tragiczna, to wymordowanie Indian z plemienia zupełnie nie utrzymującego kontaktu z cywilizacją. Zabito w bestialski sposób dziesięć osób, w tym kobiety i dzieci. Dokonali tego tak zwani garimpeiros, czyli mężczyźni, którzy nielegalnie zajmują się wydobywaniem złota w dżungli. Plemiona indiańskie są bardzo małe, czasami właściwie to jest jedna rodzina. Plemię, o którym mowa, w sumie jeszcze nie zbadane, mogło mieć góra pięćdziesiąt członków. Trzeba więc tu mówić o zagładzie. Zwarzywszy, że w głębi Amazonii bardzo często dochodzi do takich sytuacji, ale świat o tym nigdy się nie dowiaduje, to wszystko staje się jeszcze bardziej tragiczne.

Nie wiem, czy ktoś ma pomysł na to, jak uratować Indian i Amazonię. Bo jak do tej pory, to nikomu się to nie udaje.

Wenezuela I

paderewskigrzegorz

Wiadomo, że Wenezuela przeżywa bardzo głęboki kryzys. Ponieważ jest to sąsiad Brazylii, a za czasów poprzedniego, komunistycznego rządu, a dokładniej za rządów pana prezydenta Luli i pani prezydent Dilmy, był to jeden z największych sojuszników, więc ciagle się tutaj mówi o tym kraju. Najpierw to, że są tam kłopoty z demokracją i to raczej bardziej winną stroną jest oczywiście opozycja. Potem delikatnie ostrzegano Maduro, prezydenta Wenezueli. W międzyczasie wychodziły na jaw wielkie afery o gigantycznych inwestycjach, jakie rząd Brazylii, poczynił w Wenezueli. Oczywiście, były to prezenty od jednego towarzysza dla drugiego, za które zapłacił podatnik brazylijski. Na dodatek Wenezuela winna jest najróżniejszym brazylijskim firmom sumy wprost niewyobrażalne.

Nie ma się więc co dziwić, że wielu Wenezuelczyków ucieka z kraju. Oczywiście, najwięcej ich pojawia się w stanie Roraima, który graniczy z Wenezuelą. Tam dochodziło już do najróżniejszych sytuacji. Kwitł handel przygraniczny, dawało to nawet Brazylijczykom szanse na dobry biznes. Potem granica była zamknięta, co spowodowało wiele tragedii. Niektórzy Brazylijczycy zostali uwięzieni po tamtej stronie. W kocu ruszyła lawina emigrantów. Bardziej bogaci i lepiej wykształceni obrali, jako swoja nową ojczyznę, Panamę, Ekwador lub Chile. Wielu też, przez Roraimę dotarło do Amazonas, do Manaus. Kiedy kilka miesięcy temu wyrabiałem sobie na policji federalnej nowe dokumenty na kolejne lata, to spotykałem tam tłumy Wenezuelczyków, którzy składali wnioski o przyznanie im statusu uchodźcy. Byli bardzo źle traktowani przez funkcjonariuszy policji. Nie znali jeszcze portugalskiego, a ich hiszpański najwyraźniej drażnił federalnych. W sumie to jeden drugiego zrozumie, nie jest to takie trudne, jeśli jest dobra wola. Tam niestety jej najwyraźniej nie było.

Tak było z białymi emigrantami. Natomiast zupełnie inna sytuacja jest z Indianami z plemienia Warao. Ci pewnego dnia, jak to powiedzieli dziennikarzom, stwierdzili, że „Wenezuela się skończyła” i ruszyli na południe. Całymi rodzinami opuszczali swoje rezerwaty. To tak, jakby w ich duszy odezwały się pradawne obyczaje. Nie przejmowali się granicami i paszportami. Dawniej, jak brakowało pożywienia, to plemiona przenosiły się po prostu w inne miejsca lasu. Tym razem dotarli do Manaus i zamieszkali w miejskiej dżungli, w której najwyraźniej jakoś się tam odnajdowali. Porozbijali swoje obozowiska w najróżniejszych punktach miasta, a zwłaszcza pod wiaduktami i mostami. Rozpalali ogniska, gotowali jedzenie, robili pranie i suszyli je, gdzie popadło. Wszędzie biegały radosne dzieciaki. Wszędzie też rozrzucali tony śmieci. Od razu nasz diecezjalny Caritas, wraz z osobami z duszpasterstwa Indian i duszpasterstwa emigrantów otoczyli ich opieką. Na dodatek, co w sumie bardzo mnie zdziwiło, bardzo pozytywnie i szybko zareagowała prefektura. Być może obawiano się jakiejś epidemii. W swoich różnych, wolno stojących z powodu kryzysu budynkach, umieściła Indian. Postawiono im też pewne warunki. Między innymi chodziło o to, że nie mogli więcej żebrać na ulicach, mieli lepiej pilnować swoje dzieci, poddać się badaniom lekarskim, a po zrobieniu dokumentów, mieli ofiarowanymi im przez rząd transportami powrócić do Wenezueli. To ostatnie chyba się jednak nie udało. Wielu, obładowani, z licznymi pakunkami, wsiadało radośnie do autobusów, które miały ich przez Boa Vista dowieźć do granicy. Jednak po jakimś czasie powrócili, już bez pakunków, za to ze swoimi kolejnymi krewnymi. Jak na razie, problem nie został rozwiązany. Wszystko też wskazuje na to, że w Wenezueli też on jeszcze będzie miał swoje kolejne odsłony.

Powroty...

paderewskigrzegorz

Już jestem w Manaus. Podróż, jak zawsze, odbyła się z niewielkimi przygodami. Moje samoloty nigdy nie latają tak, jak to w momencie kupowania biletu jest planowane, więc kilkugodzinne opóźnienia zupełnie nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia. A ponieważ zawsze mam co robić, więc wykorzystałem skrupulatnie lotniskowe nadgodziny na modlitwy i lektury. Raz jeszcze dziękuję wszystkim, którzy w Polsce mnie przyjęli z wyjątkową gościnnością, życzliwością i hojnością. Bóg zapłać wszystkim!

W parafii od razu włączyłem się w wir zajęć, bo w niedzielę, a więc dwa dni po moim powrocie, mieliśmy bierzmowanie. To ma swoją, prawie dwuletnią historię. W zeszłym roku, kiedy to miało się ono odbyć w naszej parafii, ówczesny ksiądz biskup pomocniczy naszej diecezji Dom Mario Antonio został mianowany ordynariuszem diecezji w Rorarmie. Ponieważ właśnie na ten dzień, w którym zaplanowane było nasze bierzmowanie, wyznaczył objęcie swojej diecezji, więc my wypadliśmy z kalendarza. A nowe miejsce znalazło się dopiero po roku. Zresztą ksiądz biskup kilka razy tę datę jeszcze zmieniał. Stąd też do sakramentu przystępowało aż 113 naszych katechumenów. Celebracji przewodniczył i sakramentu udzielał nasz nowy biskup pomocniczy Dom Edimilson Tadeu. Jest on salezjaninem, więc w Manaus na pewno czuje się wyśmienicie, bo to miasto salezjańskość ma w swoich genach. Sama uroczystość trwała dosyć długo. Dom Tadeu z każdym bierzmowanym chwilę rozmawiał. Z kościoła wyszliśmy dopiero po trzech godzinach.

W Brazylii podczas mojej nieobecności dokonało się wiele zmian. Niestety, na gorsze. Chaos, bezrobocie, inflacja, przestępczość - to wszystko najwyraźniej bije coraz to nowe rekordy. Politycy jakby potracili już zupełnie wstyd i rozum. Jakby prześcigali się w szaleństwach. Powracając do Manaus wpadłem w sam środek nadzwyczajnej kampanii przedwyborczej na gubernatora. Dotychczasowy, Jose Melo, został odsunięty od władzy, jak to się tutaj mówi: „skasowany”, za kupowanie głosów wyborców. W sumie to nic nowego i wszyscy to robią, ale on zaprzągł do tego arcydzieła demokracji policję, która lekko przypominała różnym ludziom, na kogo mają głosować, a na kogo nie. Rzecz nabrała jeszcze większego rozgłosu za sprawą zielonoświątkowców. Kościoły te poparły masowo kandydaturę Melo, jednak kiedy on nie wywiązywał się z obietnic, to zaczęły się sypać donosy. Pojawiły się nagrania rozmów i wideo z materiałem, który nie pozostawiał żadnych wątpliwości, iż wybory były bardzo zmanipulowane i kupione.

Manaus bez steru to jeszcze nie wszystko. W międzyczasie wystąpiono o odsunięcie od władzy nowego prezydenta Brazylii oskarżając go o przyjęcie łapówek. Jak na razie sprytnie się z tego wywinął. Kilka dni temu zaś został skazany na 9 i pół lat więzienia były prezydent Brazylii Lula. Oskarżony był o bardzo wiele, głównie o kierowanie przez dziesięciolecia całym schematem łapówek, za które, podczas swoich rządów kupował poparcie najróżniejszych polityków. Oczywiście używał do tego pieniędzy podatników, zwłaszcza państwowej firmy Petrobras, zajmującej się wydobywaniem, obróbką i handlem ropy naftowej oraz gazu. Jednak dowody na to były dla sędziów zawsze niewystarczające. Skazano go za przyjęcie łapówki, w sumie niewielkiej, jakieś trzy miliony złotych. Jedynie z tego nie zdołał się wymigać. Ma też zakaz, przez 19 lat, obejmowania stanowiska publicznych. Oczywiście wyrok nie jest prawomocny i najprawdopodobniej nie zostanie wtrącony do więzienie nigdy. Nie mniej skazanie Luli jest wyjątkowe. Lula jest jednym z najważniejszych symboli Brazylii. To tak, jakby nasz Wałęsa, chociaż dzisiaj to już nie wiem, czy to porównanie ma jakikolwiek sens. Lula przez lata walczył o prawa robotników. Wybrany prezydentem wyprowadził (podobno) miliony ludzi z nędzy. Kiedy namaszczona przez niego Dilma został odsunięta od władzy, to okazało się, że te miliony na powrót w nędzy się znalazły. Jak to wszystko zrozumieć?

Aparecida i sztuka.

paderewskigrzegorz

Aby w miarę wyczerpać, a przynajmniej na jakiś czas zamknąć temat Matki Bożej z Aparecida, trzeba jeszcze napisać o Jej wpływie na kulturę i sztukę. Powstało wiele piosenek, muzykali i sztuk teatralnych oraz filmów. Powieści i poezji, oczywiście też powstało bardzo wiele i niemożliwe jest o tym wszystkim nawet napomknąć.

Bez wątpienia najbardziej znaną piosenką o Matce z Bożej z Aparecida jest utwór Romaria. Powstał chyba w 1977 roku, w ulubionym przez Brazylijczyków gatunku sertanejo, czyli brazylijskim country. Autorem jest bardzo popularny muzyk sertanejo Renato Teixeira. Słowa tej piosenki, są jakby modlitwą jakiegoś vaqueiro, czyli pastucha. Życie nasze, pełne pracy, planów, marzeń, ale także grzechów i błądzenia. Stąd autor tej piosenki prosi, aby Matka Boża z Aparecida oświeciła jego drogę, jego życie. Dla tego przybył do sanktuarium i klęczy u stóp Matki. Piosenka jest bardzo prosta, piękna i przejmująca. Często jest śpiewana przez najróżniejszych artystów brazylijskich. Nawet stała się swoistym hymnem pielgrzymów do Aparecida. Zdarza się też, że jest ona wykonywana w finale Mszy odpustowej 12 października. Ten moment ma iście hollywoodzką oprawę, bo Matka Boża w feretronie jest wynoszona do jej normalnego miejsca w bazylice, z sufitu spadają płatki róż i konfetti, ludzie rzucają kwiaty, a jakaś znana wielka gwiazda, z trudem panując z emocji nad swoim głosem śpiewa właśnie Romaria.

 

Filmów o Aparecidzie powstało bardzo wiele. Chyba najsłynniejszym a jednocześnie najnowszym, sprzed kilkunastu lat, jest „Aparecida: O Milagre” czyli „Aparecida: Cud”. Zaangażowano do niego same wielkie sławy aktorskie. Opowiada historię, rzekomo prawdziwą, o pewnym biznesmenie, który stracił wiarę, kiedy jego ojciec zginał podczas budowy sanktuarium. Chociaż jest bogaty to oczywiście bardzo nieszczęśliwy. Nie rozumie się z synem, żyje w separacji z żoną i ma kochankę, która też mu przysparza mnóstwa bólu i problemów. Pewnego dnia, po kolejnej kłótni, syn wsiada na motor, pędzi nocą z zawrotnymi prędkościami  i oczywiście dochodzi do wypadku. Szans żadnych na przeżycie nie ma. Leży w szpitalu cały połamany. Wtedy to nasz biznesmen jedzie do swej matki, która nadal mieszka w Aparecida u stóp sanktuarium i tam dowiaduje się, dlaczego jego ojciec pracował z takim oddaniem przy budowie. Chodziło o to, że urodził się jako bardzo słaby i chory, także bez szans na przeżycie. Jego ojciec uczynił obietnicę Matce z Aparecida. Jeśli dziecko przeżyje, to on, za darmo, będzie pracował przy budowie bazyliki. Tak też się stało. Wtedy to przypomniał sobie słowa swego ojca, który cierpliwie uczył go, że od Boga wszystko zależy, że On jest Panem naszego życia, że Jemu musimy zawsze okazywać wdzięczność. Cokolwiek się z nami dzieje, to zawsze On jest nad tym wszystkim. Wtedy nasz bohater błąka się nocą po okolicy i staje się świadkiem, jakby w jakiejś mistycznej wizji, cudownego połowu ryb. Zostaje jakby przeniesiony trzysta lat wstecz i oczywiście widzi, jak to rybacy z rzeki wyciągają figurkę Matki Bożej. W pewnym momencie z wiarą woła Boga i Boża Matkę i oczywiście wtedy dokonuje się cud. Jego syn, w sposób zupełnie niewytłumaczalny, nie tylko jest ocalony, ale nawet wychodzi potem ze szpitala na własnych nogach.

Sztuka sztuką a życie życiem. Ja już miałem okazję kilka razy słuchać podobnych historii. Nie potrzeba do tego było wielkiej poezji, bo ludzie w najprostszy sposób zawsze umieli wyrazić swoją wdzięczność Bogu. Zawsze też z wielką wiarą dawali świadectwo o tym, że Maryja jest naszą Matką!

Cuda w Aparecidzie.

paderewskigrzegorz

Chojnice, 13. 05. 2017

Aparecida nigdy nie była miejscem objawień maryjnych. Często się o tym zapomina. Sama już nazwa Matki Bożej z Aparecidy sugeruje takie objawienie, bo słowo „aparecida”, znaczy pojawiona, objawiona, pojawiająca się. Już to zresztą wyjaśniałem. Natomiast bez wątpienia Aparecida jest miejscem bardzo wielu cudów. Właściwie to od cudów wszystko się zaczęło. Tę historię otwierają tak zwane „pierwsze cuda” i jest ich dziewięć. Są to cudowne zdarzenia z połowem ryb, świecami, niewidomą dziewczynką, niewolnikiem, jeźdźcem ateistą, uratowanym chłopcem i myśliwym.

Połów ryb. Też już o tym pisałem, teraz tylko w wielki skrócie, dla przypomnienia. Zaraz po wyłowieniu z rzeki cudownej figurki, jej naprawieniu i po modlitwach, jakie rybacy odmawiali w zaimprowizowanym oratorium, doszło do cudownego połowu ryb. Rybacy, w okresie, kiedy to ryb prawie w rzece nie było, wyciągali z wody takie ich ilości, że aż nie byli w stanie sami sobie z tym poradzić. Wystarczyło i na przyjęcie dla nowego gubernatora, i dla wszystkich w wiosce i okolicach. Ten cud jest pierwszy i najważniejszy. Jest swoistą katechezą. Kto jest wierny Bogu, tego Bóg nigdy, zwłaszcza w potrzebie, nie opuści. Matka Boża pojawia się, kiedy lud jest w trudnej sytuacji i spieszy z pomocą.

Cud ze świecami był już mniej spektakularny, nie mniej bardzo ciekawy. Filip, jeden z rybaków, którzy znaleźli figurkę, zatrzymał ją w swoim domu. Zorganizował nawet specjalną mini kaplicę. Chciał też zatrzymać Matkę Bożą dla siebie. Kiedy tłumy ludzi przychodziły się modlić, nie był z tego bardzo zadowolony. Wówczas Matka Boża mu wytłumaczyła, poprzez znak ze świecami, że nie może być tylko w jego domu i dla jego rodziny, Ona pojawiła się dla wszystkich. Kiedy więc Filip zapalał świece, te gasły, choć nie było żadnego wiatru. Kiedy chciał je ponownie zapalić, one zapalały się same. Dopiero uspokoiły się wtedy, kiedy do kaplicy wolny dostęp otrzymali wszyscy, którzy chcieli się modlić.

Po latach, kiedy kaplica w Aparecida stała się miejscem pielgrzymkowym, doszło do cudownego uzdrowienia pewnej niewidomej dziewczynki. Pielgrzymowała ona ze swoją matka do Matki Bożej. Możemy sobie wyobrazić, jak szła powoli, prowadzona przez swoją mamę. Nagle, w miejscu, skąd już można było w oddali dostrzec kaplicę, dziewczynka nagle stanęła i pokazują ręką spytała: „Mamo, czy to jest tamten domek, ta kaplica z Matką Bożą?” Matka oniemiała, bo dziewczynka nagle odzyskała wzrok.

Pewnego dnia z jednej z fazend zbiegł niewolnik. Oczywiście zaraz zaczął się za nim pościg. Kiedy go złapano, zakuto w kajdany, łańcuchy, pobito i prowadzono z powrotem do fazendy. Czekał go straszny los, bo generalnie zawsze ucieczka była surowo karana. W najlepszym przypadku biczowaniem, w najgorszym, aby dać innym nauczkę, śmiercią w męczarniach. Fazendeiro ze swoim odzyskanym niewolnikiem przechodzili w pobliżu kaplicy z Matką Bożą Aparecida. Niewolnik zaczął błagać swego właściciela, aby ten pozwolił mu się choć chwilę pomodlić. Otrzymawszy pozwolenie upadł przed ołtarzem, chwile się pomodlił i kiedy wstawał, z jego rąk i nóg opały kajdany i łańcuchu. Właściciel, który widział to wszystko, oniemiał, a potem wyzwolił niewolnika, który dalej u niego, już jako wolny człowiek pracował. Podobno stali się nawet wielkimi przyjaciółmi. A kajdany dzisiaj można oglądać w sali wotywnej. To dowód na to, że Matka Boża chce, aby wszyscy jej synowie byli ludźmi wolnymi od jakichkolwiek zniewoleń.

Ne wszyscy od razu byli czcicielami Maryi. Niektórzy nawet sobie z pobożności maryjnej drwili. Kiedyś jakiś człowiek chciał sobie zakpić z wszystkich czcicieli Maryi. Chciał wjechać na koniu do kościoła. Jednak kiedy kopyto końskie dotknęło pierwszego stopnia schodów, nagle jakby się przykleiło. Koń, unieruchomiony i przestraszony, wykonał jakieś gwałtowne ruchu i zrzucił jeźdźca. Ten po takim sprowadzeniu na ziemię nie miał innego wyjścia jak właśnie uwierzyć.  Cuda z myśliwym i chłopcem to dwa przypadki uratowania z wielkiego niebezpieczeństwa. Takich cudów zresztą jest bardzo wiele, a nawet kilku moich parafian mi opowiadało o tym, jak Matka Boża z Aparecida dokonała w ich życiu niezwykłych ingerencji, cudownie ratując im życie. Jedno jest pewne, Ona zawsze się pojawia, kiedyś ktoś jej pomocy przyzywa. Nigdy nikogo nie opuściła w potrzebie!

 

Nowe Sanktuarium.

paderewskigrzegorz

 

Tym razem może opowiem o bazylice Narodowego Sanktuarium w Aparecida. Chodzi tu o nowe sanktuarium, bo tak ciągle się o nim mówi. Jest to już trzecia w kolejności świątynia zbudowana dla Matki Bożej z Aparecida. Właściwie powinienem napisać „budowana”, bo jej konstrukcja cały czas jeszcze trwa. Mówi się tym kościele „nowe sanktuarium”, bo kiedyś zaczęto tę budowę za miastem, w zupełnie nowym miejscu. Dziś oczywiście to już jest w mieście, bo wraz z nowym sanktuarium powstał cały olbrzymi kompleks. Jest to po prostu miasto pielgrzyma, w sumie to tak właśnie nawet się o tym mówi. Na początku minionego  wieku ruch pielgrzymów stał się tak wielki, że ojcowie redemptoryści zdecydowali się wówczas na budowę nowego sanktuarium. Po prostu nie było innego wyjścia. O projekt poproszono pewnego brazylijskiego architekta Benedita Calixta Neto. Ponieważ w Brazylii wszystko jest ogromne, więc i on stworzył projekt, który właśnie posiada takie gigantyczne, brazylijskie  rozmiary.

Prace zaczęto w 1952 roku. Najpierw przez dwa lata przygotowywano miejsce pod fundamenty. Chyba przestraszono się nieco tymi wykopami, bo potem prawie przez rok nie robiono nic. W sensie ścisłym budowa świątyni rozpoczęła się dopiero w 1955 roku. Najpierw budowano nawę północną, potem wieżę. Na jej konstrukcję elementy metalowe podarował ówczesny prezydent Brazylii Juscelino Kubitschek. Było to na pewno za namową jego żony. Po wieży przyszła kolej na kopułę centralną. Potem zbudowano kaplicę świec, nawę południową, wschodnią i w końcu zachodnią. Nie wspominam tutaj o licznych kaplicach. Sam budynek sanktuarium ma powierzchnię 72 tysięcy metrów kwadratowych. Długi jest na 173 metry i szeroki na 168. Cały kompleks zaś ma ponad półtora miliona metrów kwadratowych. Bez wątpienia jest to istny gigant. Wieża ma 107 metrów wysokości, kopuła 70 metrów. Nawy zaś ą wysokie na 40 metrów każda. Pod kopułą znajduje się 25 tysięcy metrów kwadratowych prezbiterium. Cóż za wspaniałe liturgie można zrealizować na tak wielkiej przestrzeni! Bez problemu bazylika mieści 30 tysięcy osób. Jest też przygotowana na celebracje na zewnątrz, gdzie jest miejsce dla 300 tysięcy pielgrzymów. Wokół bazyliki mamy jeszcze wzgórze z drogą krzyżową, parking, 400 sklepów i liczne restauracje. Na parkingu jest miejsce dla 2000 autobusów i tylko dla 3000 samochodów osobowych. Jest nawet miejsce dla koni, bo wielu pielgrzymów przybywa do sanktuarium używając jeszcze tego tradycyjnego środka lokomocji. Cały ten kompleks funkcjonuje dzięki 2000 pracowników. Rocznie przyjmuje ponad 12 milionów pielgrzymów. Zapewne w tym roku ta liczba będzie znacznie przekroczona.

O dekorację wnętrza bazyliki poproszono najsłynniejszego brazylijskiego artystę sakralnego Claudio Pastro. Nie doczekał niestety końca wszystkich prac, bo w zeszłym roku zmarł. Nie mniej to on jest autorem imponujących mozaik.

Bazylika to oczywiście przede wszystkim miejsce modlitwy. To wspaniałe celebracje dla wielkich tłumów. Jest też miejsce dla modlitwy w ciszy i skupieniu. Służą temu liczne kaplice. Refleksji także pomagają sale pełne wotów. Są tam fotografie uzdrowionych osób, tabliczki z podziękowaniami. To miejsce wypełnione Bożą obecnością. Z sanktuarium wyjeżdża się z pewnością bycia kochanym przez Bożą Matkę. Z Nią nic już nie jest trudne, ani straszne. Z Nią wszystko staje się prostsze. To doświadczenie jest dane każdemu pielgrzymowi.

Figura z Aparecidy.

paderewskigrzegorz

Manaus, 22.04.2017

Chciałbym jeszcze napisać kilka zdań o figurce Matki Bożej z Aparecidy. Najpierw może o wrażeniu, jakie się ma, kiedy widzi się po raz pierwszy cudowną figurę. Nowa bazylika w Aparecidzie jest wyjątkowym gigantem. Na jej obejście potrzeba nie tylko dużo czasu, ale też sił fizycznych. O samej budowli, a właściwie o kolejnych sanktuariach, na pewno już wkrótce napiszę nieco więcej. Nie mniej, jak się wchodzi to tego sanktuarium, to oczywiście zaraz szuka się ołtarza z Maryją. Nie ma go. W pierwszym momencie można być nieco zawiedzionym i zdezorientowanym. Potem dopiero dostrzegamy, że cudowna figura znajduje się nad wejściem głównym, w maleńkiej niszy, ginąc zupełnie w tamtych wielkich przestrzeniach. Taka mała! Jest to rzeczywiście wyjątkowo maleńki punkcik. Jednak to ona przyciąga uwagę całej katolickiej Brazylii. Aby się dostać w pobliże cudownej figury, trzeba użyć bocznych schodów, iść oczywiście za strzałkami, zgodnie ze wskazywanym kierunkiem. Cierpliwie odstać w kolejkach. Przechodząc pod Maryją raczej nawet nie można się zatrzymywać. Wszechobecni świątynni porządkowi zaraz reagują, gdy ktoś chce dla siebie nieco więcej czasu. Tak przynajmniej jest w momentach pielgrzymich szczytów. Chodzi oczywiście o to, aby nie torować przepływu tłumów. Kolejki chyba tutaj nigdy się już nie kończą. Jest to jeden moment spotkania z Maryją Aparecida. Moment, który, jak to się później okazuje, zmienia całe życie wielu ludzi. Moment, który już niejednemu dał wieczność.

Figurka Matki Bożej z Aparecidy została prawdopodobnie wyrzeźbiona przez benedyktyna o imieniu Agostinho de Jesus. Jest dosyć mała, zaledwie 40 centymetrów. Chociaż z tymi danymi to już jestem trochę zdezorientowany, bo ciągle znajduję jakieś nieco odmienne informacje. Nie mniej jest to maleństwo. Nie jest ona ani bardzo oryginalna, ani jakimś wyjątkowym dziełem sztuki. Zwykła, prosta rzeźba w glinie. Chociaż uczeni mówią, że jest to rzeźba barokowa. Jest to jednak barok bardzo skromny. Dziś z trudem można rozpoznać rysy twarzy, zarys fałdów płaszcza ze spinką, włosów, kwiatów we włosach, diademu. W XVII wieku robiono podobno takich rzeźb bardzo wiele. Na przykład identyczna znajduje się w narodowym sanktuarium Argentyńczyków, w Lujan. Kiedyś prawdopodobnie była pomalowana. Kolor figury, podobnie jak rozmiar, też jest dla mnie swoistą tajemnicą. Mówi się, że jest ona czarna. Tak też najczęściej jest przedstawiana. Oryginalnie jest brązowa. Natomiast w opisie konserwatorów określa się jej kolor jako cynamonowy!  Na dodatek wyjaśniają, że niby zostało to spowodowane wpływem palących się i kopcących niemiłosiernie świec w kaplicach, gdzie byłą przechowywana. Dziś ma oczywiście przyozdobione drogocennymi kamieniami i perłami koronę i królewski płaszcz. Jednak sama figura materialnie to symbol ubóstwa. Duchowo zaś jest znakiem wyjątkowego bogactwa. Figura sama w sobie już nas może wiele nauczyć.

Taką figurkę Matki Bożej z Aparecida można spotkać dosłownie wszędzie. Jest ona w każdym katolickim domu. Niektórzy chwalą się posiadaniem „oryginalnej kopi”, tak to się tutaj nazywa. Oczywiście chodzi o faksymile. Coś takiego sprzedaje tylko oficjalny sklep sanktuarium. Kopia jest numerowana, zaopatrzona w certyfikat i najtańsza kosztuje coś około 500 zł. Jest jeden sposób, aby dostać taką figurę za darmo. Rektor sanktuarium ma taki obyczaj, że wysyła ją każdemu nowo mianowanemu biskupowi. Po za tym, we wszelkich sklepach z dewocjonaliami jest ona najczęściej sprzedawanym produktem. Oczywiście są takich figurek najróżniejsze rozmiary. Miniaturki i giganty. Najczęściej robiona jest z syntetycznej żywicy, ale oryginał jest gliny. Właśnie to stało się w pewnym momencie wielkim problemem. W 1978 roku, pewien protestant, pochwycił stojącą na ołtarzu figurę i chciał się z nią niepostrzeżenie wydostać z kościoła. Ktoś to zauważył, doszło do pogoni za złodziejem i w jakimś tam miejscu został dogoniony. W tamtym momencie, widząc, że nie da rady uciec ze zdobyczą, cisnął figurkę o ziemię. Gliniana, krucha rzeźba rozpadła się na dwieście fragmentów. Zrekonstruować ją było bardzo trudno, ale dokonała tego pewna artystka, dla której stałą się to okazją do głębokiego duchowego doświadczenia.

300 lat Aparecidy.

paderewskigrzegorz

Manaus, 10. 04. 2017

 

Brazylia już od trzech lat przygotowuje się na 300-lecie pojawienia się Matki Bożej z Aparecida. Już kiedyś szczegółowo opisywałem tę historię. Wszystko zaczęło się w 1717 roku. Biedni rybacy zostali zobowiązani do dostarczenia ogromnej ilości ryb na bankiet wydawany z okazji nominacji nowego gubernatora. Już sama ich ilość, jaką sobie na to przyjęcie zażyczono, była szokująca. Jednak problem był o wiele większy, bo wówczas w rzece ryb nie było. Rybacy wiele razy wypływali, noc w noc, bez końca zarzucali sieci i nic. Jednego razu wyłowili z rzeki figurkę Matki Bożej. Była bez głowy. Wysupłali ją z sieci i oczyścili. Zastanawiali się, co to może oznaczać. Potem zarzucili sieć jeszcze raz i udało im się wyciągnąć głowę tejże figurki. Już to było swoistym cudem, bo figurka Maryi była bardzo mała, a więc takie skompletowanie całości poprzez wyciągniecie odłamanej głowy z dna rzeki wręcz niemożliwe. Zabrali do domu, porządnie oczyścili, naprawili i pomodlili się gorliwie. Następnego dnia, kiedy zarzucili sieci, ryb było tak wiele, że nie wiedzieli, jak sobie z tym nadzwyczajnym urodzajem poradzić. Ten cud zapoczątkował całą listę niezwykłych wydarzeń i w taki sposób Matka Boża Aparecida weszła w historię Brazylii. Na zawsze. Na całego. Na co dzień. We wszelkie dziedziny życia tego kraju. Jest obecna w każdym domu i każdym miejscu publicznym. Jej imię noszą miliony brazylijskich kobiet i nawet co niektórzy mężczyźni. Mamy tutaj Aparecidas i Aparecidos. Nawet najbardziej agresywni antymaryjni tutejsi zielonoświątkowcy siedzą cicho jeśli chodzi o Matkę Bożą z Aparecidy. Jej pozycja jest niekwestionowana. Jest po prostu Matką tego narodu. Matką, która zawsze pomaga. Jej imię Aparcida oznacza „pojawiona” (tak to odważę się przetłumaczyć), bo pojawiła się, gdy lud Jej potrzebował. Pojawiła się ciągle pojawia. Każdy ma tutaj swoje nabożeństwo do Aparecidy i wszyscy mogą opowiedzieć o swoich z nią, oczywiście nadzwyczajnych, doświadczeniach.

Nie ma więc w tym nic dziwnego, że przygotowania do jubileuszu 300-lecia przyciągnęły uwagę wszystkich. Nasza parafia też przyjęła pielgrzymująca po kraju figurę Matki Bożej. Gościła ona u nas cały tydzień. Teraz zaś najważniejsze rzeczy dzieją się w maryjnej stolicy Brazylii, w Aparecida. Każdego dnia realizowana jest tam wielka celebracja, bo w sumie codziennie jakaś diecezja dociera tam ze swoją pielgrzymką. Oczywiście i nasza amazońska diecezja też się tam wybiera. Dokona się to w połowie lipca. Kulminacją wszystkich obchodów będzie zaś wielka narodowa celebracja w uroczystość Matki Bożej z Aparecida, czyli dwunastego października. W naszej parafii wyjątkowo maryjnie będziemy w tym roku przeżywać nasz odpust. Będzie to już wprawdzie zakończenie roku maryjnego, ale naszą tradycja jest, aby co roku nasz odpust, a właściwie dziewięciodniowe rekolekcje parafialne, realizować zgodnie z głównymi duszpasterskimi tematami.

Przygotowania do jubileuszu to nie tylko modlitwy. Zaopatrzono nas w bardzo dobre materiały duszpasterskie. Robiliśmy więc i jeszcze zrobimy rekolekcje maryjne, różnego rodzaje formacje, a zwłaszcza katechezy. Przy okazji propagujemy najróżniejsze rodzaje maryjnej pobożności. W tym ostatnich latach bardzo wielu ludzi zainteresowało się, i wielu nawet tego dokonało, konsekracją Matce Bożej według „Traktatu o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny” św. Ludwika Marii Grignon de Monforta. A trzeba przyznać, że to forma pobożności bardzo wymagająca.

Bez wątpienia Matka Boża z Aparecida jest wśród nas. Czujemy jej obecność w tym kryzysowym czasie i to dodaje nam siły i nadziei. Ona nam mówi: „Zróbcie wszystko co On wam powie” i wiemy, że tylko będąc posłusznymi Chrystusowi godnie przetrwamy te trudne doświadczenia. Ona, Aparecida, jest z nami.

 

Szkoła Wiary.

paderewskigrzegorz

Manaus, 28.03.2017.

 

escoladafeblog

Dzisiaj chciałbym napisać kilka słów o naszej Szkole Wiary. Tak, mamy na terenie naszej parafii najprawdziwszą szkołę katolicką i w zeszłym miesiącu wypuściła ona w świat swoich pierwszych absolwentów. Balu na zakończenie wprawdzie nie było, ale uczciliśmy to małym poczęstunkiem. Natomiast radość była bardzo wielka, na miarę co najmniej zdanej z sukcesem matury.

Najpierw jednak może o tym, czemu taka szkoła powstała. W Brazylii jest pełno prywatnych szkół katolickich. Mamy przedszkola, podstawówki, gimnazja, szkoły średnie i uniwersytety. Niestety, w żaden sposób nie przekłada się to na wyższy poziom wiedzy religijnej. Muszą one, aby mieć pozwolenie na działalność, rygorystycznie przestrzegać neutralności. W praktyce oznacza to, że mogą uczyć wszystkich religii, ale katolickiej nie. Dochodzi jeszcze do tego szaleństwo poprawności politycznej. Nawet gdyby te katolickie szkoły czegoś tam katolickiego uczyły, to i tak nasi parafianie do takich nie chodzą, bo są płatne. Jedyną nadzieją na przekazywanie wiedzy religijnej jest parafialna katecheza. Tutaj też nie mamy wielkich sukcesów. Ponieważ pracujemy tylko w oparciu o wolontariuszy, więc nawet z tymi najbardziej wytrwałymi i gorliwymi, ciągle mamy kłopoty. Raz przyjdzie, raz nie. Raz się przygotuje do katechezy, dwa razy nie. Z reguły są to ludzie bardzo młodzi. Próbujemy w nich nieustannie inwestować, ale związane jest to z bardzo wysokim ryzykiem. Bo już tak się kilka razy zdarzyło, że wysyłaliśmy takich kandydatów na katechetów do szkoły katechetycznej. Nasza parafia za tę szkołę oczywiście płaciła. Niestety, po ukończeniu formacji nagle się okazywało, że ci ludzie musieli się przeprowadzić w inny koniec miasta. W ten sposób ciągle pozostawaliśmy z brakami katechetycznymi. Wprawdzie inwestycja nie szła na marne, bo oni na pewno podejmowali swoje katechetyczne obowiązki w swoich nowych wspólnotach. Nie mniej dla nas problem kontynuował nierozwiązany. Manaus jest na dodatek miastem wielkim, zupełnie niewydolnym komunikacyjnie. Dojazd do centrum, a właśnie tam zawsze odbywają się wszelkie kursy, szkolenia, formacje i szkoły, trwa całe godziny. Stąd powstał pomysł, aby zrobić taką naszą prywatną, małą, sympatyczną, parafialną, rodzinną szkołę religijną. Chociaż głównie myśleliśmy o katechetach, to zaproszeni zostali do niej wszyscy chętni. Tak uformowała się spora grupa naszych pierwszych studentów. Szkołę zaczęło aż siedemdziesiąt osób. Po dwóch latach skończyło ją zaledwie trzynastu. Nie mniej było warto. Znów mamy sporą grupę studentów, którzy zaczęli nowy rok z wielka radością i zaangażowaniem.

Nasza Szkoła Wiary funkcjonuje teraz trzy razy w tygodniu, oczywiście wieczorami. Wykładana jest w niej dogmatyka katolicka, historia Kościoła Katolickiego, Biblia, liturgika. Łącznie 250 godzin zajęć. Jak na razie tylko tyle, ale mam nadzieję, że już i to nam bardzo pomoże.

Generalnie to nasi parafianie są bardzo chętni do takich rzeczy. To bardzo budujące i mobilizujące. W sumie to ja nieustannie uczę się od naszych parafian. Bóg działa w swoim Kościele!

Nossa Senhora de Aparecida i karnawał.

paderewskigrzegorz

Manaus, 8.03.2017.

W tym roku karnawału w Brazylii miało prawie nie być. Wiele prefektur zapowiadało zlikwidowanie zabaw z powodu kryzysu. Nie mniej pokazy szkół samby odbyły się, chociaż nie bez problemów i dramatów. Nie wiem, czy kryzys ma tu coś do znaczenia, ale tego roku miało miejsce bardzo wiele wypadków. Jak nigdy wcześniej pojazdy alegoryczne (carros alegoricos) co chwila się psuły, na kogoś i na coś najeżdżały albo po prostu się rozsypywały. Doszło też w tym roku do kilku skandalów z powodu wykorzystywania wizerunków katolickich. W karnawale motywy religijne są zawsze obecne. W tym też katolickie. Oczywiście niedopuszczalne jest ich użycie w sposób niegodny. Jednak coś takiego nieustannie się zdarza. Na przykład w tym roku archidiecezja z Rio de Janeiro zaprotestowała przeciwko użyciu wizerunku Chrystusa. Jedna ze szkół samby miała na swym wozie figurę, która z jednej strony przedstawiał Pana Jezusa, a z drugiej jednego z bożków makumby. Na szczęście usłuchali protestów i nie użyli tego wizerunku w paradzie finalnej. Natomiast jak rozsądzić sprawę tej godności czy nie, kiedy jakaś szkoła samby chce wyrazić swoje uznanie, wiarę i cześć. Tu mamy wiele dyskusji i poglądów. Karnawał to bez wątpienia przestrzeń i czas bardzo wątpliwe moralnie. Jest przy tej okazji bardzo dużo grzechu, publicznego, demonstrowanego i nawet wielu z tego powodu najwyraźniej czują się dumnymi, jakby nie wiadomo co tam osiągnęli. Wydaje się, że właśnie to widział święty Paweł, kiedy mówił w Liście do Filipian: „Wielu bowiem postępuje jak wrogowie krzyża Chrystusowego. …Ich losem – zagłada, ich bogiem – brzuch, a chwała – w tym, czego winni się wstydzić.” Ciągle się tu dyskutuje, czy można czy nie katolikom uczestniczyć w karnawale. Zwolennicy katolickiego udziału w karnawale przypominają słynne słowa Dom Heldera Camary, który miał o tym taką oto opinię: „Karnawał to radość ludowa…Grzeszy się bardzo w karnawale? Nie wiem, co jest gorsze przed Bogiem: przesada tu lub tam popełniona przez uczestników karnawału, czy faryzeizm i brak miłosierdzia ze strony tych, którzy uważają się za lepszych i bardziej świętych od ludzi, którzy biorą udział w karnawale.” Zupełnie inne stanowisko zajmuje w tej sprawie ksiądz Jonas Abib, założyciel Cancao Nova, czyli jednej z największych wspólnot charyzmatycznych Brazylii, a być może i całego świata. Na pytanie o to, czy katolicy mogą brać udział w karnawale on odpowiedział tak: „A można przejść drogą pełną błota i się nie pobrudzić?” Stad też wielu katolików w Brazylii podczas karnawału udaje się na rekolekcje. U nas też, choć w tym roku było bardzo prosto i skromnie, swoje zwyczajowe rekolekcje ma nasze parafialne Oratorium.

Sporów o to, czy można, co można i na ile można mamy tak naprawdę na tony. W tym roku wiele szkół samby zdecydowało się, w trzechsetną rocznicę wyłowienia z rzeki Paraiba figury Matki Bożej z Aparecidy, upamiętnić to właśnie wydarzenie. Najwięcej szumu było wokół prezentacji szkoły samby o nazwie Unidos de Vila Maria z Sao Paulo. Szkoła ta już od roku 2015 przygotowywała się do wystąpienia z show poświęconym 300-leciu Aparecidy. Wszystkie prace odbywały się z pomocą i pod nadzorem komisji kościelnej powołanej przez kardynała Odilo Pedra Scherera. On wielokrotnie zapewniał, że artyści wybrali ten temat będąc motywowani pobożnością maryjną. Przedstawiono historię znalezienia cudownej figury, pierwsze cuda, rozwijający się kult, powstanie sanktuarium i ważniejsze postacie.  Nie widziałem tego przedstawienia, ale podobno było bardzo piękne. Nie mniej w klasyfikacji zajęli ostatnie miejsce. Też i w Manaus jedna ze szkół o nazwie Mocidade Independente de Aparecida podjęła ten sam temat. Nawet udało im się namówić, aby defilował wraz z nimi nasz Dom Sergio. Też tego nie widziałem, bo karnawał spędziłem w domu.

Strajk policjantów w Vitória.

paderewskigrzegorz

Manaus, 22. 02. 2017

Kryzys w Brazylii ma swoje kolejne odsłony. Już teraz nie są to liczby, jakieś tam tajemnicze wskaźniki ekonomiczne, groźna inflacja, mroczne bezrobocie i czerwony, ujemny wzrost gospodarczy. Dochodzi do desperacji tak wielkiej, że na pewno nie może już być gorzej. Najpierw jeden z policjantów z Rio de Janeiro strzelił sobie w głowę. Tragedia! Mógłby ktoś powiedzieć, że zdarza się to z jakąś tam frekwencją w najróżniejszych stronach świata. On jednak zrobił to podczas transmisji na żywo przez Facebook, wyjaśniając wcześniej motywy tego desperackiego czynu. Od lat jego policyjna pensja, a powszechnie uważa się je tutaj za bardzo wysokie, nie była aktualizowana o inflację. Od kilku też lat wypłacana była z opóźnieniem, w ratach. Od sierpnia nie otrzymywał jej wcale. Długi, nieopłacone rachunki, dobijający się z każdej strony wierzyciele, zniszczone życie rodzinne. Nie da się dalej tak żyć. Po prostu nie ma za co. Strzał w głowę i wszystko się skończyło. Media jakoś dziwnie nie pokazywały zbytnio tego wideo. Też szybko sprawa ucichła. Niektórzy dziennikarze pisali jedynie o słabym, zupełnie nieprzygotowanym do pełnienia tak odpowiedzialnej społecznie funkcji człowieku, któremu ktoś nieroztropnie dał broń do ręki.

Policjant ten stał się symbolem. Dzięki niemu nagle Brazylia, a być może i jakaś tak część świata, usłyszała o czymś, co w mediach było przemilczane. Okazało się, że w takiej samej sytuacji znajduję się dziesiątki tysięcy ludzi w stanie Rio de Janeiro. Dokładnie to samo dzieje się z innymi policjantami, nauczycielami, lekarzami, urzędnikami wszelkich instytucji stanowych. Nagle dostrzeżono zamknięte od miesięcy szkoły, uniwersytety, muzea, biblioteki. Stan od lat nie wypłacał regularnie pensji swoim pracownikom. Od sierpnia nie wypłaca jej wcale. Jak żyć? A jeszcze tak niedawno mieliśmy w Brazylii wspaniałą olimpiadę i kilka lat wcześniej spektakularny mundial. Wszystko było takie kolorowe.

Wkrótce potem do kolejnych tragedii doszło w Vitorii, stolicy stanu Espirito Santo, który sąsiaduje z Rio de Janeiro. Powody te same. Pewnego dnia matki i żony policjantów rozpoczęły okupację bram wjazdowych wszystkich policyjnych jednostek. Policjanci więc nie mogli wyjechać na służbę. Kobiety wpuszczały przychodzących na zmianę, ale już nikt nie wychodził. Oczywiście wszystko to było zaplanowane przez samych policjantów. W taki właśnie sposób rozpoczęli oni strajk, który jest zabroniony przez konstytucję. Mówili, że oni to i nawet chcieli bardzo wyjść na służbę, ale jak to zrobić nie rozjeżdżając przy tym koczujących na wjazdach kobiet. Efektem były dwa tygodnie istnej apokalipsy dziejącej się na ulicach Victorii. Tłumy rabowały sklepy. Szturmowano banki. Ludzie barykadowali się w domach. Oczywiście nic nie funkcjonowało. Puste ulice przerażały. Jak mogło do czegoś takiego dojść w tym przepięknym, nadmorskim mieście. Jest ono w sumie niewielkie, coś około 400 tysięcy mieszkańców. W warunkach latynoamerykańskich daje to gwarancję spokoju i sielskości. Na dwa tygodnie zamieniło się jednak w piekło. Na ulicach, przy okazji napadów, zostało zamordowanych 127 osób. Sytuację opanowało dopiero wojsko. Jak tak dalej pójdzie, i do tego typu protestów przyłączą się inne stany i miasta, to wojska też zabraknie. Kraj wydaje się nie mieć rządu.

Przy okazji tego wszystkiego, co działo się w Vitorii, można poczynić najróżniejsze refleksje. Na przykład o łatwości, z jaką ludzie stają się przestępcami. Sklepy pustoszyli wszyscy, nie jacyś tam „zawodowi” złodzieje. Nagle ktoś, kto normalnie nigdy takich rzeczy nie czynił, rzucał się i rabował, co popadło. To jeszcze bardziej czyni to zdarzenie apokaliptycznym.

Bunt więźniów w Manaus.

paderewskigrzegorz

Manaus, 10.02.2017

Kilka dni temu przyjechali do nas goście z Polski i na dzień dobry zapytali o więzienne bunty w naszym mieście. Nawet nie wiedziałem, że tak głośno było o Manaus w Polsce.

W Brazylii, jeśli ktoś, kto normalnie nie należy do notorycznych przestępców zostaje z jakiegoś tam powodu aresztowany, to rodzina w tym momencie robi dosłownie wszystko, aby został on jak najszybciej z tego aresztu lub więzienia wyciągnięty. Szuka się na gwałt adwokatów, którzy doskonale wiedzą, jak się w środowisku więziennym poruszać. Zaraz powiedzą co i ile kosztuje. Rodzina oczywiście staje na głowie, żeby pieniądze zdobyć. Trochę się zawsze temu dziwiłem, bo z jednej strony ciągle naiwnie wierzę w sprawiedliwość. Myślałem, że jak niewinny, to sprawa się wyjaśni, a jak winny, to przecież odpowiedzieć za swoje uczynki musi. Tymczasem, jak to często bywa, sprawa nie jest taka prosta. Jeśli ktoś trafia tu do więzienia, to bez wątpienia trafia do piekła. Jeśli trochę w nim pobędzie i cudem przeżyje, to wyjdzie z niego diabłem. Oczywiście zasada ta nie dotyczy białych kołnierzyków. Ci nawet jak ukradną miliardy, to często nawet nie widzą więziennych krat. A jeśli już, to dla nich więzienia są też jakby inne.

Ostatnio w Manaus doszło do walk w kilku tutejszych więzieniach. Łącznie zostało zabitych 60 osób. Nie zabiła ich interweniująca policja. Te śmierci to owoc walk pomiędzy dwoma mafiami. Trudno to sobie wyobrazić, ale na kilkanaście godzin strażnicy więzień tracili zupełnie kontrolę nad więzieniami. Więźniowie walczyli ze sobą, używając przy tym nawet karabinów, mordując się, a potem pastwiąc nad ciałami. Jak to wszystko stało się możliwe? To jest właśnie prawdziwe misterium.

Kiedyś próbowaliśmy w naszej parafii stworzyć duszpasterstwo więźniów. Grupa zapaleńców, bardzo zresztą maleńka, po należytych przygotowaniach udała się do jednego z więzień, poza miasto, gdzie miała spotkać się z przetrzymywanymi tam mężczyznami. Niestety, wszystko skończyło się szybciej niż ktokolwiek przypuszczał. Po tym, jak każdy z ewangelizatorów został rozebrany do naga i wnikliwie przeszukany, nikt nie miał odwagi, by kontynuować tę pracę. No cóż, nie dziwię się temu. Natomiast dziwię się ogromnie, kiedy nagle widzę w telewizji więźniów latających po dachach więziennych budynków nie tylko z nożami, ale właśnie z pistoletami i nawet karabinem. O najnowszych modelach komórek już nie wspomnę. Jak to zostało tam wniesione?

Tło tych krwawych wydarzeń do dziś pozostaje niewyjaśnione. Niektórzy dziennikarze próbowali informować w Internecie o rzeczach dosłownie niewiarygodnych. Z tego, że nagle zostali uciszeni, natychmiast zwolnieni z pracy po jakimś jednym nieostrożnym zdaniu, można wnioskować, że chyba coś na rzeczy musiało być. W sprawę są ponoć zamieszane osoby najwyżej postawi w stanie Amazonas. Ale, jak to zawsze w takich sytuacjach bywa, nigdy nie dowiemy się prawdy.

Podczas rebelii z więzień pouciekali skazani. Podawaną oficjalnie liczbę wielokrotnie zmieniano, coraz bardziej ją zwiększając. To też dosyć ciekawe. Miało się wrażenie, że zarządzając więzieniami w ogóle nie wiedzieli ilu mają tam osadzonych i kto dokładnie tam przebywał. Nie mniej ci co pouciekali urządzili jednego dnia w Manaus dzień terroru. Przemieszczali się z miejsca na miejsce napadając i rabując sklepy i ludzi na ulicach. W mieście wybuchła straszna panika. Oficjalnie policja temu zaprzeczyła mówiąc, że ktoś rozsiewał plotki. Jednak do dziś w Internecie można spotkać filmy i zdjęcia dokumentujące tę niby plotkę.

Jakby jeszcze temu było mało, gubernator stanu obwieścił, że rząd będzie wypłacał odszkodowania rodzinom zamordowanych więźniów. No cóż, szkoda każdego człowieka i śmierć każdego z nich jest bez wątpienia tragedią. Doszło jednak do sytuacji, która budzi wiele pytań o sprawiedliwość.

Manaus było niestety tylko początkiem. W kilku kolejnych stanach wkrótce potem miały też miejsca wewnątrz więzienne walki pomiędzy gangami.

Zmarł ksiądz Józef Maślanka.

paderewskigrzegorz

 

20161010_134048_1

Manaus, 02. 02. 2017

W święto Trzech Króli, w szpitalu Joao Lucio, który znajduje się na terenie naszej parafii, zmarł ks. Józef Maślanka, pallotyn, legendarny misjonarz Amazonii. Już kilka razy o nim pisałem. Przypomnę tylko, że urodził się w 1933 roku. Wyświęcony został na kapłana w Ołtarzewie w 1959. Do Brazylii przyjechał w 1971 roku, najpierw do Mato Grosso, a potem, do Amazonii. Sławna jest ta jego podróż do Manaus, bo odbył ja autostopem. Jeśli chodzi o Amazonię, to dróg dzisiaj jest jeszcze niewiele, więc albo to były jakieś pełne błota, trudno przejezdne trakty, albo po prostu pływanie łódkami, barkami i tratwami. Znając nieco tę rzeczywistość z dzisiaj, nie umiem sobie wyobrazić jak to się odbywało czterdzieści pięć lat temu. Ks. Józef ostatecznie zdecydował się na pracę w Novo Airao. Musimy pamiętać, że parafia ta miała wówczas jedną dziesiątą terytorium Polski. Dziś jeszcze do najdalszej wspólnoty płynie się barką dwa tygodnie. Dwa tygodnie w jedną stronę w górę rzeki Rio Negro. Ks. Józef Maślanka ma nie tylko wyjątkowe zasługi na polu ewangelizacji. Jest on też twórcą systemu oświaty w rejonach Novo Airao.

Ostatni lata ksiądz Józef przeżywał w ciszy swojego domu. Wyobrażam sobie, jak to przesiadywał często na werandzie, patrzył na Rio Negro i wspominał swoje niezliczone misyjne wyprawy stateczkiem o imieniu Santa Maria do Rio Negro. Udało się nam go jeszcze przed śmiercią odwiedzić. Zjedliśmy z nim obiad, trochę porozmawialiśmy. Widać było już wtedy, że był jakby nieobecny. Już też nie podjął swojej ulubionej dyskusji o eschatologii. Najwyraźniej wiedział, że wkrótce wszystko to sobie sprawdzi osobiście. Podziwialiśmy opiekę, jaką nad nim roztoczył ksiądz Stanisław. Opiekował się księdzem Józefem jak kochający syn ojcem. Nie spodziewaliśmy się, że będzie to nasze ostatnie spotkanie.

Jego pogrzeb był już następnego dnia po śmierci. W Brazylii tak się to odbywa. Ciała zmarłych są grzebane jak najszybciej, niekiedy nawet w dniu śmierci, najpóźniej dnia następnego. Stąd często wiadomość o śmierci nie dociera do wszystkich. Tym razem było nieco inaczej, bo właśnie na dzień 7 stycznia zaplanowane było poświęcenie kaplicy św. Franciszka z Asyżu. Została ona wybudowana przez księdza Stanisława Krajewskiego, który jest aktualnie proboszczem w Novo Airao. Przybyło więc wielu ludzi, a większość była zaskoczona. Bo jechali na poświęcenie nowej kaplicy, a tu okazało się, że jest pogrzeb ich wieloletniego proboszcza, duszpasterza wielu pokoleń. Mszę sprawował ksiądz biskup pomocniczy Dom Jose. Przybyli pallotyni z Manaus. Dom Jose w homilii podkreślał zasługi zmarłego misjonarza dla całej Amazonii, nie tylko dla parafii Novo Airao. Po Mszy Świętej, tuż przed zamknięciem trumny, wszyscy żegnali się z księdzem Józefem. Trwało to bardzo długo. Był to też moment wyjątkowo smutny. Wielu ludzi bardzo płakało. Widać było, że byli zżyci z księdzem Józefem. Potem zaś, ku naszemu zaskoczeniu, parafianie zdecydowali, że poniosą trumnę swego proboszcza na cmentarz. To było bardzo wzruszające. Droga była długa, ludzie zmieniali się co chwila, nie dla tego, że szybko się męczyli, ale dla tego, że każdy chciał nieść trumnę. Został pochowany w „kwaterze polskiej”, pomiędzy dwoma grobami Polaków, którzy zmarli w Novo Airao.

Zapamiętam księdza Maślankę zwłaszcza dzięki jego optymizmowi. Ciągle powtarzał, że skoro Bóg stworzył ludzi i świat, to są dobrzy. Dobro widział w każdym człowieku.

 

Noworoczne przesądy.

paderewskigrzegorz




Manaus, 30. 12. 2016

Pamiętam, że kiedyś, kiedy na mszę kończącą stary rok szedłem ubrany, jak to często mi się przecież zdarza, w czarne spodnie i czarną koszulę z koloratka, kilka osób skomentowało mój ubiór, że niby niewłaściwy. Przyznam, że na początku nie zwróciłem na to uwagi, jakby nie rozumiejąc, o co ludziom chodziło. Pomyślałem sobie, że jeszcze mój portugalski jest bardzo słaby i nie rozumiałem, co tak naprawdę do mnie mówili. Nie mniej zaciekawiło mnie to, bo niby czarny kolor miał zapowiadać zły rok. Dopiero z czasem odkryłem, że chodziło tu o przesądy. Brazylijczycy mają ich tysiące. Oczywiście my, Polacy, też nie jesteśmy w tej kwestii świeci, ale jednak Brazylia jest pod tym względem bardzo przed nami. Oczywiście najwięcej takich przesądów uaktywnia się na koniec roku i Nowy Rok. Sam się dziwię, skąd nagle ci ludzie czerpią te wszystkie przekonania. Mówią o magii, jaką daje się odczuć w momencie zmiany roku. Podobno jest to wyśmienity moment na nałapanie dobrej energii. Pewnie też jest jakiś pomysł na jej zmagazynowanie. Nagle wszyscy stają się ekspertami od mody, jedzenia, zachowania, dekoracji domów. Ubawić się tym można nieźle. Na przykład, aby mieć pieniądze, trzeba zjeść soczewicę. Co w sumie nie jest takie proste, bo w Amazonii ona nie rośnie w każdym ogródku. Stąd moje zdumienie, skąd nagle ta noworoczna soczewica.  Są jeszcze inne pokarmy, które dają szczęście. Jednym z nich, co w sumie też jest nieco dziwne, mięso wieprzowe. Normalnie Brazylijczycy jedzą wołowinę. Słyną z niej na pół świata i nieustannie grozi nam wybuch wojny pomiędzy Brazylią, Argentyną i Urugwajem o to, czyja wołowina jest smaczniejsza. Spory na ten temat nie mają końca. Wieprzowina jest mało używana, właściwie nawet to się nią pogardza. Jednak w Nowy Rok staje się niczym kawior i szampan, szlachetna. Jeśli ktoś ma ją na stole, to znaczy, że będzie mu się dobrze powodziło. Nigdy bym nie przypuszczał, że od świni może tak wiele zależeć.

Jest jeszcze sporo jedzenia szczęśliwego, ale przejdźmy do ubiorów. Wiemy już, że czarny kolor to nie jest najlepszy pomysł na noworoczne kreacje. Obowiązkowym jest biały. Stąd na naszą mszę kończącą stary rok wszyscy przychodzą ubrani na biało. Biały oznacza światło, czystość, dobro. Mamy śnieg w kościele. Niby wszystko miło i sympatyczne, ale jak się pomyśli, że ta eksplozja bieli związana jest z umbandą, macumbą i candomble, a więc z satanizmem, to już nie wydaje się takie miłe. Mówią też, że te białe ubiory powinny być nowe, aby szczęście zadziałało. Rzeczy używane pewnie raczej je odstraszają.

W Nowy Rok trzeba też bardzo hałasować. Zasada w tym momencie obowiązująca jest bardzo prosta: więcej hałasu, więcej szczęścia. Stąd już od rana w Sylwestra od huku można oszaleć. A im bliżej północy, tym gorzej. Dla nas to ogromny problem, bo trudno jest normalnie sprawować Mszę Świętą. Jednak nie poddajemy się. Co roku organizujemy adorację eucharystyczną, przebłagalno-dziękczynną, a po niej Msze Świętą. Chyba powoli coś tam do ludzi trafia, bo z roku na roku mamy coraz więcej uczestników tychże celebracji.

Bardzo smutnym jest to, że wielu katolików o północy bierze udział w zabawie organizowanej nad brzegiem Rio Negro. Zabawa sama w sobie nie byłaby tu czymś złym, ale chodzi tu o coś zupełnie innego. O północy całe towarzystwo skacze w wodzie ileś tam razy, co też niby przynosi szczęście, rzuca w wodę kwiaty, jedzenie i na plaży zapala świece. To jest kult umbandyjskiej bogini Yemanja. Smutne to wszystko. Jedyne, co nam dodaje otuchy, to budząca się powoli świadomość, że te wszystkie przesądy to grzech i bardzo przeszkadzają żyć w wolności i godności Synów Bożych.

 

© B R A Z Y L I A
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci