Menu

B R A Z Y L I A

Nossa Senhora de Aparecida

paderewskigrzegorz

Manaus, 8.03.2017

W tym roku karnawału w Brazylii miało prawie nie być. Wiele prefektur zapowiadało zlikwidowanie zabaw z powodu kryzysu. Nie mniej pokazy szkół samby odbyły się, chociaż nie bez problemów i dramatów. Nie wiem, czy kryzys ma tu coś do znaczenia, ale tego roku miało miejsce bardzo wiele wypadków. Jak nigdy wcześniej pojazdy alegoryczne (carros alegoricos) co chwila się psuły, na kogoś i na coś najeżdżały albo po prostu się rozsypywały. Doszło też w tym roku do kilku skandalów z powodu wykorzystywania wizerunków katolickich. W karnawale motywy religijne są zawsze obecne. W tym też katolickie. Oczywiście niedopuszczalne jest ich użycie w sposób niegodny. Jednak coś takiego nieustannie się zdarza. Na przykład w tym roku archidiecezja z Rio de Janeiro zaprotestowała przeciwko użyciu wizerunku Chrystusa. Jedna ze szkół samby miała na swym wozie figurę, która z jednej strony przedstawiał Pana Jezusa, a z drugiej jednego z bożków makumby. Na szczęście usłuchali protestów i nie użyli tego wizerunku w paradzie finalnej. Natomiast jak rozsądzić sprawę tej godności czy nie, kiedy jakaś szkoła samby chce wyrazić swoje uznanie, wiarę i cześć. Tu mamy wiele dyskusji i poglądów. Karnawał to bez wątpienia przestrzeń i czas bardzo wątpliwe moralnie. Jest przy tej okazji bardzo dużo grzechu, publicznego, demonstrowanego i nawet wielu z tego powodu najwyraźniej czują się dumnymi, jakby nie wiadomo co tam osiągnęli. Wydaje się, że właśnie to widział święty Paweł, kiedy mówił w Liście do Filipian: „Wielu bowiem postępuje jak wrogowie krzyża Chrystusowego. …Ich losem – zagłada, ich bogiem – brzuch, a chwała – w tym, czego winni się wstydzić.” Ciągle się tu dyskutuje, czy można czy nie katolikom uczestniczyć w karnawale. Zwolennicy katolickiego udziału w karnawale przypominają słynne słowa Dom Heldera Camary, który miał o tym taką oto opinię: „Karnawał to radość ludowa…Grzeszy się bardzo w karnawale? Nie wiem, co jest gorsze przed Bogiem: przesada tu lub tam popełniona przez uczestników karnawału, czy faryzeizm i brak miłosierdzia ze strony tych, którzy uważają się za lepszych i bardziej świętych od ludzi, którzy biorą udział w karnawale.” Zupełnie inne stanowisko zajmuje w tej sprawie ksiądz Jonas Abib, założyciel Cancao Nova, czyli jednej z największych wspólnot charyzmatycznych Brazylii, a być może i całego świata. Na pytanie o to, czy katolicy mogą brać udział w karnawale on odpowiedział tak: „A można przejść drogą pełną błota i się nie pobrudzić?” Stad też wielu katolików w Brazylii podczas karnawału udaje się na rekolekcje. U nas też, choć w tym roku było bardzo prosto i skromnie, swoje zwyczajowe rekolekcje ma nasze parafialne Oratorium.

Sporów o to, czy można, co można i na ile można mamy tak naprawdę na tony. W tym roku wiele szkół samby zdecydowało się, w trzechsetną rocznicę wyłowienia z rzeki Paraiba figury Matki Bożej z Aparecidy, upamiętnić to właśnie wydarzenie. Najwięcej szumu było wokół prezentacji szkoły samby o nazwie Unidos de Vila Maria z Sao Paulo. Szkoła ta już od roku 2015 przygotowywała się do wystąpienia z show poświęconym 300-leciu Aparecidy. Wszystkie prace odbywały się z pomocą i pod nadzorem komisji kościelnej powołanej przez kardynała Odilo Pedra Scherera. On wielokrotnie zapewniał, że artyści wybrali ten temat będąc motywowani pobożnością maryjną. Przedstawiono historię znalezienia cudownej figury, pierwsze cuda, rozwijający się kult, powstanie sanktuarium i ważniejsze postacie.  Nie widziałem tego przedstawienia, ale podobno było bardzo piękne. Nie mniej w klasyfikacji zajęli ostatnie miejsce. Też i w Manaus jedna ze szkół o nazwie Mocidade Independente de Aparecida podjęła ten sam temat. Nawet udało im się namówić, aby defilował wraz z nimi nasz Dom Sergio. Też tego nie widziałem, bo karnawał spędziłem w domu.

Figura z Aparecidy.

paderewskigrzegorz

Manaus, 22.04.2017

Chciałbym jeszcze napisać kilka zdań o figurce Matki Bożej z Aparecidy. Najpierw może o wrażeniu, jakie się ma, kiedy widzi się po raz pierwszy cudowną figurę. Nowa bazylika w Aparecidzie jest wyjątkowym gigantem. Na jej obejście potrzeba nie tylko dużo czasu, ale też sił fizycznych. O samej budowli, a właściwie o kolejnych sanktuariach, na pewno już wkrótce napiszę nieco więcej. Nie mniej, jak się wchodzi to tego sanktuarium, to oczywiście zaraz szuka się ołtarza z Maryją. Nie ma go. W pierwszym momencie można być nieco zawiedzionym i zdezorientowanym. Potem dopiero dostrzegamy, że cudowna figura znajduje się nad wejściem głównym, w maleńkiej niszy, ginąc zupełnie w tamtych wielkich przestrzeniach. Taka mała! Jest to rzeczywiście wyjątkowo maleńki punkcik. Jednak to ona przyciąga uwagę całej katolickiej Brazylii. Aby się dostać w pobliże cudownej figury, trzeba użyć bocznych schodów, iść oczywiście za strzałkami, zgodnie ze wskazywanym kierunkiem. Cierpliwie odstać w kolejkach. Przechodząc pod Maryją raczej nawet nie można się zatrzymywać. Wszechobecni świątynni porządkowi zaraz reagują, gdy ktoś chce dla siebie nieco więcej czasu. Tak przynajmniej jest w momentach pielgrzymich szczytów. Chodzi oczywiście o to, aby nie torować przepływu tłumów. Kolejki chyba tutaj nigdy się już nie kończą. Jest to jeden moment spotkania z Maryją Aparecida. Moment, który, jak to się później okazuje, zmienia całe życie wielu ludzi. Moment, który już niejednemu dał wieczność.

Figurka Matki Bożej z Aparecidy została prawdopodobnie wyrzeźbiona przez benedyktyna o imieniu Agostinho de Jesus. Jest dosyć mała, zaledwie 40 centymetrów. Chociaż z tymi danymi to już jestem trochę zdezorientowany, bo ciągle znajduję jakieś nieco odmienne informacje. Nie mniej jest to maleństwo. Nie jest ona ani bardzo oryginalna, ani jakimś wyjątkowym dziełem sztuki. Zwykła, prosta rzeźba w glinie. Chociaż uczeni mówią, że jest to rzeźba barokowa. Jest to jednak barok bardzo skromny. Dziś z trudem można rozpoznać rysy twarzy, zarys fałdów płaszcza ze spinką, włosów, kwiatów we włosach, diademu. W XVII wieku robiono podobno takich rzeźb bardzo wiele. Na przykład identyczna znajduje się w narodowym sanktuarium Argentyńczyków, w Lujan. Kiedyś prawdopodobnie była pomalowana. Kolor figury, podobnie jak rozmiar, też jest dla mnie swoistą tajemnicą. Mówi się, że jest ona czarna. Tak też najczęściej jest przedstawiana. Oryginalnie jest brązowa. Natomiast w opisie konserwatorów określa się jej kolor jako cynamonowy!  Na dodatek wyjaśniają, że niby zostało to spowodowane wpływem palących się i kopcących niemiłosiernie świec w kaplicach, gdzie byłą przechowywana. Dziś ma oczywiście przyozdobione drogocennymi kamieniami i perłami koronę i królewski płaszcz. Jednak sama figura materialnie to symbol ubóstwa. Duchowo zaś jest znakiem wyjątkowego bogactwa. Figura sama w sobie już nas może wiele nauczyć.

Taką figurkę Matki Bożej z Aparecida można spotkać dosłownie wszędzie. Jest ona w każdym katolickim domu. Niektórzy chwalą się posiadaniem „oryginalnej kopi”, tak to się tutaj nazywa. Oczywiście chodzi o faksymile. Coś takiego sprzedaje tylko oficjalny sklep sanktuarium. Kopia jest numerowana, zaopatrzona w certyfikat i najtańsza kosztuje coś około 500 zł. Jest jeden sposób, aby dostać taką figurę za darmo. Rektor sanktuarium ma taki obyczaj, że wysyła ją każdemu nowo mianowanemu biskupowi. Po za tym, we wszelkich sklepach z dewocjonaliami jest ona najczęściej sprzedawanym produktem. Oczywiście są takich figurek najróżniejsze rozmiary. Miniaturki i giganty. Najczęściej robiona jest z syntetycznej żywicy, ale oryginał jest gliny. Właśnie to stało się w pewnym momencie wielkim problemem. W 1978 roku, pewien protestant, pochwycił stojącą na ołtarzu figurę i chciał się z nią niepostrzeżenie wydostać z kościoła. Ktoś to zauważył, doszło do pogoni za złodziejem i w jakimś tam miejscu został dogoniony. W tamtym momencie, widząc, że nie da rady uciec ze zdobyczą, cisnął figurkę o ziemię. Gliniana, krucha rzeźba rozpadła się na dwieście fragmentów. Zrekonstruować ją było bardzo trudno, ale dokonała tego pewna artystka, dla której stałą się to okazją do głębokiego duchowego doświadczenia.

300 lat Aparecidy.

paderewskigrzegorz

Manaus, 10. 04. 2017

 

Brazylia już od trzech lat przygotowuje się na 300-lecie pojawienia się Matki Bożej z Aparecida. Już kiedyś szczegółowo opisywałem tę historię. Wszystko zaczęło się w 1717 roku. Biedni rybacy zostali zobowiązani do dostarczenia ogromnej ilości ryb na bankiet wydawany z okazji nominacji nowego gubernatora. Już sama ich ilość, jaką sobie na to przyjęcie zażyczono, była szokująca. Jednak problem był o wiele większy, bo wówczas w rzece ryb nie było. Rybacy wiele razy wypływali, noc w noc, bez końca zarzucali sieci i nic. Jednego razu wyłowili z rzeki figurkę Matki Bożej. Była bez głowy. Wysupłali ją z sieci i oczyścili. Zastanawiali się, co to może oznaczać. Potem zarzucili sieć jeszcze raz i udało im się wyciągnąć głowę tejże figurki. Już to było swoistym cudem, bo figurka Maryi była bardzo mała, a więc takie skompletowanie całości poprzez wyciągniecie odłamanej głowy z dna rzeki wręcz niemożliwe. Zabrali do domu, porządnie oczyścili, naprawili i pomodlili się gorliwie. Następnego dnia, kiedy zarzucili sieci, ryb było tak wiele, że nie wiedzieli, jak sobie z tym nadzwyczajnym urodzajem poradzić. Ten cud zapoczątkował całą listę niezwykłych wydarzeń i w taki sposób Matka Boża Aparecida weszła w historię Brazylii. Na zawsze. Na całego. Na co dzień. We wszelkie dziedziny życia tego kraju. Jest obecna w każdym domu i każdym miejscu publicznym. Jej imię noszą miliony brazylijskich kobiet i nawet co niektórzy mężczyźni. Mamy tutaj Aparecidas i Aparecidos. Nawet najbardziej agresywni antymaryjni tutejsi zielonoświątkowcy siedzą cicho jeśli chodzi o Matkę Bożą z Aparecidy. Jej pozycja jest niekwestionowana. Jest po prostu Matką tego narodu. Matką, która zawsze pomaga. Jej imię Aparcida oznacza „pojawiona” (tak to odważę się przetłumaczyć), bo pojawiła się, gdy lud Jej potrzebował. Pojawiła się ciągle pojawia. Każdy ma tutaj swoje nabożeństwo do Aparecidy i wszyscy mogą opowiedzieć o swoich z nią, oczywiście nadzwyczajnych, doświadczeniach.

Nie ma więc w tym nic dziwnego, że przygotowania do jubileuszu 300-lecia przyciągnęły uwagę wszystkich. Nasza parafia też przyjęła pielgrzymująca po kraju figurę Matki Bożej. Gościła ona u nas cały tydzień. Teraz zaś najważniejsze rzeczy dzieją się w maryjnej stolicy Brazylii, w Aparecida. Każdego dnia realizowana jest tam wielka celebracja, bo w sumie codziennie jakaś diecezja dociera tam ze swoją pielgrzymką. Oczywiście i nasza amazońska diecezja też się tam wybiera. Dokona się to w połowie lipca. Kulminacją wszystkich obchodów będzie zaś wielka narodowa celebracja w uroczystość Matki Bożej z Aparecida, czyli dwunastego października. W naszej parafii wyjątkowo maryjnie będziemy w tym roku przeżywać nasz odpust. Będzie to już wprawdzie zakończenie roku maryjnego, ale naszą tradycja jest, aby co roku nasz odpust, a właściwie dziewięciodniowe rekolekcje parafialne, realizować zgodnie z głównymi duszpasterskimi tematami.

Przygotowania do jubileuszu to nie tylko modlitwy. Zaopatrzono nas w bardzo dobre materiały duszpasterskie. Robiliśmy więc i jeszcze zrobimy rekolekcje maryjne, różnego rodzaje formacje, a zwłaszcza katechezy. Przy okazji propagujemy najróżniejsze rodzaje maryjnej pobożności. W tym ostatnich latach bardzo wielu ludzi zainteresowało się, i wielu nawet tego dokonało, konsekracją Matce Bożej według „Traktatu o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny” św. Ludwika Marii Grignon de Monforta. A trzeba przyznać, że to forma pobożności bardzo wymagająca.

Bez wątpienia Matka Boża z Aparecida jest wśród nas. Czujemy jej obecność w tym kryzysowym czasie i to dodaje nam siły i nadziei. Ona nam mówi: „Zróbcie wszystko co On wam powie” i wiemy, że tylko będąc posłusznymi Chrystusowi godnie przetrwamy te trudne doświadczenia. Ona, Aparecida, jest z nami.

 

Szkoła Wiary.

paderewskigrzegorz

Manaus, 28.03.2017.

 

escoladafeblog

Dzisiaj chciałbym napisać kilka słów o naszej Szkole Wiary. Tak, mamy na terenie naszej parafii najprawdziwszą szkołę katolicką i w zeszłym miesiącu wypuściła ona w świat swoich pierwszych absolwentów. Balu na zakończenie wprawdzie nie było, ale uczciliśmy to małym poczęstunkiem. Natomiast radość była bardzo wielka, na miarę co najmniej zdanej z sukcesem matury.

Najpierw jednak może o tym, czemu taka szkoła powstała. W Brazylii jest pełno prywatnych szkół katolickich. Mamy przedszkola, podstawówki, gimnazja, szkoły średnie i uniwersytety. Niestety, w żaden sposób nie przekłada się to na wyższy poziom wiedzy religijnej. Muszą one, aby mieć pozwolenie na działalność, rygorystycznie przestrzegać neutralności. W praktyce oznacza to, że mogą uczyć wszystkich religii, ale katolickiej nie. Dochodzi jeszcze do tego szaleństwo poprawności politycznej. Nawet gdyby te katolickie szkoły czegoś tam katolickiego uczyły, to i tak nasi parafianie do takich nie chodzą, bo są płatne. Jedyną nadzieją na przekazywanie wiedzy religijnej jest parafialna katecheza. Tutaj też nie mamy wielkich sukcesów. Ponieważ pracujemy tylko w oparciu o wolontariuszy, więc nawet z tymi najbardziej wytrwałymi i gorliwymi, ciągle mamy kłopoty. Raz przyjdzie, raz nie. Raz się przygotuje do katechezy, dwa razy nie. Z reguły są to ludzie bardzo młodzi. Próbujemy w nich nieustannie inwestować, ale związane jest to z bardzo wysokim ryzykiem. Bo już tak się kilka razy zdarzyło, że wysyłaliśmy takich kandydatów na katechetów do szkoły katechetycznej. Nasza parafia za tę szkołę oczywiście płaciła. Niestety, po ukończeniu formacji nagle się okazywało, że ci ludzie musieli się przeprowadzić w inny koniec miasta. W ten sposób ciągle pozostawaliśmy z brakami katechetycznymi. Wprawdzie inwestycja nie szła na marne, bo oni na pewno podejmowali swoje katechetyczne obowiązki w swoich nowych wspólnotach. Nie mniej dla nas problem kontynuował nierozwiązany. Manaus jest na dodatek miastem wielkim, zupełnie niewydolnym komunikacyjnie. Dojazd do centrum, a właśnie tam zawsze odbywają się wszelkie kursy, szkolenia, formacje i szkoły, trwa całe godziny. Stąd powstał pomysł, aby zrobić taką naszą prywatną, małą, sympatyczną, parafialną, rodzinną szkołę religijną. Chociaż głównie myśleliśmy o katechetach, to zaproszeni zostali do niej wszyscy chętni. Tak uformowała się spora grupa naszych pierwszych studentów. Szkołę zaczęło aż siedemdziesiąt osób. Po dwóch latach skończyło ją zaledwie trzynastu. Nie mniej było warto. Znów mamy sporą grupę studentów, którzy zaczęli nowy rok z wielka radością i zaangażowaniem.

Nasza Szkoła Wiary funkcjonuje teraz trzy razy w tygodniu, oczywiście wieczorami. Wykładana jest w niej dogmatyka katolicka, historia Kościoła Katolickiego, Biblia, liturgika. Łącznie 250 godzin zajęć. Jak na razie tylko tyle, ale mam nadzieję, że już i to nam bardzo pomoże.

Generalnie to nasi parafianie są bardzo chętni do takich rzeczy. To bardzo budujące i mobilizujące. W sumie to ja nieustannie uczę się od naszych parafian. Bóg działa w swoim Kościele!

Nossa Senhora de Aparecida i karnawał.

paderewskigrzegorz

Manaus, 8.03.2017.

W tym roku karnawału w Brazylii miało prawie nie być. Wiele prefektur zapowiadało zlikwidowanie zabaw z powodu kryzysu. Nie mniej pokazy szkół samby odbyły się, chociaż nie bez problemów i dramatów. Nie wiem, czy kryzys ma tu coś do znaczenia, ale tego roku miało miejsce bardzo wiele wypadków. Jak nigdy wcześniej pojazdy alegoryczne (carros alegoricos) co chwila się psuły, na kogoś i na coś najeżdżały albo po prostu się rozsypywały. Doszło też w tym roku do kilku skandalów z powodu wykorzystywania wizerunków katolickich. W karnawale motywy religijne są zawsze obecne. W tym też katolickie. Oczywiście niedopuszczalne jest ich użycie w sposób niegodny. Jednak coś takiego nieustannie się zdarza. Na przykład w tym roku archidiecezja z Rio de Janeiro zaprotestowała przeciwko użyciu wizerunku Chrystusa. Jedna ze szkół samby miała na swym wozie figurę, która z jednej strony przedstawiał Pana Jezusa, a z drugiej jednego z bożków makumby. Na szczęście usłuchali protestów i nie użyli tego wizerunku w paradzie finalnej. Natomiast jak rozsądzić sprawę tej godności czy nie, kiedy jakaś szkoła samby chce wyrazić swoje uznanie, wiarę i cześć. Tu mamy wiele dyskusji i poglądów. Karnawał to bez wątpienia przestrzeń i czas bardzo wątpliwe moralnie. Jest przy tej okazji bardzo dużo grzechu, publicznego, demonstrowanego i nawet wielu z tego powodu najwyraźniej czują się dumnymi, jakby nie wiadomo co tam osiągnęli. Wydaje się, że właśnie to widział święty Paweł, kiedy mówił w Liście do Filipian: „Wielu bowiem postępuje jak wrogowie krzyża Chrystusowego. …Ich losem – zagłada, ich bogiem – brzuch, a chwała – w tym, czego winni się wstydzić.” Ciągle się tu dyskutuje, czy można czy nie katolikom uczestniczyć w karnawale. Zwolennicy katolickiego udziału w karnawale przypominają słynne słowa Dom Heldera Camary, który miał o tym taką oto opinię: „Karnawał to radość ludowa…Grzeszy się bardzo w karnawale? Nie wiem, co jest gorsze przed Bogiem: przesada tu lub tam popełniona przez uczestników karnawału, czy faryzeizm i brak miłosierdzia ze strony tych, którzy uważają się za lepszych i bardziej świętych od ludzi, którzy biorą udział w karnawale.” Zupełnie inne stanowisko zajmuje w tej sprawie ksiądz Jonas Abib, założyciel Cancao Nova, czyli jednej z największych wspólnot charyzmatycznych Brazylii, a być może i całego świata. Na pytanie o to, czy katolicy mogą brać udział w karnawale on odpowiedział tak: „A można przejść drogą pełną błota i się nie pobrudzić?” Stad też wielu katolików w Brazylii podczas karnawału udaje się na rekolekcje. U nas też, choć w tym roku było bardzo prosto i skromnie, swoje zwyczajowe rekolekcje ma nasze parafialne Oratorium.

Sporów o to, czy można, co można i na ile można mamy tak naprawdę na tony. W tym roku wiele szkół samby zdecydowało się, w trzechsetną rocznicę wyłowienia z rzeki Paraiba figury Matki Bożej z Aparecidy, upamiętnić to właśnie wydarzenie. Najwięcej szumu było wokół prezentacji szkoły samby o nazwie Unidos de Vila Maria z Sao Paulo. Szkoła ta już od roku 2015 przygotowywała się do wystąpienia z show poświęconym 300-leciu Aparecidy. Wszystkie prace odbywały się z pomocą i pod nadzorem komisji kościelnej powołanej przez kardynała Odilo Pedra Scherera. On wielokrotnie zapewniał, że artyści wybrali ten temat będąc motywowani pobożnością maryjną. Przedstawiono historię znalezienia cudownej figury, pierwsze cuda, rozwijający się kult, powstanie sanktuarium i ważniejsze postacie.  Nie widziałem tego przedstawienia, ale podobno było bardzo piękne. Nie mniej w klasyfikacji zajęli ostatnie miejsce. Też i w Manaus jedna ze szkół o nazwie Mocidade Independente de Aparecida podjęła ten sam temat. Nawet udało im się namówić, aby defilował wraz z nimi nasz Dom Sergio. Też tego nie widziałem, bo karnawał spędziłem w domu.

Strajk policjantów w Vitória.

paderewskigrzegorz

Manaus, 22. 02. 2017

Kryzys w Brazylii ma swoje kolejne odsłony. Już teraz nie są to liczby, jakieś tam tajemnicze wskaźniki ekonomiczne, groźna inflacja, mroczne bezrobocie i czerwony, ujemny wzrost gospodarczy. Dochodzi do desperacji tak wielkiej, że na pewno nie może już być gorzej. Najpierw jeden z policjantów z Rio de Janeiro strzelił sobie w głowę. Tragedia! Mógłby ktoś powiedzieć, że zdarza się to z jakąś tam frekwencją w najróżniejszych stronach świata. On jednak zrobił to podczas transmisji na żywo przez Facebook, wyjaśniając wcześniej motywy tego desperackiego czynu. Od lat jego policyjna pensja, a powszechnie uważa się je tutaj za bardzo wysokie, nie była aktualizowana o inflację. Od kilku też lat wypłacana była z opóźnieniem, w ratach. Od sierpnia nie otrzymywał jej wcale. Długi, nieopłacone rachunki, dobijający się z każdej strony wierzyciele, zniszczone życie rodzinne. Nie da się dalej tak żyć. Po prostu nie ma za co. Strzał w głowę i wszystko się skończyło. Media jakoś dziwnie nie pokazywały zbytnio tego wideo. Też szybko sprawa ucichła. Niektórzy dziennikarze pisali jedynie o słabym, zupełnie nieprzygotowanym do pełnienia tak odpowiedzialnej społecznie funkcji człowieku, któremu ktoś nieroztropnie dał broń do ręki.

Policjant ten stał się symbolem. Dzięki niemu nagle Brazylia, a być może i jakaś tak część świata, usłyszała o czymś, co w mediach było przemilczane. Okazało się, że w takiej samej sytuacji znajduję się dziesiątki tysięcy ludzi w stanie Rio de Janeiro. Dokładnie to samo dzieje się z innymi policjantami, nauczycielami, lekarzami, urzędnikami wszelkich instytucji stanowych. Nagle dostrzeżono zamknięte od miesięcy szkoły, uniwersytety, muzea, biblioteki. Stan od lat nie wypłacał regularnie pensji swoim pracownikom. Od sierpnia nie wypłaca jej wcale. Jak żyć? A jeszcze tak niedawno mieliśmy w Brazylii wspaniałą olimpiadę i kilka lat wcześniej spektakularny mundial. Wszystko było takie kolorowe.

Wkrótce potem do kolejnych tragedii doszło w Vitorii, stolicy stanu Espirito Santo, który sąsiaduje z Rio de Janeiro. Powody te same. Pewnego dnia matki i żony policjantów rozpoczęły okupację bram wjazdowych wszystkich policyjnych jednostek. Policjanci więc nie mogli wyjechać na służbę. Kobiety wpuszczały przychodzących na zmianę, ale już nikt nie wychodził. Oczywiście wszystko to było zaplanowane przez samych policjantów. W taki właśnie sposób rozpoczęli oni strajk, który jest zabroniony przez konstytucję. Mówili, że oni to i nawet chcieli bardzo wyjść na służbę, ale jak to zrobić nie rozjeżdżając przy tym koczujących na wjazdach kobiet. Efektem były dwa tygodnie istnej apokalipsy dziejącej się na ulicach Victorii. Tłumy rabowały sklepy. Szturmowano banki. Ludzie barykadowali się w domach. Oczywiście nic nie funkcjonowało. Puste ulice przerażały. Jak mogło do czegoś takiego dojść w tym przepięknym, nadmorskim mieście. Jest ono w sumie niewielkie, coś około 400 tysięcy mieszkańców. W warunkach latynoamerykańskich daje to gwarancję spokoju i sielskości. Na dwa tygodnie zamieniło się jednak w piekło. Na ulicach, przy okazji napadów, zostało zamordowanych 127 osób. Sytuację opanowało dopiero wojsko. Jak tak dalej pójdzie, i do tego typu protestów przyłączą się inne stany i miasta, to wojska też zabraknie. Kraj wydaje się nie mieć rządu.

Przy okazji tego wszystkiego, co działo się w Vitorii, można poczynić najróżniejsze refleksje. Na przykład o łatwości, z jaką ludzie stają się przestępcami. Sklepy pustoszyli wszyscy, nie jacyś tam „zawodowi” złodzieje. Nagle ktoś, kto normalnie nigdy takich rzeczy nie czynił, rzucał się i rabował, co popadło. To jeszcze bardziej czyni to zdarzenie apokaliptycznym.

Bunt więźniów w Manaus.

paderewskigrzegorz

Manaus, 10.02.2017

Kilka dni temu przyjechali do nas goście z Polski i na dzień dobry zapytali o więzienne bunty w naszym mieście. Nawet nie wiedziałem, że tak głośno było o Manaus w Polsce.

W Brazylii, jeśli ktoś, kto normalnie nie należy do notorycznych przestępców zostaje z jakiegoś tam powodu aresztowany, to rodzina w tym momencie robi dosłownie wszystko, aby został on jak najszybciej z tego aresztu lub więzienia wyciągnięty. Szuka się na gwałt adwokatów, którzy doskonale wiedzą, jak się w środowisku więziennym poruszać. Zaraz powiedzą co i ile kosztuje. Rodzina oczywiście staje na głowie, żeby pieniądze zdobyć. Trochę się zawsze temu dziwiłem, bo z jednej strony ciągle naiwnie wierzę w sprawiedliwość. Myślałem, że jak niewinny, to sprawa się wyjaśni, a jak winny, to przecież odpowiedzieć za swoje uczynki musi. Tymczasem, jak to często bywa, sprawa nie jest taka prosta. Jeśli ktoś trafia tu do więzienia, to bez wątpienia trafia do piekła. Jeśli trochę w nim pobędzie i cudem przeżyje, to wyjdzie z niego diabłem. Oczywiście zasada ta nie dotyczy białych kołnierzyków. Ci nawet jak ukradną miliardy, to często nawet nie widzą więziennych krat. A jeśli już, to dla nich więzienia są też jakby inne.

Ostatnio w Manaus doszło do walk w kilku tutejszych więzieniach. Łącznie zostało zabitych 60 osób. Nie zabiła ich interweniująca policja. Te śmierci to owoc walk pomiędzy dwoma mafiami. Trudno to sobie wyobrazić, ale na kilkanaście godzin strażnicy więzień tracili zupełnie kontrolę nad więzieniami. Więźniowie walczyli ze sobą, używając przy tym nawet karabinów, mordując się, a potem pastwiąc nad ciałami. Jak to wszystko stało się możliwe? To jest właśnie prawdziwe misterium.

Kiedyś próbowaliśmy w naszej parafii stworzyć duszpasterstwo więźniów. Grupa zapaleńców, bardzo zresztą maleńka, po należytych przygotowaniach udała się do jednego z więzień, poza miasto, gdzie miała spotkać się z przetrzymywanymi tam mężczyznami. Niestety, wszystko skończyło się szybciej niż ktokolwiek przypuszczał. Po tym, jak każdy z ewangelizatorów został rozebrany do naga i wnikliwie przeszukany, nikt nie miał odwagi, by kontynuować tę pracę. No cóż, nie dziwię się temu. Natomiast dziwię się ogromnie, kiedy nagle widzę w telewizji więźniów latających po dachach więziennych budynków nie tylko z nożami, ale właśnie z pistoletami i nawet karabinem. O najnowszych modelach komórek już nie wspomnę. Jak to zostało tam wniesione?

Tło tych krwawych wydarzeń do dziś pozostaje niewyjaśnione. Niektórzy dziennikarze próbowali informować w Internecie o rzeczach dosłownie niewiarygodnych. Z tego, że nagle zostali uciszeni, natychmiast zwolnieni z pracy po jakimś jednym nieostrożnym zdaniu, można wnioskować, że chyba coś na rzeczy musiało być. W sprawę są ponoć zamieszane osoby najwyżej postawi w stanie Amazonas. Ale, jak to zawsze w takich sytuacjach bywa, nigdy nie dowiemy się prawdy.

Podczas rebelii z więzień pouciekali skazani. Podawaną oficjalnie liczbę wielokrotnie zmieniano, coraz bardziej ją zwiększając. To też dosyć ciekawe. Miało się wrażenie, że zarządzając więzieniami w ogóle nie wiedzieli ilu mają tam osadzonych i kto dokładnie tam przebywał. Nie mniej ci co pouciekali urządzili jednego dnia w Manaus dzień terroru. Przemieszczali się z miejsca na miejsce napadając i rabując sklepy i ludzi na ulicach. W mieście wybuchła straszna panika. Oficjalnie policja temu zaprzeczyła mówiąc, że ktoś rozsiewał plotki. Jednak do dziś w Internecie można spotkać filmy i zdjęcia dokumentujące tę niby plotkę.

Jakby jeszcze temu było mało, gubernator stanu obwieścił, że rząd będzie wypłacał odszkodowania rodzinom zamordowanych więźniów. No cóż, szkoda każdego człowieka i śmierć każdego z nich jest bez wątpienia tragedią. Doszło jednak do sytuacji, która budzi wiele pytań o sprawiedliwość.

Manaus było niestety tylko początkiem. W kilku kolejnych stanach wkrótce potem miały też miejsca wewnątrz więzienne walki pomiędzy gangami.

Zmarł ksiądz Józef Maślanka.

paderewskigrzegorz

 

20161010_134048_1

Manaus, 02. 02. 2017

W święto Trzech Króli, w szpitalu Joao Lucio, który znajduje się na terenie naszej parafii, zmarł ks. Józef Maślanka, pallotyn, legendarny misjonarz Amazonii. Już kilka razy o nim pisałem. Przypomnę tylko, że urodził się w 1933 roku. Wyświęcony został na kapłana w Ołtarzewie w 1959. Do Brazylii przyjechał w 1971 roku, najpierw do Mato Grosso, a potem, do Amazonii. Sławna jest ta jego podróż do Manaus, bo odbył ja autostopem. Jeśli chodzi o Amazonię, to dróg dzisiaj jest jeszcze niewiele, więc albo to były jakieś pełne błota, trudno przejezdne trakty, albo po prostu pływanie łódkami, barkami i tratwami. Znając nieco tę rzeczywistość z dzisiaj, nie umiem sobie wyobrazić jak to się odbywało czterdzieści pięć lat temu. Ks. Józef ostatecznie zdecydował się na pracę w Novo Airao. Musimy pamiętać, że parafia ta miała wówczas jedną dziesiątą terytorium Polski. Dziś jeszcze do najdalszej wspólnoty płynie się barką dwa tygodnie. Dwa tygodnie w jedną stronę w górę rzeki Rio Negro. Ks. Józef Maślanka ma nie tylko wyjątkowe zasługi na polu ewangelizacji. Jest on też twórcą systemu oświaty w rejonach Novo Airao.

Ostatni lata ksiądz Józef przeżywał w ciszy swojego domu. Wyobrażam sobie, jak to przesiadywał często na werandzie, patrzył na Rio Negro i wspominał swoje niezliczone misyjne wyprawy stateczkiem o imieniu Santa Maria do Rio Negro. Udało się nam go jeszcze przed śmiercią odwiedzić. Zjedliśmy z nim obiad, trochę porozmawialiśmy. Widać było już wtedy, że był jakby nieobecny. Już też nie podjął swojej ulubionej dyskusji o eschatologii. Najwyraźniej wiedział, że wkrótce wszystko to sobie sprawdzi osobiście. Podziwialiśmy opiekę, jaką nad nim roztoczył ksiądz Stanisław. Opiekował się księdzem Józefem jak kochający syn ojcem. Nie spodziewaliśmy się, że będzie to nasze ostatnie spotkanie.

Jego pogrzeb był już następnego dnia po śmierci. W Brazylii tak się to odbywa. Ciała zmarłych są grzebane jak najszybciej, niekiedy nawet w dniu śmierci, najpóźniej dnia następnego. Stąd często wiadomość o śmierci nie dociera do wszystkich. Tym razem było nieco inaczej, bo właśnie na dzień 7 stycznia zaplanowane było poświęcenie kaplicy św. Franciszka z Asyżu. Została ona wybudowana przez księdza Stanisława Krajewskiego, który jest aktualnie proboszczem w Novo Airao. Przybyło więc wielu ludzi, a większość była zaskoczona. Bo jechali na poświęcenie nowej kaplicy, a tu okazało się, że jest pogrzeb ich wieloletniego proboszcza, duszpasterza wielu pokoleń. Mszę sprawował ksiądz biskup pomocniczy Dom Jose. Przybyli pallotyni z Manaus. Dom Jose w homilii podkreślał zasługi zmarłego misjonarza dla całej Amazonii, nie tylko dla parafii Novo Airao. Po Mszy Świętej, tuż przed zamknięciem trumny, wszyscy żegnali się z księdzem Józefem. Trwało to bardzo długo. Był to też moment wyjątkowo smutny. Wielu ludzi bardzo płakało. Widać było, że byli zżyci z księdzem Józefem. Potem zaś, ku naszemu zaskoczeniu, parafianie zdecydowali, że poniosą trumnę swego proboszcza na cmentarz. To było bardzo wzruszające. Droga była długa, ludzie zmieniali się co chwila, nie dla tego, że szybko się męczyli, ale dla tego, że każdy chciał nieść trumnę. Został pochowany w „kwaterze polskiej”, pomiędzy dwoma grobami Polaków, którzy zmarli w Novo Airao.

Zapamiętam księdza Maślankę zwłaszcza dzięki jego optymizmowi. Ciągle powtarzał, że skoro Bóg stworzył ludzi i świat, to są dobrzy. Dobro widział w każdym człowieku.

 

Noworoczne przesądy.

paderewskigrzegorz




Manaus, 30. 12. 2016

Pamiętam, że kiedyś, kiedy na mszę kończącą stary rok szedłem ubrany, jak to często mi się przecież zdarza, w czarne spodnie i czarną koszulę z koloratka, kilka osób skomentowało mój ubiór, że niby niewłaściwy. Przyznam, że na początku nie zwróciłem na to uwagi, jakby nie rozumiejąc, o co ludziom chodziło. Pomyślałem sobie, że jeszcze mój portugalski jest bardzo słaby i nie rozumiałem, co tak naprawdę do mnie mówili. Nie mniej zaciekawiło mnie to, bo niby czarny kolor miał zapowiadać zły rok. Dopiero z czasem odkryłem, że chodziło tu o przesądy. Brazylijczycy mają ich tysiące. Oczywiście my, Polacy, też nie jesteśmy w tej kwestii świeci, ale jednak Brazylia jest pod tym względem bardzo przed nami. Oczywiście najwięcej takich przesądów uaktywnia się na koniec roku i Nowy Rok. Sam się dziwię, skąd nagle ci ludzie czerpią te wszystkie przekonania. Mówią o magii, jaką daje się odczuć w momencie zmiany roku. Podobno jest to wyśmienity moment na nałapanie dobrej energii. Pewnie też jest jakiś pomysł na jej zmagazynowanie. Nagle wszyscy stają się ekspertami od mody, jedzenia, zachowania, dekoracji domów. Ubawić się tym można nieźle. Na przykład, aby mieć pieniądze, trzeba zjeść soczewicę. Co w sumie nie jest takie proste, bo w Amazonii ona nie rośnie w każdym ogródku. Stąd moje zdumienie, skąd nagle ta noworoczna soczewica.  Są jeszcze inne pokarmy, które dają szczęście. Jednym z nich, co w sumie też jest nieco dziwne, mięso wieprzowe. Normalnie Brazylijczycy jedzą wołowinę. Słyną z niej na pół świata i nieustannie grozi nam wybuch wojny pomiędzy Brazylią, Argentyną i Urugwajem o to, czyja wołowina jest smaczniejsza. Spory na ten temat nie mają końca. Wieprzowina jest mało używana, właściwie nawet to się nią pogardza. Jednak w Nowy Rok staje się niczym kawior i szampan, szlachetna. Jeśli ktoś ma ją na stole, to znaczy, że będzie mu się dobrze powodziło. Nigdy bym nie przypuszczał, że od świni może tak wiele zależeć.

Jest jeszcze sporo jedzenia szczęśliwego, ale przejdźmy do ubiorów. Wiemy już, że czarny kolor to nie jest najlepszy pomysł na noworoczne kreacje. Obowiązkowym jest biały. Stąd na naszą mszę kończącą stary rok wszyscy przychodzą ubrani na biało. Biały oznacza światło, czystość, dobro. Mamy śnieg w kościele. Niby wszystko miło i sympatyczne, ale jak się pomyśli, że ta eksplozja bieli związana jest z umbandą, macumbą i candomble, a więc z satanizmem, to już nie wydaje się takie miłe. Mówią też, że te białe ubiory powinny być nowe, aby szczęście zadziałało. Rzeczy używane pewnie raczej je odstraszają.

W Nowy Rok trzeba też bardzo hałasować. Zasada w tym momencie obowiązująca jest bardzo prosta: więcej hałasu, więcej szczęścia. Stąd już od rana w Sylwestra od huku można oszaleć. A im bliżej północy, tym gorzej. Dla nas to ogromny problem, bo trudno jest normalnie sprawować Mszę Świętą. Jednak nie poddajemy się. Co roku organizujemy adorację eucharystyczną, przebłagalno-dziękczynną, a po niej Msze Świętą. Chyba powoli coś tam do ludzi trafia, bo z roku na roku mamy coraz więcej uczestników tychże celebracji.

Bardzo smutnym jest to, że wielu katolików o północy bierze udział w zabawie organizowanej nad brzegiem Rio Negro. Zabawa sama w sobie nie byłaby tu czymś złym, ale chodzi tu o coś zupełnie innego. O północy całe towarzystwo skacze w wodzie ileś tam razy, co też niby przynosi szczęście, rzuca w wodę kwiaty, jedzenie i na plaży zapala świece. To jest kult umbandyjskiej bogini Yemanja. Smutne to wszystko. Jedyne, co nam dodaje otuchy, to budząca się powoli świadomość, że te wszystkie przesądy to grzech i bardzo przeszkadzają żyć w wolności i godności Synów Bożych.

 

Paulo Evaristo Arns

paderewskigrzegorz

pauloManaus, 29.12.2016

Rok 2016 dla Brazylii bez wątpienia nie był najlepszy. Nawet co niektórzy mówią lub piszą o nim jako o najgorszym w historii tego olbrzymiego, kraju. Uważam, że to przesada. Nie mniej generalnie widać jakieś wielkie przygnębienie, coraz powszechniejszy brak nadziei. Jeśli Brazylijczycy rezygnują z zabaw, a co się ostatnio z jakąś tam częstotliwością zdarza, to dowodzi, że sytuacja jest poważna. Do tej pory mogli obyć się bez wielu rzeczy, ale bez zabawy nigdy!

W takich okolicznościach jeszcze boleśniejsze są odejścia wielkich ludzi, bo wraz z nimi wydaje się, że oddala się to co mogłoby być lepsze. W grudniu zmarł w Brazylii, w wieku 95 lat, kardynał Paulo Evaristo Arns. To bardzo ciekawa postać. Jeden z najwybitniejszychBrazylijczyków, jeden z najważniejszych hierarchów katolickiego kościoła brazylijskiego. Dla wszystkich niezwykły człowiek. Dla biedaków z Sao Paulo ojciec i brat. Z płaczem żegnali go dosłownie wszyscy: wierzący i ateiści, katolicy i protestanci, politycy ze wszelkich możliwych partii, prawicowi i komuniści, bogaci i biedacy, Brazylijczycy, Argentyńczycy, Chilijczycy. Dosłownie wszyscy. Takiego pogrzebu to już dawno nie było w Nowym Świecie.

O księdzu kardynale Arns wspominałem już kiedyś. Było to wówczas, kiedy pisałem o tragicznej śmierci, podczas trzęsienia ziemi na Haiti, doktor Zildy Arns. To była jedna z jego sióstr, założycielka Pastoral da Crianca, katolickiej organizacji, która w Brazylii ocaliła życie milionom dzieci. Ksiądz kardynał pochodził zresztą z bardzo licznej rodziny, miał dwanaścioro rodzeństwa, z której wyszło dwóch zakonników i trzy siostry zakonne. Czego dokonał, co go tak wsławiło? Najbardziej to, że w sposób niezwykły kierował diecezją Sao Paulo, chyba w jego czasach najludniejszą diecezją świata. W czasach dyktatury wojskowej założył Komisję Sprawiedliwości i Pokoju, która miała na celu obronę praw człowieka i demokracji. Stąd do niego lgnęli komuniści, których ukrywał i bronił, którym pomagał, jak tylko mógł. Schronienia u niego szukali nie tylko Brazylijczycy, ale także i komuniści chilijscy, argentyńscy, urugwajscy. W czasach junty wojskowej to właśnie komuniści w Ameryce Południowej byli prześladowani, więzieni, torturowani. Pewnie te odmienne historie na zawsze uniemożliwią nam zrozumienie się. Bo kiedy ja mówię Brazylijczykom, że w Polsce to komuniści prześladowali, torturowali, zabijali, to oni nie mogą w to uwierzyć. W głowie im się to nie mieści. Kardynał Arns o swojej działalności na rzecz obrony praw obywatelskich napisał tak w jednej ze swoich książek: „Jezus nie był obojętny wobec niszczonej godności człowieka, wobec potrzeb najsłabszych, najbiedniejszych, ofiar niesprawiedliwości. Zawsze okazywał się w sposób konkretny solidarny z biedakami. Walczył z niesprawiedliwością, z hipokryzją, nadużyciami władzy, chciwością bogaczy, obojętnością wobec biednych. Z tego wszystkiego trzeba będzie się rozliczyć w dniu ostatecznym.” Dla księdza kardynała nie była to więc polityka, ale po prostu Ewangelia.

Papież Franciszek, kiedy dowiedział się o śmierci kardynała Arns, napisał takie oto słowa: „Obrońca biednych i zmarginalizowanych, Dom Paulo, nigdy nie ugiął się przed możnymi tego świata i mówił, że jego kościół, biedny i ogołocony, musiał iść na peryferie ludzkie i geograficzne. Brazylia, Ameryka Łacińska, świat cały pamiętają o kardynale Arns.”

Kardynał Paulo Evaristo Arns w swoim herbie miał napisane: „Ex Spe in Spem”. To pewne, że ten, kto w Bogu pokłada nadzieję, nigdy się nie zawiedzie. To staje się duchowym testamentem kardynała i lekcją, jaką nam daje. Jęli ktoś ufa Bogu, pokona każde zło!

Viva Cristo Rei

paderewskigrzegorz

GEDC1271

Manaus, 05.12.2016

                Kiedy na świecie powoli zamykały się Bramy Miłosierdzia w naszej parafii amazońskiej zbieraliśmy się na naszą przed odpustową nowennę. Tym razem miała ona nieco inny charakter, było w niej coś rzeczywiście nowego. W tym roku, z powodów ekonomicznych, nie urządziliśmy w sierpniu naszych parafialnych rekolekcji. Może ktoś być nieco zdumiony takim wyrażeniem, że z „powodów ekonomicznych” nie odbyły się rekolekcje. Urządzaliśmy je tutaj w nieco inny sposób, który wymagał jakichś tam nakładów. Ponieważ kryzys w Brazylii jest coraz większy, więc rozpaczliwie oszczędzamy na wszystkim. „Zamieniliśmy” więc rekolekcje na całodobową adorację Najświętszego Sakramentu, a tegoroczną nowennę przemieniliśmy w dziewięć wieczorów skupienia i modlitwy. Oczywiście tematem było Boże Miłosierdzie i nowennowe rozważania cały czas wokół tego tematu krążyły. Efekt, mam przynajmniej takie wrażenie, był wspaniały. Uczestnictwo parafian bardzo żywe i budujące. Chyba znów zaczynamy się nieco rozwijać, bo ponownie doświadczyliśmy lekkiego dokuczania ze strony sekt zielonoświątkowych. Starali się, jak to już kiedyś bywało, naszą procesję zagłuszyć. Nie mniej wszystko odbyło się bez większych problemów i nawet deszcz nie był nam straszny. A amazońskie ulewy czasami mogą nieco wystraszyć lub przynajmniej zniechęcić nawet najbardziej wytrwałych.

                Dla mnie tegoroczna nowenna miał innych charakter bo była bardzo smutna z powodu księdza Piotra Marksa. Najpierw z Krakowa dotarła do mnie wiadomość o ciężkim stanie, w jakim się znalazł. Zaszturmowaliśmy do nieba z modlitwami. Jednak plany Boga były inne i dwa dni później nadeszła wiadomość o jego śmierci. Był on jednym z tych moich kolegów kapłanów, którzy naszej misji bardzo pomagają. Była to czasami pomoc materialna oraz wyjątkowa duchowa. Miał właśnie jakiś niezwykły dar duchowego mi towarzyszenia. W niewytłumaczalny sposób, w momentach trudnych i pełnych problemów, nagle dzwonił do mnie i po kilku słowach rozmowy wszystko stawało się łatwiejsze. On też zawsze zachęcał mnie do wytrwałego propagowania Bożego Miłosierdzia. Przypuszczam, że nasza Msza Miłosierdzia i apostolat chorych ze stałym dyżurem w szpitalu nie miałyby miejsca, gdyby nie on. Sam Miłosierdziu Bożemu całkowicie się poświęcił. Bez wątpienia jego Apostolat Ratunku Konającym to ogromny wkład w rozpowszechnianie kultu Bożego Miłosierdzia. Umarł w wigilię święta Matki Bożej Ostrobramskiej. Matka Miłosierdzia zabrała tego apostoła Miłosierdzia do nieba.

                Rok Miłosierdzia się zakończył i wszyscy robią jakieś podsumowania. U nas może nie było jakichś wielkich akcji i działań, jednak są rzeczy, które bez wątpienia są owocami tego błogosławionego czasu. Najpierw jakiś ogólny postęp w duchowości. Widać, że ludzie garną się do Boga. Bardzo go pragną. Orędzie Bożego Miłosierdzia sprawia, że w naszym Kościele odnajdują swój dom, swoją rodzinę. Kolejni żyjący w niesakramentalnych związkach zdecydowali się na ślub kościelny. Grupa katechezy dla dorosłych jest w teraz wyjątkowo duża. Mamy kilku powracających z sekt, którzy niczym ewangeliczny syn marnotrawny pojawili się u nas pełni skruszenia. W tym roku udało się nam też dotrzeć do bardzo wielu chorych z modlitwą, spowiedzią i Sakramentem Chorych. To bardzo silny znak Bożego Miłosierdzia. Udało się nam też nieco rozszerzyć naszą działalność charytatywną. To w sumie jest jakiś cud, bo mamy mniej możliwości materialnych. To sam Jezus sprawia, że mnoży się to, co mamy, aby pomóc wielu potrzebującym.

                Bramy Miłosierdzia wprawdzie się pozamykały, ale nadal Ono płynie szeroką rzeką do wszystkich, którzy go potrzebują. Niech Pan Bóg będzie za to wszystko uwielbiony.

Radio Rio Mar

paderewskigrzegorz

logo

Manaus, 8. 11. 2016

Wczoraj nasza diecezja amazońska otrzymała koncesję na nadawanie na częstotliwości FM. To oznacza prawdziwą rewolucję w nowoczesnej ewangelizacji. Z tym, że bardzo spóźnioną rewolucję. Wprawdzie w Brazylii, ma się takie wrażenie, jest katolickich telewizji i rozgłośni radiowych dużo, to w porównaniu z wszelkiego rodzaju sektami jest to po prostu dramatycznie mało. Nie umiem tego wyjaśnić. Jakoś się tak dziwnie dzieje, że my, katolicy, nigdy nie mamy na takie rzeczy pieniędzy i dla nas zawsze wszystko jest jakoś dziwnie trudne. Na przykład nasze diecezjalne radio już od dawna starało się o koncesję na nadawanie na falach ultrakrótkich. Niestety, zawsze było przy koncesjach pomijane i zapominane. W mieście i okolicy dostawali takie koncesje wszyscy, tylko nie my. Na szczęście w końcu przyszła i nasza kolej. Jestem pewien, że diecezja będzie umiała to jak najlepiej wykorzystać. Jest ona bowiem na to bardzo dobrze przygotowana, bo posiada już swoje radio od roku 1954. Nazywa się ono Radio Rio Mar – Rzeka Morze. To oczywiście od Amazonki, bo ona jest tak szeroka, że często nie widać drugiego brzegu i wtedy to już tylko przychodzi skojarzenie z morzem, jak się na nią patrzy. Raz jest morze, raz jest rzeka.

Oczywiście radio Rio Mar nadawało do tej pory, i w sumie jeszcze nadaje i nadawać będzie, na falach średnich. To sprawia, że trudno jest słuchać tego radio w mieście. Jakość dźwięku fatalna, głos przychodzi i odchodzi, coś jakby radio Wolna Europa za czasów komunistycznych w Polsce. Natomiast rozgłośnię tę słychać bardzo dobrze w Amazońskim interiorze, setki kilometrów od Manaus. Stąd też na pewno ta częstotliwość i forma nadawania pozostanie. Dla tego też radio Rio Mar ma już ogromne zasługi dla ewangelizacji w Amazonii. To od ponad sześćdziesięciu lat do tych miejsc, gdzie bardzo rzadko dopływał misjonarz, docierało Słowo Boże, transmisje Mszy Świętych, homilie księdza biskupa, katechezy, wiadomości z katolickiego świata. Jest w Manaus taki jeden ksiądz, który dawał raz świadectwo swojego powołania i powiedział, że jest ono owocem tegoż radia. Jest to historia pasjonująca, dla mnie wręcz niewyobrażalna. Urodził się w bardzo dalekim amazońskim interiorze, w rodzinie katolickiej, bardzo pobożnej. Największym marzeniem jego rodziców było iść kiedyś na Mszę całą rodzina. W sumie nic trudnego, jednak jak się mieszka w rozlewiskach amazońskich rzek, daleko od kościoła i jest się bardzo biednym, to nie jest już to takie łatwe. Do kaplicy mieli 12 godzin łódką. Łódź była niewielka, nie mieściła wszystkich członków rodziny. Ksiądz tylko raz w miesiącu przypływał do tejże kaplicy. Na dodatek przez pół roku z powodu niskiego stanu wód nie dało się po rzece pływać. Coś więc tak prostego jak pójście na Mszę Świętą całą rodziną było ich największym marzeniem. Słuchali więc radia jak czegoś najdroższego na świecie, co też nie odbywało się nieustannie, bo nie było tak łatwo zdobyć baterie do odbiornika. Czasami myślę sobie o drodze tego księdza do kapłaństwa. Na pewno jego Msza Prymicyjna była prawdziwym amazońskim świętem, największym z dotychczasowych.

Przypuszczam, że takich historii mógłbym się nasłuchać od bardzo wielu amazońskich katolików. W zalewie sekt radio Rio Mar pomagało utrzymać im katolicką tożsamość, pewność kościelnej wspólnoty. To wspaniały dorobek. Dobrze, że teraz będzie to można kontynuować w mieście, przecież tutaj mieszka obecnie najwięcej Amazończyków do ewangelizowania.

Gdyby ktoś przejeżdżał lub przepływał w pobliżu to nasze radio Rio Mar będzie nadawało na 103,5 UKF. Polecam!

 

Wybory 2016

paderewskigrzegorz

Manaus, 8. 11. 2016

Od polityki nie da się uciec. Przynajmniej takie można mieć wrażenie. W USA wybory i każdy, chce, czy nie, musi o tym słuchać. Nawet w naszej Amazonii ciągle się o tym mówi. Papugi o tym każdego ranka skrzeczą. Być może dla tego, że Amerykanie mają swoje biznesy ulokowane wszędzie, więc też i w Manaus. Mam jednak wrażenie, że tym razem kandydaci, jak to często się tutaj mówi, na najważniejszego prezydenta świata, inspirowali się na politykach brazylijskich. Oczywiście daleko jeszcze Amerykanom do Brazylijczyków. Ostatnio w Brazylii też mieliśmy wybory, na prefektów i radnych miejskich. Jak zawsze wszelkie chwyty były dozwolone, tylko że tym razem dołożył się jeszcze do tych wszystkich dowolności sam sąd najwyższy. Kiedyś pisałem o tak zwanej „ficha suja”, czyli brudnej kartotece. Kościół katolicki przez wiele lat zabiegał o uchwalenie prawa, które uniemożliwiałoby politykom skazanym za różne przestępstwa kandydowania w jakichkolwiek wyborach. Po latach zbierania podpisów, potem ogromnych wysiłków w parlamencie udało się niewielkiej grupie w miarę uczciwych polityków doprowadzić sprawę do końca i wprowadzono „ficha suja”. Problem w tym, że teraz właśnie sąd najwyższy zawiesił funkcjonowanie tego prawa. Doszło więc do tego, że w ostatnich wyborach działy się rzeczy rzeczywiście niepojęte. Na prefektów i radnych kandydowali ludzie, którzy niekiedy byli po prostu najzwyczajniejszymi przestępcami. W jednym z miast prefektem został wybrany człowiek, który siedzi w więzieniu.

Wybory w Brazylii są rzeczywiście bardzo różne od naszych. Najpierw to, że są obowiązkowe. Jeśli ktoś, kto ma już prawo do głosowania nie robi tego, to nie tylko płaci karę, ale też może to poważnie skomplikować jego życie. Zwłaszcza boją się tego biedni, bo wtedy tracą dostęp do wszelkich zapomóg. Właśnie te zapomogi, nazywane tutaj „bolsa”, są w ogóle wielkim wyborczym straszakiem. Ostatnio komuniści wygrywali wybory głównie właśnie dzięki tym zapomogom. Zawsze straszyli, że jak przyjdą inni, to nie będą tych pieniędzy wypłacać. W taki sposób kupowali sobie poparcie. Jednak mandat i utrata zapomogi to nie jedyne konsekwencje postawy niedemokratycznej, jak to się tutaj określa brak obecności przy urnie wyborczej. Można nie dostać paszportu, nie wolno brać udział w konkursach na pracowników państwowych, w egzaminach na państwowe wyższe uczelnie, itp. Właściwie wszystko to, co jest związane z działalnością państwa staje się dla krnąbrnego obywatela niedostępne.

Inna różnica to taka, że kilka dni przed wyborami i kilka po nich niewolno nikogo aresztować. Prawo to pochodzi jeszcze z dawnych czasów, kiedy to możni i wpływowi, aby uniemożliwić głosowanie na innego kandydata niż oni sami, aresztowali zawsze na czas wyborów takich obywateli, którzy mogli mieć jakieś inne poglądy polityczne i chcieli głosować na kogoś innego. Po wyborach byli oczywiście z reguły zwalniani, choć nie zawsze było to takie oczywiste. Dziś skutkiem tego prawa jest prawdziwa eksplozja przestępczości w okolicach wyborów. Najlepiej w tych dniach w ogóle nie wychodzić z domu.

Obowiązek głosowania sprawia, że frekwencja jest wyśmienita. Jednak ludzie muszą stać po kilka godzin w kolejkach do urn. Z bliska nie wygląda to tak miło.

Trudno jest nam zrozumieć to wszystko. Wydaje się, że Brazylijczycy najzwyczajniej chcą, aby ich kraj był rządzony przez złodziei i morderców. W niby wolnych wyborach ciągle przecież na nich głosują. Korupcja jest tak wielka i wzajemne zależności do tego stopnia głębokie, że nic w takiej sytuacji nie jest proste.

Dziś zakończy się hałas z powodu wyborów amerykańskich. Nie wiem zaś kiedy zakończy się chaos z wyborami brazylijskimi. Bez wątpienia nasz Kościół ma tutaj wiele do zrobienia wychowując swoich synów i córki do uczciwości. Uczciwość, jedynie ona uleczy wszelkie polityczne choroby.

Ad Gentes

paderewskigrzegorz

Manaus, 26.10.2016

Ojciec Święty Franciszek w orędziu na tegoroczny Światowy Dzień Misyjny napisał do nas wszystkich między innymi: „Nie wyczerpał się ewangeliczny nakaz: „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem” (Mt 28, 19-20). Co więcej zobowiązuje nas wszystkich, w aktualnych sytuacjach i wyzwaniach, abyśmy poczuli się wezwani do ponownego misyjnego „wyjścia”… wyjścia z własnej wygody i zdobycia się na odwagę, by dotrzeć na wszystkie peryferie potrzebujące światła Ewangelii”. Są to słowa inspirujące i ponaglające. Bez wątpienia misje są dla nas wszystkich najważniejsze, lub przynajmniej powinny być. Kiedy się to odkrywa, wiara nasza staje się bardzo żywa, doświadczenie Kościoła ogromnie głębokie. Kiedy katolik umie być misyjny, wtedy podejmuje odpowiedzialność za Kościół. Kościół nie jest już więcej dla niego jakąś tam instytucją, ale staje się „moim Kościołem, moją wspólnotą, moim życiem”. Oto dlaczego misje powinny być dla nas najważniejsze.

Z Polski, według danych z internetowej strony Dzieła Pomocy Ad Gentes, wyjechało na misje 2040 misjonarzy. Może się to wydawać sporo. Jednak w porównaniu z Włochami i Hiszpanią jest to bardzo mało. Oczywiście najwięcej polskich misjonarzy pracuje w Afryce, a zaraz potem w Ameryce Południowej. W niej zaś najwięcej w Brazylii. To pewnie raczej z powodu tego, że jest to po prostu największy kraj latynoamerykański. Mamy tutaj aż 147 misjonarzy zakonnych, 55 księży fidei donum, 49 sióstr zakonnych i jedną misjonarkę świecką. W naszej diecezji Manaus mamy z Polski jedną siostrę zakonną, trzech zakonników i dwóch fidei donum. Można powiedzieć, że diecezja pelplińska jest tu górą, bo właśnie aż dwoje misjonarzy jest z Pelplina, siostra Bożena Stencel, pochodząca ze Stężycy i ja.

Ilość zagranicznych misjonarzy w Brazylii z roku na rok maleje. Ci najstarsi powoli wymierają. Młodych zaś jest coraz mniej. Nawet widać to ostatnio jeszcze bardziej w naszej diecezji. Mimo, że misjonarzy zagranicznych jest nadal najwięcej, to jednak tych nowych nie przybywa. Ostatnio nawet kilku zrezygnowało i powróciło do swych krajów. Na szczęście lekko poprawia się sytuacja z klerem rodzimym. Jednak daleko jeszcze jej do normalności. Długo jeszcze Manaus będzie potrzebowało kapłanów z zewnątrz.

Katolicka Brazylia przyjmuje misjonarzy, ale też i sama ich wysyła. Wprawdzie są to ilości bardzo niewielkie. Najwięcej jest sióstr zakonnych. To głównie za sprawą powiązań językowych z dawnymi koloniami portugalskimi. Wiele sióstr Brazylijek jedzie do Angoli lub Mozambiku. Mają wtedy ułatwione zadanie, bo język jest przecież ten sam.

W Manaus mamy też „misje w misjach”. Niektóre zgromadzenia zakonne, na przykład redemptoryści, wspólnoty kościelne, jak na przykład Odnowa w Duchu Świętym, organizują wyprawy misyjne do naszego, w granicach naszej diecezji, interioru, albo udają się do Roraimy. To są zawsze prawdziwe wyprawy misyjne. Trwają długo, kilka tygodni. Wiążą się z wielkimi niewygodami i wyrzeczeniami. Są też niebezpieczne, chociażby na dosyć powszechną malarię.

Nasza parafia swego czasu myślała nad zaadoptowaniem jakiejś wspólnoty po drugiej stronie Amazonki. Nawet tam jeździliśmy z naszymi bardziej zaangażowanymi w ewangelizację parafianami. Jednak, jak na razie, nic z tego nie wyszło. Natomiast misyjnym, ewangelizującym, wychodzącym do ludzi musi być każdy z członków naszej parafialnej wspólnoty. Stąd nasze duszpasterstwa i grupy nieustannie gdzieś tam wędrują.  Staramy się pamiętać, że nakaz misyjny jeszcze się nie wyczerpał. To zaś jest naszym wspaniałym doświadczeniem, bo nic tak nie odnawia, ożywia i sił dodaje, jak ewangelizowanie. Misje są dla nas najważniejsze!

100 lat Papieskiej Unii Misyjnej

paderewskigrzegorz

Manaus, 12. 10. 2016

                W Brazylii dzisiaj mamy wielkie święto. To uroczystość Matki Bożej z Aparecidy. W przyszłym roku będzie już trzysta lat, jak Nossa Senhora Aparecida towarzyszy Kościołowi brazylijskiemu, bowiem cudowne pojawienie się figury Matki Bożej miało właśnie miejsce w 1717 roku. Mamy w sumie cięgle wiele jubileuszy, a świat misji ma wśród nich także i swoje wyjątkowo istotne. Nie można przecież nie wspomnieć o 100-leciu Papieskiej Unii Misyjnej. Już kiedyś o tym jednym z papieskich dzieł Misyjnych pisałem ze szczegółami, więc może tym razem tylko kilka rzeczy dla przypomnienia.

                Wszystko zaczęło się od ojca Pawła Manny, dziś już błogosławionego. Był on długoletnim misjonarzem, ale ze względów zdrowotnych musiał powrócić do swych ojczystych Włoch. Nigdy się z tym nie pogodził i postanowił zrobić coś, aby w przyszłości misjonarze mieli zawsze możliwie jak największą pomoc ze strony swoich lokalnych kościołów. Aby w chorobie nie byli osamotnieni, a w przypadku konieczności powrotu do swych rodzinnych krajów ich misje mogli podjąć i kontynuować kolejni misjonarze. W tym celu założył Unię Misyjną Duchowieństwa zatwierdzoną przez papieża Benedykta XV właśnie w 1916 r. W 1956 r. papież Pius XII wyniósł ją do rangi Dzieł Papieskich. Te i inne inicjatywy misyjne sprawiły, iż papież Jan XXIII nazwał o. Pawła Mannę „Kolumbem” przedsięwzięć misyjnych. Ten Kolumb Misji rzeczywiście na takie miano zasłużył, bo wymyślił tak wiele wspaniałych przedsięwzięć, że bez wątpienia można je postrzegać w kategoriach odkrywania nowych światów. Nie mniej, co jest chyba w tym wszystkim najbardziej istotne, stał się na zawsze wspaniałym kierownikiem duchowości misyjnej i ewangelizacyjnej kapłanów. Zarówno tych, co na misje wyjeżdżali i wyjeżdżają, jak i tych, co duszpastersko pracowali i pracują w swych diecezjach. W misyjnym dziele wszyscy są tak samo ważni. Ci, co wyjeżdżają, nie zrobią nic, bez tych, co zostają. A ci, co zostają, zrobią więcej, będą przy tych, co na misje się udają. W swoich zapiskach o. Manna tak pisze: „Kapłani w pierwszym rzędzie muszą być zorientowani w działalności misyjnej Kościoła. Od księży bowiem zależy, czy katolicy włączą się gorliwiej w sprawy misyjne… Być katolikiem, a zwłaszcza kapłanem i nie włączać się w dzieło rozkrzewiania wiary, znaczyłoby nie rozumieć nic z Ewangelii”. Błogosławiony o. Paweł Manna wierzył, że przyjdzie czas kiedy wszyscy kapłani włączą się w to wielkie dzieło. Mogę potwierdzić, że wielu kapłanów z naszej pelplińskiej diecezji to realizuje. O. Manna napisał także tak: „Drodzy kapłani Jezus zapragnął was mieć do swojej dyspozycji; powierzyć waszym dłoniom, waszej gorliwości i wspaniałomyślności kwestię swojej chwały… Jezus potrzebuje was, waszego działania, waszego zaangażowania i waszej odwagi… On zapragnął waszego serca – szlachetnego, wielkiego i wspaniałomyślnego”.

                W listopadzie 2004 roku, w homilii wygłoszonej podczas beatyfikacyjnej o. Pawła Manny św. Jan Paweł II powiedział tak: „Także w ks. Pawle Mannie widzimy szczególne odbicie chwały Bożej. Całe swe życie poświęcił on sprawie misji. Na wszystkich stronach jego pism obecny jest żywy Jezus — centrum życia i racja działalności misyjnej. W jednym z listów do misjonarzy pisze: «Misjonarz jest niczym, jeśli nie jest uosobieniem Jezusa Chrystusa (...). Jedynie misjonarz, który wiernie naśladuje Jezusa Chrystusa (...) może odtworzyć Jego obraz w duszach innych». Nie ma bowiem misji bez świętości, jak podkreśliłem w encyklice Redemptoris missio: «Duchowość misyjna Kościoła prowadzi do świętości. (...) Trzeba wzbudzić nowy zapał świętości wśród misjonarzy i w całej wspólnocie chrześcijańskiej».

Niech więc dzieło ojca Pawła Manny nie tylko trwa, ale niech się dynamicznie rozwija. Chodzi przecież o tak wiele, bo o nasze i o innych zbawienie.

© B R A Z Y L I A
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci