Menu

B R A Z Y L I A

Viva Cristo Rei

paderewskigrzegorz

Manaus, 05.12.2016

                Kiedy na świecie powoli zamykały się Bramy Miłosierdzia w naszej parafii amazońskiej zbieraliśmy się na naszą przed odpustową nowennę. Tym razem miała ona nieco inny charakter, było w niej coś rzeczywiście nowego. W tym roku, z powodów ekonomicznych, nie urządziliśmy w sierpniu naszych parafialnych rekolekcji. Może ktoś być nieco zdumiony takim wyrażeniem, że z „powodów ekonomicznych” nie odbyły się rekolekcje. Urządzaliśmy je tutaj w nieco inny sposób, który wymagał jakichś tam nakładów. Ponieważ kryzys w Brazylii jest coraz większy, więc rozpaczliwie oszczędzamy na wszystkim. „Zamieniliśmy” więc rekolekcje na całodobową adorację Najświętszego Sakramentu, a tegoroczną nowennę przemieniliśmy w dziewięć wieczorów skupienia i modlitwy. Oczywiście tematem było Boże Miłosierdzie i nowennowe rozważania cały czas wokół tego tematu krążyły. Efekt, mam przynajmniej takie wrażenie, był wspaniały. Uczestnictwo parafian bardzo żywe i budujące. Chyba znów zaczynamy się nieco rozwijać, bo ponownie doświadczyliśmy lekkiego dokuczania ze strony sekt zielonoświątkowych. Starali się, jak to już kiedyś bywało, naszą procesję zagłuszyć. Nie mniej wszystko odbyło się bez większych problemów i nawet deszcz nie był nam straszny. A amazońskie ulewy czasami mogą nieco wystraszyć lub przynajmniej zniechęcić nawet najbardziej wytrwałych.

                Dla mnie tegoroczna nowenna miał innych charakter bo była bardzo smutna z powodu księdza Piotra Marksa. Najpierw z Krakowa dotarła do mnie wiadomość o ciężkim stanie, w jakim się znalazł. Zaszturmowaliśmy do nieba z modlitwami. Jednak plany Boga były inne i dwa dni później nadeszła wiadomość o jego śmierci. Był on jednym z tych moich kolegów kapłanów, którzy naszej misji bardzo pomagają. Była to czasami pomoc materialna oraz wyjątkowa duchowa. Miał właśnie jakiś niezwykły dar duchowego mi towarzyszenia. W niewytłumaczalny sposób, w momentach trudnych i pełnych problemów, nagle dzwonił do mnie i po kilku słowach rozmowy wszystko stawało się łatwiejsze. On też zawsze zachęcał mnie do wytrwałego propagowania Bożego Miłosierdzia. Przypuszczam, że nasza Msza Miłosierdzia i apostolat chorych ze stałym dyżurem w szpitalu nie miałyby miejsca, gdyby nie on. Sam Miłosierdziu Bożemu całkowicie się poświęcił. Bez wątpienia jego Apostolat Ratunku Konającym to ogromny wkład w rozpowszechnianie kultu Bożego Miłosierdzia. Umarł w wigilię święta Matki Bożej Ostrobramskiej. Matka Miłosierdzia zabrała tego apostoła Miłosierdzia do nieba.

                Rok Miłosierdzia się zakończył i wszyscy robią jakieś podsumowania. U nas może nie było jakichś wielkich akcji i działań, jednak są rzeczy, które bez wątpienia są owocami tego błogosławionego czasu. Najpierw jakiś ogólny postęp w duchowości. Widać, że ludzie garną się do Boga. Bardzo go pragną. Orędzie Bożego Miłosierdzia sprawia, że w naszym Kościele odnajdują swój dom, swoją rodzinę. Kolejni żyjący w niesakramentalnych związkach zdecydowali się na ślub kościelny. Grupa katechezy dla dorosłych jest w teraz wyjątkowo duża. Mamy kilku powracających z sekt, którzy niczym ewangeliczny syn marnotrawny pojawili się u nas pełni skruszenia. W tym roku udało się nam też dotrzeć do bardzo wielu chorych z modlitwą, spowiedzią i Sakramentem Chorych. To bardzo silny znak Bożego Miłosierdzia. Udało się nam też nieco rozszerzyć naszą działalność charytatywną. To w sumie jest jakiś cud, bo mamy mniej możliwości materialnych. To sam Jezus sprawia, że mnoży się to, co mamy, aby pomóc wielu potrzebującym.

                Bramy Miłosierdzia wprawdzie się pozamykały, ale nadal Ono płynie szeroką rzeką do wszystkich, którzy go potrzebują. Niech Pan Bóg będzie za to wszystko uwielbiony.

Radio Rio Mar

paderewskigrzegorz

Manaus, 8. 11. 2016

Wczoraj nasza diecezja amazońska otrzymała koncesję na nadawanie na częstotliwości FM. To oznacza prawdziwą rewolucję w nowoczesnej ewangelizacji. Z tym, że bardzo spóźnioną rewolucję. Wprawdzie w Brazylii, ma się takie wrażenie, jest katolickich telewizji i rozgłośni radiowych dużo, to w porównaniu z wszelkiego rodzaju sektami jest to po prostu dramatycznie mało. Nie umiem tego wyjaśnić. Jakoś się tak dziwnie dzieje, że my, katolicy, nigdy nie mamy na takie rzeczy pieniędzy i dla nas zawsze wszystko jest jakoś dziwnie trudne. Na przykład nasze diecezjalne radio już od dawna starało się o koncesję na nadawanie na falach ultrakrótkich. Niestety, zawsze było przy koncesjach pomijane i zapominane. W mieście i okolicy dostawali takie koncesje wszyscy, tylko nie my. Na szczęście w końcu przyszła i nasza kolej. Jestem pewien, że diecezja będzie umiała to jak najlepiej wykorzystać. Jest ona bowiem na to bardzo dobrze przygotowana, bo posiada już swoje radio od roku 1954. Nazywa się ono Radio Rio Mar – Rzeka Morze. To oczywiście od Amazonki, bo ona jest tak szeroka, że często nie widać drugiego brzegu i wtedy to już tylko przychodzi skojarzenie z morzem, jak się na nią patrzy. Raz jest morze, raz jest rzeka.

Oczywiście radio Rio Mar nadawało do tej pory, i w sumie jeszcze nadaje i nadawać będzie, na falach średnich. To sprawia, że trudno jest słuchać tego radio w mieście. Jakość dźwięku fatalna, głos przychodzi i odchodzi, coś jakby radio Wolna Europa za czasów komunistycznych w Polsce. Natomiast rozgłośnię tę słychać bardzo dobrze w Amazońskim interiorze, setki kilometrów od Manaus. Stąd też na pewno ta częstotliwość i forma nadawania pozostanie. Dla tego też radio Rio Mar ma już ogromne zasługi dla ewangelizacji w Amazonii. To od ponad sześćdziesięciu lat do tych miejsc, gdzie bardzo rzadko dopływał misjonarz, docierało Słowo Boże, transmisje Mszy Świętych, homilie księdza biskupa, katechezy, wiadomości z katolickiego świata. Jest w Manaus taki jeden ksiądz, który dawał raz świadectwo swojego powołania i powiedział, że jest ono owocem tegoż radia. Jest to historia pasjonująca, dla mnie wręcz niewyobrażalna. Urodził się w bardzo dalekim amazońskim interiorze, w rodzinie katolickiej, bardzo pobożnej. Największym marzeniem jego rodziców było iść kiedyś na Mszę całą rodzina. W sumie nic trudnego, jednak jak się mieszka w rozlewiskach amazońskich rzek, daleko od kościoła i jest się bardzo biednym, to nie jest już to takie łatwe. Do kaplicy mieli 12 godzin łódką. Łódź była niewielka, nie mieściła wszystkich członków rodziny. Ksiądz tylko raz w miesiącu przypływał do tejże kaplicy. Na dodatek przez pół roku z powodu niskiego stanu wód nie dało się po rzece pływać. Coś więc tak prostego jak pójście na Mszę Świętą całą rodziną było ich największym marzeniem. Słuchali więc radia jak czegoś najdroższego na świecie, co też nie odbywało się nieustannie, bo nie było tak łatwo zdobyć baterie do odbiornika. Czasami myślę sobie o drodze tego księdza do kapłaństwa. Na pewno jego Msza Prymicyjna była prawdziwym amazońskim świętem, największym z dotychczasowych.

Przypuszczam, że takich historii mógłbym się nasłuchać od bardzo wielu amazońskich katolików. W zalewie sekt radio Rio Mar pomagało utrzymać im katolicką tożsamość, pewność kościelnej wspólnoty. To wspaniały dorobek. Dobrze, że teraz będzie to można kontynuować w mieście, przecież tutaj mieszka obecnie najwięcej Amazończyków do ewangelizowania.

Gdyby ktoś przejeżdżał lub przepływał w pobliżu to nasze radio Rio Mar będzie nadawało na 103,5 UKF. Polecam!

 

Wybory 2016

paderewskigrzegorz

Manaus, 8. 11. 2016

Od polityki nie da się uciec. Przynajmniej takie można mieć wrażenie. W USA wybory i każdy, chce, czy nie, musi o tym słuchać. Nawet w naszej Amazonii ciągle się o tym mówi. Papugi o tym każdego ranka skrzeczą. Być może dla tego, że Amerykanie mają swoje biznesy ulokowane wszędzie, więc też i w Manaus. Mam jednak wrażenie, że tym razem kandydaci, jak to często się tutaj mówi, na najważniejszego prezydenta świata, inspirowali się na politykach brazylijskich. Oczywiście daleko jeszcze Amerykanom do Brazylijczyków. Ostatnio w Brazylii też mieliśmy wybory, na prefektów i radnych miejskich. Jak zawsze wszelkie chwyty były dozwolone, tylko że tym razem dołożył się jeszcze do tych wszystkich dowolności sam sąd najwyższy. Kiedyś pisałem o tak zwanej „ficha suja”, czyli brudnej kartotece. Kościół katolicki przez wiele lat zabiegał o uchwalenie prawa, które uniemożliwiałoby politykom skazanym za różne przestępstwa kandydowania w jakichkolwiek wyborach. Po latach zbierania podpisów, potem ogromnych wysiłków w parlamencie udało się niewielkiej grupie w miarę uczciwych polityków doprowadzić sprawę do końca i wprowadzono „ficha suja”. Problem w tym, że teraz właśnie sąd najwyższy zawiesił funkcjonowanie tego prawa. Doszło więc do tego, że w ostatnich wyborach działy się rzeczy rzeczywiście niepojęte. Na prefektów i radnych kandydowali ludzie, którzy niekiedy byli po prostu najzwyczajniejszymi przestępcami. W jednym z miast prefektem został wybrany człowiek, który siedzi w więzieniu.

Wybory w Brazylii są rzeczywiście bardzo różne od naszych. Najpierw to, że są obowiązkowe. Jeśli ktoś, kto ma już prawo do głosowania nie robi tego, to nie tylko płaci karę, ale też może to poważnie skomplikować jego życie. Zwłaszcza boją się tego biedni, bo wtedy tracą dostęp do wszelkich zapomóg. Właśnie te zapomogi, nazywane tutaj „bolsa”, są w ogóle wielkim wyborczym straszakiem. Ostatnio komuniści wygrywali wybory głównie właśnie dzięki tym zapomogom. Zawsze straszyli, że jak przyjdą inni, to nie będą tych pieniędzy wypłacać. W taki sposób kupowali sobie poparcie. Jednak mandat i utrata zapomogi to nie jedyne konsekwencje postawy niedemokratycznej, jak to się tutaj określa brak obecności przy urnie wyborczej. Można nie dostać paszportu, nie wolno brać udział w konkursach na pracowników państwowych, w egzaminach na państwowe wyższe uczelnie, itp. Właściwie wszystko to, co jest związane z działalnością państwa staje się dla krnąbrnego obywatela niedostępne.

Inna różnica to taka, że kilka dni przed wyborami i kilka po nich niewolno nikogo aresztować. Prawo to pochodzi jeszcze z dawnych czasów, kiedy to możni i wpływowi, aby uniemożliwić głosowanie na innego kandydata niż oni sami, aresztowali zawsze na czas wyborów takich obywateli, którzy mogli mieć jakieś inne poglądy polityczne i chcieli głosować na kogoś innego. Po wyborach byli oczywiście z reguły zwalniani, choć nie zawsze było to takie oczywiste. Dziś skutkiem tego prawa jest prawdziwa eksplozja przestępczości w okolicach wyborów. Najlepiej w tych dniach w ogóle nie wychodzić z domu.

Obowiązek głosowania sprawia, że frekwencja jest wyśmienita. Jednak ludzie muszą stać po kilka godzin w kolejkach do urn. Z bliska nie wygląda to tak miło.

Trudno jest nam zrozumieć to wszystko. Wydaje się, że Brazylijczycy najzwyczajniej chcą, aby ich kraj był rządzony przez złodziei i morderców. W niby wolnych wyborach ciągle przecież na nich głosują. Korupcja jest tak wielka i wzajemne zależności do tego stopnia głębokie, że nic w takiej sytuacji nie jest proste.

Dziś zakończy się hałas z powodu wyborów amerykańskich. Nie wiem zaś kiedy zakończy się chaos z wyborami brazylijskimi. Bez wątpienia nasz Kościół ma tutaj wiele do zrobienia wychowując swoich synów i córki do uczciwości. Uczciwość, jedynie ona uleczy wszelkie polityczne choroby.

Ad Gentes

paderewskigrzegorz

Manaus, 26.10.2016

Ojciec Święty Franciszek w orędziu na tegoroczny Światowy Dzień Misyjny napisał do nas wszystkich między innymi: „Nie wyczerpał się ewangeliczny nakaz: „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem” (Mt 28, 19-20). Co więcej zobowiązuje nas wszystkich, w aktualnych sytuacjach i wyzwaniach, abyśmy poczuli się wezwani do ponownego misyjnego „wyjścia”… wyjścia z własnej wygody i zdobycia się na odwagę, by dotrzeć na wszystkie peryferie potrzebujące światła Ewangelii”. Są to słowa inspirujące i ponaglające. Bez wątpienia misje są dla nas wszystkich najważniejsze, lub przynajmniej powinny być. Kiedy się to odkrywa, wiara nasza staje się bardzo żywa, doświadczenie Kościoła ogromnie głębokie. Kiedy katolik umie być misyjny, wtedy podejmuje odpowiedzialność za Kościół. Kościół nie jest już więcej dla niego jakąś tam instytucją, ale staje się „moim Kościołem, moją wspólnotą, moim życiem”. Oto dlaczego misje powinny być dla nas najważniejsze.

Z Polski, według danych z internetowej strony Dzieła Pomocy Ad Gentes, wyjechało na misje 2040 misjonarzy. Może się to wydawać sporo. Jednak w porównaniu z Włochami i Hiszpanią jest to bardzo mało. Oczywiście najwięcej polskich misjonarzy pracuje w Afryce, a zaraz potem w Ameryce Południowej. W niej zaś najwięcej w Brazylii. To pewnie raczej z powodu tego, że jest to po prostu największy kraj latynoamerykański. Mamy tutaj aż 147 misjonarzy zakonnych, 55 księży fidei donum, 49 sióstr zakonnych i jedną misjonarkę świecką. W naszej diecezji Manaus mamy z Polski jedną siostrę zakonną, trzech zakonników i dwóch fidei donum. Można powiedzieć, że diecezja pelplińska jest tu górą, bo właśnie aż dwoje misjonarzy jest z Pelplina, siostra Bożena Stencel, pochodząca ze Stężycy i ja.

Ilość zagranicznych misjonarzy w Brazylii z roku na rok maleje. Ci najstarsi powoli wymierają. Młodych zaś jest coraz mniej. Nawet widać to ostatnio jeszcze bardziej w naszej diecezji. Mimo, że misjonarzy zagranicznych jest nadal najwięcej, to jednak tych nowych nie przybywa. Ostatnio nawet kilku zrezygnowało i powróciło do swych krajów. Na szczęście lekko poprawia się sytuacja z klerem rodzimym. Jednak daleko jeszcze jej do normalności. Długo jeszcze Manaus będzie potrzebowało kapłanów z zewnątrz.

Katolicka Brazylia przyjmuje misjonarzy, ale też i sama ich wysyła. Wprawdzie są to ilości bardzo niewielkie. Najwięcej jest sióstr zakonnych. To głównie za sprawą powiązań językowych z dawnymi koloniami portugalskimi. Wiele sióstr Brazylijek jedzie do Angoli lub Mozambiku. Mają wtedy ułatwione zadanie, bo język jest przecież ten sam.

W Manaus mamy też „misje w misjach”. Niektóre zgromadzenia zakonne, na przykład redemptoryści, wspólnoty kościelne, jak na przykład Odnowa w Duchu Świętym, organizują wyprawy misyjne do naszego, w granicach naszej diecezji, interioru, albo udają się do Roraimy. To są zawsze prawdziwe wyprawy misyjne. Trwają długo, kilka tygodni. Wiążą się z wielkimi niewygodami i wyrzeczeniami. Są też niebezpieczne, chociażby na dosyć powszechną malarię.

Nasza parafia swego czasu myślała nad zaadoptowaniem jakiejś wspólnoty po drugiej stronie Amazonki. Nawet tam jeździliśmy z naszymi bardziej zaangażowanymi w ewangelizację parafianami. Jednak, jak na razie, nic z tego nie wyszło. Natomiast misyjnym, ewangelizującym, wychodzącym do ludzi musi być każdy z członków naszej parafialnej wspólnoty. Stąd nasze duszpasterstwa i grupy nieustannie gdzieś tam wędrują.  Staramy się pamiętać, że nakaz misyjny jeszcze się nie wyczerpał. To zaś jest naszym wspaniałym doświadczeniem, bo nic tak nie odnawia, ożywia i sił dodaje, jak ewangelizowanie. Misje są dla nas najważniejsze!

100 lat Papieskiej Unii Misyjnej

paderewskigrzegorz

Manaus, 12. 10. 2016

                W Brazylii dzisiaj mamy wielkie święto. To uroczystość Matki Bożej z Aparecidy. W przyszłym roku będzie już trzysta lat, jak Nossa Senhora Aparecida towarzyszy Kościołowi brazylijskiemu, bowiem cudowne pojawienie się figury Matki Bożej miało właśnie miejsce w 1717 roku. Mamy w sumie cięgle wiele jubileuszy, a świat misji ma wśród nich także i swoje wyjątkowo istotne. Nie można przecież nie wspomnieć o 100-leciu Papieskiej Unii Misyjnej. Już kiedyś o tym jednym z papieskich dzieł Misyjnych pisałem ze szczegółami, więc może tym razem tylko kilka rzeczy dla przypomnienia.

                Wszystko zaczęło się od ojca Pawła Manny, dziś już błogosławionego. Był on długoletnim misjonarzem, ale ze względów zdrowotnych musiał powrócić do swych ojczystych Włoch. Nigdy się z tym nie pogodził i postanowił zrobić coś, aby w przyszłości misjonarze mieli zawsze możliwie jak największą pomoc ze strony swoich lokalnych kościołów. Aby w chorobie nie byli osamotnieni, a w przypadku konieczności powrotu do swych rodzinnych krajów ich misje mogli podjąć i kontynuować kolejni misjonarze. W tym celu założył Unię Misyjną Duchowieństwa zatwierdzoną przez papieża Benedykta XV właśnie w 1916 r. W 1956 r. papież Pius XII wyniósł ją do rangi Dzieł Papieskich. Te i inne inicjatywy misyjne sprawiły, iż papież Jan XXIII nazwał o. Pawła Mannę „Kolumbem” przedsięwzięć misyjnych. Ten Kolumb Misji rzeczywiście na takie miano zasłużył, bo wymyślił tak wiele wspaniałych przedsięwzięć, że bez wątpienia można je postrzegać w kategoriach odkrywania nowych światów. Nie mniej, co jest chyba w tym wszystkim najbardziej istotne, stał się na zawsze wspaniałym kierownikiem duchowości misyjnej i ewangelizacyjnej kapłanów. Zarówno tych, co na misje wyjeżdżali i wyjeżdżają, jak i tych, co duszpastersko pracowali i pracują w swych diecezjach. W misyjnym dziele wszyscy są tak samo ważni. Ci, co wyjeżdżają, nie zrobią nic, bez tych, co zostają. A ci, co zostają, zrobią więcej, będą przy tych, co na misje się udają. W swoich zapiskach o. Manna tak pisze: „Kapłani w pierwszym rzędzie muszą być zorientowani w działalności misyjnej Kościoła. Od księży bowiem zależy, czy katolicy włączą się gorliwiej w sprawy misyjne… Być katolikiem, a zwłaszcza kapłanem i nie włączać się w dzieło rozkrzewiania wiary, znaczyłoby nie rozumieć nic z Ewangelii”. Błogosławiony o. Paweł Manna wierzył, że przyjdzie czas kiedy wszyscy kapłani włączą się w to wielkie dzieło. Mogę potwierdzić, że wielu kapłanów z naszej pelplińskiej diecezji to realizuje. O. Manna napisał także tak: „Drodzy kapłani Jezus zapragnął was mieć do swojej dyspozycji; powierzyć waszym dłoniom, waszej gorliwości i wspaniałomyślności kwestię swojej chwały… Jezus potrzebuje was, waszego działania, waszego zaangażowania i waszej odwagi… On zapragnął waszego serca – szlachetnego, wielkiego i wspaniałomyślnego”.

                W listopadzie 2004 roku, w homilii wygłoszonej podczas beatyfikacyjnej o. Pawła Manny św. Jan Paweł II powiedział tak: „Także w ks. Pawle Mannie widzimy szczególne odbicie chwały Bożej. Całe swe życie poświęcił on sprawie misji. Na wszystkich stronach jego pism obecny jest żywy Jezus — centrum życia i racja działalności misyjnej. W jednym z listów do misjonarzy pisze: «Misjonarz jest niczym, jeśli nie jest uosobieniem Jezusa Chrystusa (...). Jedynie misjonarz, który wiernie naśladuje Jezusa Chrystusa (...) może odtworzyć Jego obraz w duszach innych». Nie ma bowiem misji bez świętości, jak podkreśliłem w encyklice Redemptoris missio: «Duchowość misyjna Kościoła prowadzi do świętości. (...) Trzeba wzbudzić nowy zapał świętości wśród misjonarzy i w całej wspólnocie chrześcijańskiej».

Niech więc dzieło ojca Pawła Manny nie tylko trwa, ale niech się dynamicznie rozwija. Chodzi przecież o tak wiele, bo o nasze i o innych zbawienie.

Farma Nadziei w Manaus.

paderewskigrzegorz

Manaus, 27. 09. 2016

Rok w parafii wyznaczają nie tylko okresy liturgiczne, odpusty i święta, ale także różne małe i wielkie tradycje. Jedną z takich tradycji w naszej parafii, a zwłaszcza dla Oratorium, jest wyjazd do Fazenda da Esperanca. Wprawdzie w tym roku miało go nie być, kryzys narzucił nam daleko posuniętą dyscyplinę we wszelkich wydatkach, nawet tych niewielkich, to nasze oratoryjne dzieciaki prosiły i przymilały się, jak tylko mogły i umiały. Uległem! Towarzystwo do Fazendy pojechało i wróciło szczęśliwe co nie miara.

Cóż to jest ta Fazenda. Już kiedyś, bardzo dawno, przy okazji wizyty papieża Benedykta w Brazylii o tym pisałem. Fazenda da Esperanca, Farma Nadziei, jest miejscem, gdzie ludzie uzależnieni, zwłaszcza młodzi, odzyskują swoją wolność. Jej powstanie związane jest z rowerem. Może jednak z kazaniem pewnego misjonarza franciszkańskiego.  Pewien młodzieniec o imieniu Nelson codziennie jeździł do pracy swoim starym rowerem. Podobno już bardzo zdezelowanym i coraz trudniej go było naprawiać. Wstawał wcześniej, aby jeszcze zdążyć być na Mszy, którą codziennie celebrował w parafialnym kościele wspomniany już franciszkanin, ojciec Hans Stapel. Pewnego dnia misjonarz, w swojej krótkiej, codziennej  homilii zacytował słowa świętego Jana od Krzyża: „Gdzie nie ma miłości tam ty okaż miłość i Miłość tam napotkasz”. Nelson codziennie wracając z pracy, już w sumie nocą, zawsze przejeżdżał przez ulice pełne najróżniejszej biedy. Zwłaszcza w jednym miejscy, za rogiem jednego ze sklepów z „mydłem i powidłem” młodzi ludzie, którzy sami byli narkomanami, handlowali narkotykami. Inni młodzi przychodzili je tam kupować i zaraz za sklepem, w zaroślach, natychmiast ich używali. Nie trzeba opisywać jak tragiczne było to miejsce. Nelson już jak jechał do pracy i myślał nad usłyszanym kazaniem, postanowił, że wracając  zatrzyma się, aby pogadać z handlarzami narkotyków. Tak się tez stało. Zatrzymał się, chociaż bał się okropnie. Zaczął im mówić, że mogą odmienić swoje życie dzięki Ewangelii, że ona da im siłę do życia bez narkotyków. Na to jeden z chłopaków, widząc rower, poprosił o pożyczenie im go. Nelson wiedział, że może już swego starego gruchota nie zobaczyć, co w sumie dosyć skomplikowałoby jego życie. Nie miałby jak jeździć do pracy. Jednak pożyczył. Poszedł do domu. Chłopaki w tym czasie objechali rowerem różnych odbiorców i sprzedali narkotyki. Potem zaczęli rozmawiać o naiwnym Nelsonie i nabijać się z niego, bo oczywiście roweru nie mieli wcale zamiaru oddawać. Jednak jeden z nich, Angelo, od samego początku tej historii z rowerem zachowywał się jakoś dziwnie. W pewnym momencie chwycił rower i pojechał do domu Nelsona. Oddają rower zapytał: „To jak to jest z tą całą Ewangelią?” Wtedy obaj poszli do proboszcza i po rozmowie z nim już na plebanii zostali. Tak właśnie zrodziła się Fazenda. Ktoś potem podarował misjonarzowi swoje gospodarstwo, na którym gromadziło się coraz więcej narkomanów w Ewangelii szukających siły do życia w wolności. Dziś Fazenda da Esperanca to ogromna wspólnota wspólnot. Jest ich wiele, rozsiane są po całej Brazylii. Mamy także takie dwie pod Manaus. Jedna męska i druga żeńska. Kiedy się wchodzi do męskiej, to jeszcze przed bramą widać wielkie rzeźby. Przedstawiają one Nelsona i Angelo oraz oczywiście rower. Zaraz za bramą zaś napotykamy napis: „Od tego miejsca zaczyna się droga nowego życia”. Ludzie, którzy są w Fazenda da Esperanca uwalniają się od nałogów poprzez modlitwę i pracę. Nie ma w sumie tam żadnych terapii odwykowych. To jest właśnie najdziwniejsze dla wszelkiego rodzaju specjalistów w tej dziedzinie. Żyją w małych wspólnotach, kilka osób, są za siebie nawzajem odpowiedzialni. Pewnie, że wielu odchodzi. Jednak wielu pozostaje i trwa w wolności.

Fazenda da Esperanca zawsze w okolicach liturgicznego wspomnienia świętego Franciszka organizuje swoje święto. Ta w Manaus ma w tym roku piętnaste urodziny. Oczywiście punktem centralnym jest Msza, ale są też teatry, gry, zabawy, jedzenie i generalnie wszystko to, co nasze Oratorium lubi. Zawsze jest tam jeden lub dwóch z naszych do odwiedzenia. W sumie to rozumiem, że tak bardzo chcą tam jechać.

Sytuacja w Brazylii.

paderewskigrzegorz

Manaus, 13. 09. 2016

Ostatnio wiele osób pytało mnie o to, co tak naprawdę dzieje się w Brazylii. W Polsce media donoszą o głębokim kryzysie. No cóż, kryzys jest i każdy to widzi. Jednak wyjaśnić o co w tym wszystkim chodzi, to nie wiem, czy będę umiał, bo sytuacja jest rzeczywiście skomplikowana. Może najpierw o ekonomii. To dziwne, że kraj, który był uważany za wspaniale się rozwijający, nagle został opuszczony przez inwestorów, dolar zdrożał w ciągu kilku dni trzykrotnie, inflacja się rozszalała i bezrobocie osiągnęło najwyższe z możliwych wysokości. Uważam, że wyjaśnienie na to wszystko jest tylko jedno: szaleni politycy! A tych tutaj, zresztą jak i wielu innych miejscach świata, nie brakuje. Nie mniej dumna Brazylia została w Ameryce Południowej ośmieszona, bo jako jedyna, nie licząc oczywiście Wenezueli, boryka się z gigantycznymi kłopotami. Jakimś dziwnym trafem kraje sąsiednie radzą sobie wyśmienicie.

W Brazylii od ponad piętnastu lat rządzili komuniści. Mówiło się tutaj o nich same najlepsze rzeczy. Prezydent Lula, niegdyś przewodniczący komunistycznej Partii Robotników, człowiek o życiorysie wyjątkowo bogatym w więzienia, strajki, wiece, pochody, manifestacje i uliczne walki, w sumie do teraz jest uważany za świętego. Opowiada się ciągle, że miliony Brazylijczyków wyprowadził ze skrajnej nędzy. No cóż, może i w jakiejś mierze tak było. Jednak publiczne pieniądze były rozdawane na lewo i prawo, co oczywiście gwarantowało sukces polityczny. Partia Robotników ze swoim prezydentem była popierana przez znaczną część społeczeństwa. Tak zagwarantowali sobie wielokrotny sukces wyborczy. Nie było natomiast znaczących inwestycji w opiekę zdrowotną, edukację i bezpieczeństwo. Na dodatek okazało się, że manipulowano przy ekonomii okrutnie. Przez lata fałszowano wskaźniki ekonomiczne. Kiedy skończyły się publiczne pieniądze nagle wszystko się zawaliło. Po Luli prezydentem została pani Dilma Rousseff. Tej jeszcze udało się w pierwszej kadencji zupełnie nieźle kontynuować wirtualne sukcesy swego poprzednika. Jednak w drugiej kadencji poległa. Uruchomiono wobec niej procedurę impeachmentu. Nie zdołała się wybronić i kilka tygodni temu została odsunięta. Odeszła wykrzykując hasła o zamachu stanu, swej niewinności i rychłym powrocie, bo przecież walka trwa!

Druga sprawa, która zadecydowała o kryzysie, to korupcja. To w sumie nic nowego i nic wyjątkowego. Kraje Ameryki Południowej słyną z korupcji. Ta brazylijska jednak osiągnęła stan tak perfekcyjny, że aż dech zapiera. Prawdziwie mistrzowska robota. Okazało się, że chyba nikt z polityków, ze wszelkich możliwych partii, nie pozostał uczciwy. Kradli i brali łapówki wszyscy. Nieustannie dochodziło do sytuacji, które były wyjątkowo tragikomiczne. Jednego dnia pewien polityk przed kamerami opowiadał o swoim nieskazitelnym sumieniu, drugiego dnia wybuchała medialna bomba z informacjami o jego kontach w Szwajcarii, łapówkach i kłamstwach.

Trzecia rzecz, która zadecydowała o politycznym kryzysie jest zgorszenie podwójnym życiem. W tym też nie ma nic nowego i wyjątkowego. W sumie to wszelkie dyktatury mają to do siebie, że posiadają wiele twarzy. Jednak w końcu ludziom cierpliwość się skończyła. Jak długo można słuchać pani prezydent, która opowiada, że jest prosta i zwykła, skromna i w ogóle taka, jak miliony brazylijskich kobiet, i zaraz potem widzieć w mediach, że zatrzymuje się w najdroższych hotelach świata, gdzie nawet najbogatsi szejkowie zastanawiają się, czy ich na to stać, że wydaje miliony na głupoty. Nic tak nie boli, jak doświadczenie bycia wykorzystanym. To właśnie dzisiaj czują miliony Brazylijczyków.

Mam tylko taka nadzieję, że to bolesne doświadczenie zawodu będzie miało efekt oczyszczenia i pomoże dojrzeć Brazylijczykom. W sumie, to wszyscy tego nieustannie potrzebujemy: dojrzałości aby nie dać się zmanipulować!

Kongres Eucharystyczny w Belem.

paderewskigrzegorz

Manaus, 02.09.2016

Kiedy wracaliśmy ze Światowych Dni Młodzieży, to w Brazylii, a dokładniej w Belem, a więc też w Amazonii, zaczynał się XVII Narodowy Kongres Eucharystyczny. Powiem szczerze, że żałowałem bardzo, iż nie udało mi się w tym wydarzeniu także uczestniczyć, jednak nie można mieć wszystkiego. Nie mniej z naszej parafii pojechały na ten kongres dwie osoby, z Neokatechumenatu, więc mam relacje z pierwszej ręki. Ich podróż była prawdziwą pielgrzymką. Było długo i z pielgrzymimi niewygodami. Z Manaus zorganizowano wyjazd statkiem z 270 pielgrzymami na pokładzie. Podróż trwała w obie strony 14 dni. Spanie w hamakach, w dwóch wspólnych salach. Dla naszych pielgrzymów kongres zaczął się już właściwie na statku, bo codziennie mieli oni nie tylko Mszę Świętą, ale też najróżniejsze inne modlitwy, konferencje i przede wszystkim nieustanną adorację Najświętszego Sakramentu.

Belem, które w tym roku stało się siedzibą kongresu eucharystycznego, to stolica stanu Para. Jest w sumie mniej więcej takim samym, co wielkości, miastem jak Manaus. Leży w delcie Amazonki. Belem, co po polsku oznacza Betlejem, jest w sumie bardzo dobrze przygotowane na przyjmowanie ogromnej liczby pielgrzymów i turystów. To siedziba drugiego co do wielkości sanktuarium maryjnego w Brazylii. Tu też odbywa się co roku słynny na pół świata odpust zwany Cirio de Belem. Zorganizowanie i goszczenie pielgrzymów – uczestników kongresu nie było żadnym problemem.

Belem stało się prawdziwym domem Chleba. Podczas kongresu we wszelkich wydarzeniach uczestniczyły tłumy. Zwłaszcza wielka liczba wiernych brała udział w Mszach Świętych i Adoracjach. Sprawowane one były na tamtejszym stadionie sportowym, słynnym Mangueirao. Tematem kongresu były następujące słowa: „Eucharystia i dzielenie się w Amazonii misyjnej.” Może nie do końca udolnie tłumaczę to zdanie, bo w oryginale portugalskim użyte jest słowo partilia. Oznacza ono właśnie dzielenie się tym, co się ma, solidarność, pomoc, hojność, miłosierdzie. W nawiązaniu do Roku Miłosierdzia i w duchu kongresu jedna z Eucharystii sprawowana była z udziałem najbiedniejszych, ludzi z ulicy, nędzarzy. Potem zaproszono ich na obiad. Był też dzień pojednania, kiedy to w wszelkich możliwych miejscach sprawowano nabożeństwa pokutne i sakrament spowiedzi. Przystępowało do sakramentu pokuty ogromnie dużo ludzi. Jako pierwsi do konfesjonałów uklękli biskupi i księża. Przyznam, że jak na Brazylię, tak strasznie sponiewieraną przez teologie wyzwolenia, która robiła wszystko, aby te Sakramenty zniszczyć, to są to prawdziwe cuda.

Msza na zakończenie kongresu celebrowana była na placu przed sanktuarium maryjnym, przed bazyliką Matki Bożej z Nazaretu. Potem w procesji udano się do katedry i Fortu Żłóbka Betlejemskiego. To oczywiście tez moje tłumaczenie, ale właśnie tak owo miejsce się nazywa. Tu w sumie, czterysta lat temu, narodziło się miasto. Stąd ksiądz arcybiskup Belem, Dom Alberto Taveira Correa, powiedział tak: „Tutaj to miasto wraca do swych początków. Tutaj, czterysta lat temu było ufundowane. Tutaj odnawia swoją więź z Chrystusem.”

My w naszej parafii, aby duchowo połączyć się z kongresem, urządziliśmy także całodobową adorację Najświętszego Sakramentu. Był to dla nas wyjątkowo błogosławiony czas. Wprawdzie wielu bało się ogromnie nocy, bo ostatnio w naszym mieście jeszcze bardziej rozszalała się przestępczość, ale na szczęście nic złego nikomu się nie stało. Więcej, mimo, że była to noc z soboty na niedzielę, a więc czas wielkich fest, okolica naszego kościoła pogrążona była w jakimś wyjątkowym spokoju i ciszy. Było to zauważone dosłownie przez wszystkich. Eucharystia wszystko zwyciężała!

 

Powrót z JMJ Cracóvia 2016

paderewskigrzegorz

Dotarliśmy do Manaus. Nasza pielgrzymka z okazji spotkania w Krakowie była dosyć długa, nawet niektórzy żartowali pytając, czy byliśmy też po drodze na Antarktydzie. Nie byliśmy na niej, bo jej temperatury na pewno byłyby dla nas śmiertelne.

Już w momencie finalnym Mszy Rozesłania na Polach Miłosierdzia usłyszeliśmy, że Światowe Dni Młodzieży się nie kończą, ale tak naprawdę to dopiero się zaczynają. Wiemy o tym od dawna, stąd nie dziwi nas to, że co chwila ktoś do tych Dni nawiązuje. Ja też będę to czynił wielokrotnie, bo wydarzyło się tak wiele, że trudno będzie nam po prostu o tym nie mówić i nie pisać.

Kilka tygodni przed Dniami Młodzieży pisałem o tym, co Brazylijczycy o Polsce więdzą, co o naszym Kraju sądzą i jak sobie go wyobrażają. Teraz, po powrocie z naszej pielgrzymki, mam jeszcze więcej na ten temat spostrzeżeń. W sumie są to same miłe i bardzo nas radujące uwagi.

Może najpierw o Polskim Kościele, parafiach i kościołach. Mieliśmy podczas naszego pobytu w Polsce przepiekne doswiadczenia. To sprawiło, że moi parafianie mówili z podziwem: „Ten Kosciół jest taki żywy.” W sumie to nie wiem jak to się stało, że mieli oni tylko o brazylijskim, może bardziej latynoamerykańskim Kościdele opinię jako o jedynie dynamicznym, żywym Kościele. Nie mniej, to co widzieli i doświadczyli sprawiło, że zdanie zmienili. Właściwie to zmuszeni byli zmieniać zdanie co chwila, bo okazało się, że poza Brazylią i Manaus świat istnieje, jest wielki i piekny. A ludzie są wszędzie wspaniali.

Przyjeło nas kilka parafii, a zwłaszcza mieliśmy mozliwość doświadczyć życia wspólnot wiary w Chojnicach i Borzyszkowach. Wszędzie Msze były dla naszej małej grupy głębokim doświadczeniem. Jedno z czytań zawsze było po portugalsku, czasami nawet jakieś wezwanie z modlitwy powszechnej. Na koniec były pytania i dzielenie się wrażeniami.

Młodzież z mojej amazońskiej parafii najpierw postrzegała różnice, co w sumie jest normalne, ale też i podobieństwa. Widzieli polski Kościół bardzo żywy, aktywny. Udział wiernych był dla nich fascynacją. Mówili, że wszystko było tak bardzo duchowo głębokie, perfekcyjnie zorganizowane. Zdumiewali się ciszą w świątyniach, ogromną ilością Mszy świętych sprawowanych w niedziele, księżmi i siostrami zakonnymi poubieranymi w swoje duchowne stroje. Cleisona, który w naszej parafii jest koordynatorem ministrantów, fascynowała liturgia, szaty i sprzęty. Niby w sumie nic nowego, bo przecież wiele z tych rzeczy mamy w Manaus, ale to, co w Polsce, było „takie piękne”. Co chwila robił zdjęcie jakimś dzwonkom, gongom, trybularzom, procesyjnym krzyżom. Po raz pierwszy na żywo usłyszeli organy. Nigdy na oczy nie widzieli takiego instrumentu zamontowanego w kościele. Zwłaszcza te w katedrze pelipńskiej były wielkim szokiem, ale to nikogo, kto zna naszą katedrę, nie dziwi. Wszystkie kościoły wydawały się istnym cudem. Nowe i zabytkowe. Jeśli chodzi o te zabytkowe, to wszystkie były starsze niż Brazylia. Dziwili się więc, jak to możliwe, że takie trwałe. Podziwiali czystość naszych świątyń i kwiaty, jakimi były udekorowane. W Amazonii, chociaż jest to miejsce wiecznej zieleni i wszystko rośnie w szalonym tempie, kwiat jest czymś rzadkim. Natomiast kwiaty w wazonie, to luksus. Stąd pięknie przyozdobione nasze kościoły były istną sensacją.

Chciałbym w tym liście serdecznie podziękować tym wszystkim, którzy nam pomogli zrealizować ten pielgrzymi projekt. Wdzięczni jesteśmy za wsparcie materialne, duchowe, dobre rady i wskazówki. Za przyjęcie, goszczenie i wspólnie spędzony czas. Bóg zapłać wszystkim! Bez Was tego wielkiego wydarzenia na pewno by nie było!

Boże Ciało 2016

paderewskigrzegorz

Manaus, 06.06.2016

Piszę miejsce i datę tego mojego listu, tak dla późniejszej łatwiejszej organizacji, i od razu mi się przypomina, że to rocznica pobytu Św. Jana Pawła II w naszej Diecezji Pelplińskiej.  Już siedemnaście lat minęło. Tak szybko, a jednocześnie tak wiele się wydarzyło ważnych rzeczy. Czas rzeczywiście należy do Boga i jest on nam dany do wypełnienia go dobrem.

W czasie od ostatniego listu mieliśmy Boże Ciało. W naszej amazońskiej diecezji to tak zwany dzień jedności. Takich dni jedności mamy zdefiniowanych przez nasze diecezjalne statuty kilka. Jest to na przykład uroczystość Niepokalanego Poczęcia, Niedziela Zesłania Ducha Świętego i właśnie Boże Ciało. W te dni jesteśmy zapraszani przez księdza biskupa aby razem, jako kościół diecezjalny, celebrować daną uroczystość. W praktyce oznacza to po prostu to, że wszyscy udajemy się w jedno miejsce wyznaczone na celebrację i nie organizuje się niczego „konkurencyjnego” w tym samym momencie w jakiejś innej części miasta. To taka tutejsza tradycja, a z duchowego punktu widzenia bardzo istotna. Kiedy zgromadzimy się tłumnie w jakimś miejscu, doświadczając wcześniej ścisku w autobusach, gorąca wczesnego popołudnia tropikalnego Manaus, słońca lub deszczu, to ma to smak pielgrzymki i doświadczenia duchowe są rzeczywiście mocne. Czujemy się Kościołem! Po raz kolejny, jako Lud Boży dane nam jest przeżyć Tajemnicą Bożej Obecności! Przyznam, że to jest doświadczenie niezwykłe! Bardzo to mnie buduje i zawsze na takie dni jedności idę z radością. Nasi ludzie też i w sumie nikogo wcale nie trzeba za bardzo namawiać.

Tego roku wszystko zaczęło się Mszą Świętą o 16.00 na Praca do Congresso. Już tak było w zeszłym roku i pisałem o tym szerzej, bo to miejsce i jednocześnie fakt historyczny ogromnie istotny dla Manaus, więcej, dla całego brazylijskiego kościoła. Tutaj odbył się czterdzieści jeden lat temu jeden z najważniejszych brazylijskich kongresów eucharystycznych. Pamiątką tego wydarzenia jest brazylijska Piąta Modlitwa Eucharystyczna, która jako taka występuje tylko w tutejszej wersji Mszału. Ksiądz arcybiskup Sergio Castriani mówił w swej homilii między innymi, przypominając temat tegorocznej uroczystości: „Eucharystia jest źródłem Miłosierdzia, życia, odpowiedzialności, solidarności i komunii. Nie pozwólmy nigdy, aby nam ukradziono tę wiarę, tę pewność rzeczywistej obecności Jezusa w tajemnicy tego Sakramentu.” A ponieważ sytuacja w Brazylii z dnia na dzień coraz gorsza i ludzie naprawdę bardzo na tym cierpią, widzę codziennie, że tracą nadzieję, ksiądz arcybiskup dalej nas nauczał, że ocalenie mamy właśnie w Eucharystii. Bo jeśli ktoś zacznie się do Niej zbliżać, Ją przyjmować, to będzie to owocem i kontynuacją jego nawrócenia. A wraz z nim nawróci się i nasz brat, potem wielu innych. Może rzeczywiście, a przecież już tak wiele razy bywało w historii wielu narodów, że obecny kryzys polityczny i gospodarczy sprawi, że ten lud wróci do Eucharystii. Oby, bo na pewno mu tego ogromnie potrzeba.

Po Mszy odbyła się procesja. Może nie za długa, lekko ponad dwa kilometry. Tłumy znów były wielkie i uczestnictwo ludu po raz kolejny budujące. Generalnie doświadczenie bardzo głębokie. Nasi ministranci byli pod wielkim wrażeniem. Opowiadali mi potem, jeden przez drugiego, o swoich doświadczenia. To są nad wyraz piękne i głębokie doświadczenia Kościoła, Wspólnoty Wiary. 

Zesłanie Ducha Świętego 2016

paderewskigrzegorz

Manaus, 23. 05, 2016

Uroczystość Zesłania Ducha Świętego jest we wszystkich kościołach świata wielkim wydarzeniem. Natomiast w Manaus to już urasta ona do wyjątkowych wymiarów. Chyba nawet zacząłem rozumieć coś z klimatu pierwotnego kościoła, kiedy to pierwsi chrześcijanie celebrowali Pięćdziesiątnicę tak, jak Paschę. To nawet widać do dziś bardzo wyraźnie w liturgii, kiedy się patrzy na Wigilię i celebrację Zesłania tak, jak one są, czyli na jedną całość. A jak już neokatechumenat łączy te dwie celebracje, przynajmniej liturgię Słowa, podczas swojej wigilijnej Eucharystii, to wszystko staje się proste i jasne. Pascha Jezusa trwa! Piszę te słowa, aby po prostu wykrzyczeć z radości, że mieliśmy cudowne Zesłanie Ducha Świętego. Radość jest tym większa, bo tak naprawdę nic jej nie zapowiadało. Wręcz przeciwnie, sytuacja Brazylii staje się coraz trudniejsza, i, co jak do tej pory nie zdarzało się w sercach tego karnawałowego narodu, zaczyna go dopadać zniechęcenie. Wiele wspólnot z peryferii i tym bardziej z okolicznych wiosek nie zorganizowało wyjazdu na Pentecostes, jak to tutaj popularnie mówimy. Okazało się, że 5 złotych, bo tyle mniej więcej kosztował „na głowę” autobus, było problemem. Obawialiśmy się, że tym razem uczestnictwo będzie bardzo słabe. Chociaż wiemy doskonale, że nie o liczby chodzi, to jednak jakieś tam znaczenie na pewno to ma. Kiedy Kościół gromadzi się w Wieczerniku, Duch Święty zstępuje.

W pewnym sensie liczby stały się nawet bardzo symboliczne i zaczęły znaczyć dużo więcej, niż tylko ilości. Zaczęły zdradzać intencje. Sekty zielonoświątkowe od lat głoszą koniec Kościoła Katolickiego w Brazylii. Nawet niektóre tutejsze pastorki, panie biskupie, (jak w sumie byłby rodzaj żeński od biskupa?) oficjalnie przekazały otrzymane od Pana Boga proroctwa. Według nich Kościół Katolicki w Brazylii się kończy, są to jego ostatnie momenty. Nasza celebracja Pięćdziesiątnicy tradycyjnie odbywa się na sambodromie, czyli w miejscu, gdzie normalnie odbywają się finały karnawałowego szaleństwa. To jest długa budowla, są tam widownie, które mieszczą około sto tysięcy miejsc siedzących. Oczywiście nie ma tam foteli, ale po prostu beton, tak uformowany, że da się siedzieć niczym na schodach. Po za tym jest jeszcze pomiędzy tymi widowniami tak zwana „pista”, czyli jezdnia, po której w karnawale przechodzą ze swoimi prezentacjami poszczególne szkoły samby. Tego roku, co zresztą dzieje się już od kilku minionych lat, zapełniliśmy znów cały sambodrom. Oczywiście zarówno widownie jak i miejsca na bieżni. Tymczasem w poniedziałek wszystkie gazety napisały, że Pięćdziesiątnicę świętowało mniej więcej około pięćdziesiąt tysięcy katolików. Takie pisanie nie miałoby najmniejszego znaczenia, gdyby nie pewien drobny fakt. Wszystkie te dzienniki należą lub zależą od zielonoświątkowców. Tak już zawsze jest, że jak oni liczą nas, to zawsze jest to liczba bardzo mała. Jak zaś liczą siebie, to nagle trzymilionowe miasto urasta do wielkości miasta Meksyk. Sytuacja stała się nawet dosyć komiczna, bo kiedy ogólne brazylijskie media, a nawet międzynarodowe, zaczęły pisać we wtorek o największej w Brazylii celebracji Zesłania Ducha Świętego w Manaus, to nasze dzienniki lokalne, które wcześnie w swych tytułach artykułów zamieszczonych w Internecie miały „50 tysięcy”, nagle poprawiły na „100 tysięcy”.

Oczywiście temat tegorocznego Pentecostes musiał być związany z Rokiem Miłosierdzia. Modliliśmy się: Duch Święty źródłem życia i miłosierdzia. Dom Sergio, nasz ksiądz arcybiskup, powiedział w kazaniu, że dla Brazylii to Zesłanie Ducha Świętego ma szczególne znaczenie. Duch Święty nas utwierdza w pewności, że dla tego kraju, tak bardzo ostatnio niszczonego najróżniejszymi przejawami zła, cały czas jest nadzieja. Brazylia się nawróci, odrodzi, stanie się święta. 

Brazylijczycy o Polsce

paderewskigrzegorz

Manaus, 02. 05. 2016

Jeśli chodzi o wiedzę Brazylijczyków o Polsce to obecnie jest ona, tak to na mój prywatny użytek oceniam, wyśmienita. Uważam, że zawdzięczamy to świętemu Janie Pawle II, świętej Faustynie i obecnie Światowym Dniom Młodzieży. Oczywiście taka wiedza inspirowana katolickimi świętymi, jeśli już, spotykana jest tylko wśród katolików. Inni, dla których sprawy naszego kościoła nie mają znaczenia pozbawieni są takiej inspiracji. Nie ma więc co się dziwić, że zdarza się jeszcze co jakiś czas, że zszokuję się jakimś pytaniem o Polskę i polskie sprawy. Najpierw o położenie: „Gdzie ta Polonia się znajduje? W Europie? Poważnie? A mówicie po angielsku czy po niemiecku?” No cóż, my Polacy też nie zawsze wszystko wiemy o Brazylii. Kiedyś na lotnisku w Warszawie, kiedy już z odebranymi walizkami chciałem niepostrzeżenie przemknąć przejściem dla tych, co to nic nie mają do zadeklarowania na cle, zostałem nagle zatrzymany przez pana celnika i zapytany skąd leciałem. Kiedy wyjaśniłem gdzie zaczęła się moja podróż, pan celnik wykrzykną: „Manaus? A gdzie to jest? W jakiejś Azji?” No cóż, to mnie przygotowało na późniejsze podobne reakcje i pytania o położenie Polski ze strony Brazylijczyków. Już kilka razy oni też chcieli szukać naszego kraju w jakiejś tam Azji. Zabawne jest też to, że kiedy pytają o moje pochodzenie i ja odpowiadam: „Polonia!”, to niekiedy oni rozumieją to jako Bolonia albo Kolonia. Nieporozumień jest więc ciągle bardzo wiele. Teraz, kiedy niektórzy młodzi ludzie wybierają się do Krakowa, zainteresowanie Polską wyraźnie się wzmogło. Nie wiem za bardzo skąd oni czerpią te najróżniejsze informacje, ale czasami mam już mało cierpliwości, aby wyjaśniać, że nie jemy tylko wyłącznie kapusty i kartofli. Jest też kilka bardzo wstydliwych dla nas stereotypów, jakie krążą w Brazylii o Polsce i Polakach. Jest to na szczęście bardziej znane na południu, a że Brazylia to kraj w sumie kontynentalny, więc na amazońską północ nie zawsze te miej przyjemne wiadomości docierają.

Zapewne to właśnie dzięki Światowym Dniom Młodzieży w minionym roku w tutejszych mediach pojawiły różne programy o Polsce. Oczywiście głównie o profilu turystycznym. Pokazano nasz kraj bardzo ładnie, nie ukrywam, ogromnie mi się to spodobało. Były też informacje w Internecie o naszym panu prezydencie Andrzeju Dudzie, który podniósł Hostię. Pisano o tym z wielkim szacunkiem. Ostatnio zaś znalazłem też artykuły o cudach eucharystycznych w Polsce. W ostatnich zaś dniach pisano o obchodach 1050 rocznicy Chrztu Polskiego Narodu. W kilku miastach Brazylii, w stolicy Brasilii, w Rio de Janeiro, oczywiście Kurytybie i w kilku jeszcze innych miejscach obchodzono tę rocznicę uroczystymi mszami dziękczynnymi. W Brasilii taka Eucharystia dziękczynna odprawiona została przez trzech polskich księży biskupów, z udziałem wielu Polaków z panem ambasadorem Andrzejem Marią Braiterem na czele.  Pan ambasador przepięknie powiedział o wyjątkowo ważnych  konsekwencjach chrztu i o roli Kościoła Katolickiego w dziejach Polski. Na tej mszy została też wspomniana emigracja polska w Brazylii. To bez wątpienia będzie jeszcze tematem moich listów. Wprawdzie pierwszy udokumentowany przypadek polskich emigrantów pochodzi z połowy XVI wieku, to za właściwą emigrację uznaje się tych, którzy zaczęli przybywać do Brazylii w połowie XIX wieku. Stąd mówi się coraz częściej o przygotowaniach do obchodów 150 rocznicy polskiej emigracji. W jakiejś mierze chyba się już te przygotowania zaczęły, bo Polska pojawia się w Brazylii coraz częściej. Ostatnio za sprawą wielu najróżniejszych artystów. Być może wkrótce, zaraz po powrocie z Polski, będziemy też słyszeć o polskich sportowcach błyszczących złotymi medalami na olimpijskich podiach. A moi młodzi pielgrzymi na Światowe Dni Młodzieży  uczą się mówić dzień dobry i dobranoc. Pewnie na tym poprzestaniemy, bo nauczyciel ze mnie chyba nie jest najlepszy. Postaram się być wytrwalszym tłumaczem. 

Kronika parafialna

paderewskigrzegorz

Manaus, 25.04.2016

Tym razem chciałbym przedstawić garść informacji z naszego parafialnego podwórka. W finale Wielkiego Postu i w Wielkanoc działo się tak wiele wspaniałych rzeczy, że pominięcie tego milczeniem byłoby chyba nawet grzechem. Najpierw to, że w diecezji mamy nowego biskupa pomocniczego. Dla ludzi stąd to wyjątkowe zdarzenie, bo został nim ksiądz Jose Albuquerque z tutejszej diecezji, a dokładnie z Manaus. Tutaj się urodził w 1968 roku, wychował, wykształcił i pracował. Przez ostatnie lata był rektorem tutejszego seminarium duchownego. Jak wspomniałem, dla kościoła amazońskiego to radość wyjątkowa. Została ta wiadomość ogłoszona w przedostatnim tygodniu Wielkiego Postu i właściwie stała się niczym radość Zmartwychwstania. Czemu tak wiele tego cieszenia się? No cóż, dla wspólnoty Kościoła każda nominacja biskupia, także i każde kapłańskie i diakońskie święcenia to już motyw wystarczający do radości. Ale dla Amazończyków to coś wyjątkowego z pewnego, dosyć trudnego do właściwego wyjaśnienia powodu. Mniej więcej chodzi tu o swoisty kompleks spowodowany niewątpliwą krzywdą, jaką tutejszemu ludowi wyrządzono. Otóż byli tacy w historii co uważali, że w Amazonii powołań nie ma, bo być nie może. Nie może, bo tutejsi ludzie nie są w stanie sprostać tak wielkiemu powołaniu, jakim jest kapłaństwo. O biskupstwie to już w ogóle mowy być nie mogło. Wszyscy wiemy, że takie myślenie jest po prostu głupie. Nie mniej tak bardzo zakorzeniło się w tutejszej mentalności, że cały czas utrudnia powołania. Dla księży stąd jest to wielki problem, ból, tabu. Czują się jakoś gorsi, jakby drugiej kategorii. W rzadkich chwilach szczerości wybuchają żalem i pretensjami. Tylko do kogo? Ja takich rzeczy przecież nie wymyśliłem i tak nie myślę. Nawet wcześniej nie miałem pojęcia o takim absurdalnym ocenianiu ludzi stąd. Nie mniej fakt, że jestem Europejczykiem i bardzo białym, stawia mnie w kręgu przynajmniej tych podejrzanych. W takich okolicznościach nominacja jak najbardziej amazońskiego biskupa dla mnie też stała się powodem do radości. Dla historycznej uczciwości trzeba zaznaczyć, że w Manaus już raz był amazoński z pochodzenia biskup pomocniczy. Był nim Dom Jacson Damasceno. Jednak zaraz po nominacji ciężko zachorował i po roku zmarł. Oczywiście pamięta się go tutaj nieustannie. Nawet liczne szkoły noszą jego imię. Miejmy nadzieję, że teraz Manauaras będą odważniejsi w podejmowaniu powołań.

W parafii też wszystko w tym roku było wyjątkowe. Rok Miłosierdzia pomógł nam bardzo w ewangelizacji. Kolejna grupa ludzi, tym razem są to osoby, które praktycznie w ogóle nie miały jakiegokolwiek związku z Kościołem, dołączyła do neokatechumenatu. Piękna sprawa, robi się nam coraz tłoczniej na Drodze, dzięki Bogu. Wspaniałym też doświadczeniem stały się dla nas spowiedzi. Pamiętam, że osiem lat temu nikt nawet nie myślał o spowiadaniu się. Tym razem, było to 19 marca, urządziliśmy dzień parafialnego pojednania. Spowiadaliśmy jak za dawnych dobrych czasów w Polsce. To znaczy jak byłem wikariuszem jeszcze w Kraju. Zaczęliśmy w sumie jeszcze przed Mszą o szóstej rano i właściwie zakończyliśmy prawie o północy. Byłem absolutnie szczęśliwy. Triduum Sacrum też biło w tym roku wszelkie rekordy. Wcale mi tu nie chodzi tylko o tłumy, chociaż te też były zdumiewające, ale bardziej o zaangażowanie. Rzeczywiście uczestnictwo naszych parafian w Wielkim Tygodniu było dla mnie budujące i wzruszające. Bez wątpienia takim „naj” stał się tym razem dla nas Wielki Piątek. Z powodu wielkiej liczby uczestników sama adoracja Krzyża trwała dwie godziny. Drogę Krzyżową, którą tutaj tradycyjnie, z inscenizacjami poszczególnych scen ewangelicznych, mamy po liturgii wielkopiątkowej, praktycznie zaczęliśmy tym razem o zmroku. Nieco to skomplikowało całą sytuację, bo nie mieliśmy przygotowanego oświetlenia. Ale na szczęście przeżycia były tak silne, że chyba tylko ja się tym brakiem iluminacji przejąłem. Ostatecznie Chrystus, jak co roku, został ukrzyżowany na Colina do Aleixo, a po trzech dniach Zmartwychwstał. Paschę znów przeżywałem dwa razy. Ta neokatechumenalna zyskała w tym roku jeszcze lepszą oprawę liturgiczną dzięki naszym diakonom stałym. Tak to, dzięki łasce Bożej, rośniemy, a w tym wielkim bożym dziele mają też swój udział Ci wszyscy, którzy nam nieustannie pomagają. Czyż Kościół Chrystusa nie jest wspaniały! 

Helder Camara

paderewskigrzegorz

W tych dniach Brazylię obiegła niezwykła wiadomość. Przynajmniej dla katolików stała się ona wyjątkowa. Cancao Nova, a więc największa informacyjna multimedialna platforma katolicka podała, że Dom Helder Camara został przez Stolicę Apostolską ogłoszony sługą bożym. Oznacza to, że może on być za jakiś czas beatyfikowany i kanonizowany. Wiadomość ta spowodowała szok. Z jednej strony euforia jednych katolików, piszących na forach internetowych „wreszcie”, a z drugiej strony inni, też katolicy, wyrażali swoje daleko idące niezadowolenie i oburzenie. „Jak można kanonizować heretyka i marksistę?” – pytali. Niektórych komentarzy nie odważyłbym się nawet tłumaczyć. No cóż, do kanonizacji, jeśli nawet do niej dojdzie, jest jeszcze bardzo daleko. Nazywać zaś dom Heldera Camarę „marksistą” jest na pewno nieuczciwe. Podobna sytuacja zdarzyła się, kiedy tak samo stało się z Dom Oskarem Romero. Dziś już nikt w kwestii Romero taki rozgorączkowany nie jest. Okazało się, po gruntownych badaniach dokumentów, pism i wypowiedzi tego południowo – amerykańskiego biskupa męczennika, że padł on ofiarą manipulacji i chciano, aby Kościół miał go za marksistę. Tymczasem było po prostu głęboko ewangeliczne życie. Tak to jest w tym świecie, co w sumie nie jest żadną nowością, że kiedy ktoś chce żyć według Ewangelii, to jest od razu w oczach tego świata wariatem. W sumie też podobnie, chociaż w tamtym momencie z radości nie posiadali się, powiedzmy tutaj w taki sposób: „tradycjoniści”, kiedy to ogłoszono pośmiertne pojednanie się z Kościołem księdza Cicero. Te wszystkie trzy postaci bez wątpienia są niezwykłe. W swoim czasie i określonych okolicznościach żyli Ewangelią, stali się bohaterami wiary. Chciano ich zniszczyć, ale okazuje się, że prawda zawsze zwycięża. Na pewno będę jeszcze o nich pisał, nawet już kiedyś pojawiali się w moich listach. Teraz jednak wróćmy do biskupa Camary. Kim był, że tak wielkie po dziś dzień budzi emocje? Czemu jedni go kochają? Inni zaś nazywają heretykiem? Ponieważ wszystkiego na raz powiedzieć się nie da, więc dziś tylko kilka danych biograficznych.

Dom Helder Camara był jednym z najbardziej sławnych biskupów brazylijskich. Kochany do szaleństwa przez wszystkich biednych. Przykład ewangelicznego życia. Święty! Miał dostać nagrodę pokojową Nobla. Był do niej nominowany cztery razy. Dziś może już to nie jest w sumie nic wielkiego, ale wówczas byłoby to wielkie wyróżnienie, uznanie i nagroda. Dyktatura wojskowa wówczas rządząca Brazylią, zadziałała wszędzie na najwyższych szczeblach, aby do tego nie doszło.

Pełne nazwisko naszego sługi bożego to Helder Pessoa Camara. Urodził się w 1909 roku w Recife. Miał liczna rodzeństwo, był jedenastym dzieckiem. Jego ojciec był dziennikarzem, krytykiem teatralnym i funkcjonariuszem pewnej wielkiej firmy handlowej. Matka zaś nauczycielką. Podobno już bardzo wcześnie wykazywał chęci pozostania księdzem. To w sumie nie było za bardzo po myśli jego ojca, co jest nawet typowe, przynajmniej mam takie wrażenie, u wszystkich ojców brazylijskich. Kapłaństwo jest takie fajne, „to wspaniałe poświęcenie i zaszczyt, ale jeśli chodzi o mojego syna to oczywiście: nie!” – często coś mniej więcej takiego czytam i ostatnio nawet usłyszałem od jednego z naszych parafian, kiedy to rozważaliśmy przez moment wariant kapłański dla jego jedynego syna. Jednak mały Helder księdzem został. Piszę „mały”, bo w tej historii jest to dosyć symboliczne. Wstąpił do seminarium w Fortalezie, które wówczas prowadzone było przez lazarystów i posiadało famę bardzo dobrego, ale surowego, mając zaledwie lat piętnaście. Święcenia kapłańskie zaś przyjął w wieku dwudziestu dwóch lat. Oczywiście wszystko odbyło się ze specjalnym pozwoleniem Stolicy Apostolskiej. Oczywiście działał od razu pastoralnie, ewangelizując, katechizując, ucząc, a wręcz nawet organizując edukację w stanie Ceara. Na polu pastoralnym i socjalnym jego działalność była tak wielka, że aż nie sposób tego wszystkiego, co uczynił, wyliczać. Biskupem został w 1952. Jego biskupie zawołanie brzmiało: „W Twoich rękach.” Zorganizował Konferencję Biskupów Brazylijskich. Zasłynął w czasach dyktatury jako wielki obrońca praw człowieka. Głosił Kościół ubogi, solidaryzował się z każdą nędzą, zwłaszcza tą materialną. Zmarł jako nędzarz w 1999 roku. Dziś Kościół w Brazylii zaczyna pracę na jego procesem beatyfikacyjnym. 

Nowy biskup w Sao Raimundo Nonato

paderewskigrzegorz

Manaus, 30.03.2016

Na początku marca została podana do wiadomości publicznej wiadomość, że ksiądz biskup Edward Zielski został przez Ojca Świętego Franciszka mianowany biskupem diecezji Sao Raimundo Nonato w Paui, co oznacza, że opuszcza diecezję Campo Maior. Już dziesiątki listów poświęciłem księdzu biskupowi Edwardowi, wiele mu zawdzięczam i nie sposób, w takiej sytuacji, tej zmianie nie poświęcić tego listu.

Bez wątpienia diecezja Sao Raimundo Nonato w kategoriach misyjnych to wielkie wyzwanie. Nie mniej ksiądz biskup Zielski pytany przez dziennikarza odpowiedział najzwyczajniej: „Misjonarz nie unika zadań, jakie Kościół mu powierza. Ojciec Święty wezwał mnie w 2000 roku, aby służyć jako biskup w Campo Maior, a teraz mnie powołuje do diecezji Sao Raimundo Nonato. ” Potem zaś, kiedy dziennikarz napomknął o wiele trudniejszych, niż w Campo Maior, realiach w Sao Raimundo Nonato, ksiądz biskup szczerze i natychmiast odparł, że nie obawia się wyzwań i trudności związanych z nowym miejscem. No cóż, ksiądz biskup Edward pracował już w rejonach równie suchych i biednych, więc nie jest to dla niego nowością.

Diecezja Sao Rajmundo Nonato od czerwca zeszłego roku była bez biskupa. Z jednej strony takie wielomiesięczne, a czasami nawet kilkuletnie wakaty w diecezjach brazylijskich, to rzecz normalna. Dzieje się tak zwłaszcza w rejonach biednych i oddalonych. A tak właśnie jest z tą nową diecezją.

Jeśli chodzi o geografie, to Sao Raimundo Nonato położone jest w głębi stanu Paui, w części określanej jako półpustynia. Chociaż kiedy się jedzie tamtejszymi drogami, to ma się wrażenie, że to już jest najzwyczajniejsza pustynia. Wszystko suche, spalone, czerwona ziemia, pył i ludzkie osiedla niezmiernie rzadkie. Diecezja rozciąga się na obszarze prawie czterdziestu tysięcy kilometrów kwadratowych. Ludności zaś jest około 156 tysięcy. Głównie zajmują się rolnictwem i hodowlą zwierząt. Zwarzywszy na warunki klimatyczne, można sobie wyobrazić, jaki jest poziom rozwoju gospodarczego tego miejsca. Jeśli zaś chodzi o ciekawostki, to w tamtym rejonie znajduje się Park Narodowy Sierra de Capivara. Miejsce słynne z tego, że znaleziono tam najstarsze w Ameryce Południowej, sprzed pięćdziesięciu tysięcy lat, ślady człowieka i jakieś tam inne prehistoryczne rewelacje. Nie mniej, turyści raczej tłumnie tam nie jadą, no chyba tylko tacy, co to uwielbiają ekstremalne warunki.

Diecezja Sao Raimundo Nonatu powstała, jeszcze jako prałatura, w 1960 roku. Natomiast w diecezję została przekształcona w 1981. Ksiądz biskup Zielski jest już piatym biskupem tejże diecezji. Według danych z 2014 roku pracowało tam, licząc księży diecezjalnych i zakonnych 30 kapłanów oraz 8 diakonów stałych. Parafii zaś było 28.

Ksiądz biskup Edward Zielski swoja nową diecezję objął w dniu 2 kietnia, w przeddzień Święta Miłosierdzia. Zważywszy na to, że ksiądz biskup jest nie tylko gorliwym czcicielem, ale też wielkim propagatorem Bożego Miłosierdzia, to taka data jest bardzo znacząca. Ufamy, że z pomocą Bożego Miłosierdzia także i w Sao Raimundo Nonato uda mu się, mimo trudnych warunków, zrealizować wiele  pięknych projektów ewangelizacyjnych, wzbudzić nowe powołania, wykształcić kapłanów i jeszcze bardziej rozpalić wiarę tamtego ludu. W Campo Maior udało mu się tego dokonać, więc też można się spodziewać tego samego w Sao Raimundo. Nam zaś pozostaje się tylko modlić za księdza biskupa i wypraszać mu wiele Bożych łask. 

© B R A Z Y L I A
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci