|
Archiwum
O autorze
Ostatnie wpisy
Tagi
|
padregrzegorz yahoo.com.br
skype - pader1
GG - 3058207
foto: www.picasaweb.google.com padregrzegorz
film: http: pl.youtube.com padregrzegorz
poniedziałek, 13 lutego 2012
Manaus, 12. 02. 2012. Gorączka karnawałowa wydaje się dosięgać już każdego Brazylijczyka. Przyznam, że nieco mnie to irytuje. Można odnieść wrażenie, że nic nie ma ważniejszego dla Brazylii nad karnawał. Doszło ostatnio nawet do swoistego użycia karnawału przez policję jako żelaznego argumentu w walce o podwyższenie pensji. Otóż policjanci w Salwadorze zastrajkowali. Spowodowało to, że całe miasto znalazło się w rękach bandytów, którzy w świetle dnia napadali, rabowali i zabijali przez nikogo niepokojeni. Miasto stało się zakładnikiem. Część strajkujących policjantów dołączyła się nawet do bandytów. W sumie to nic nowego, nie po raz pierwszy społeczeństwo się dowiaduje, że policja brazylijska ma wiele wspólnego z przestępczością. Nie, żeby ją zwalczać, ale nią współpracując. Jak kiedyś usłyszałem stwierdzenie, że policja jest ostatnim miejscem gdzie szuka się pomocy, to się dziwiłem. Dziś wiem, że to po prostu było powiedziane na podstawie bolesnego doświadczenia. Ostatecznie, bo przecież karnawał musi się odbyć, bo on przecież jest najważniejszy, rząd uległ i pensje zostaną podwyższone. Na szczęście nie wszyscy są tacy karnawałowi i jest wielu katolików, w tym też dużo młodzieży, która nie ulega szaleństwu. Ostatnie dni przed postem to tutaj zwyczajowy czas na rekolekcje dla wielu wspólnot, duszpasterstw i ruchów parafialnych. Jedni szaleją, inni w tym czasie się modlą. Próbuje się też robić czasami coś, co nie do końca pochwalam, a mianowicie carnacristo, chociaż intencje na pewno są bardzo dobre. Miałby to być karnawał przyzwoity, chrześcijański, pobożny, bez grzechu, z godziwą zabawą. Uważam jednak, że nie powinno się tak to nazywać, czuję w tym jakieś nadużycie. Ostatnio młodzież brazylijska miała powody do wyjątkowego ożywienia, bo w końcu zostało ogłoszone logo Światowych Dni Młodzieży. Owo ogłoszenie zapowiedziane było na pierwszego lutego, ale doszło do małego opóźnienia aby zwyczajom latynoamerykańskim stało się zadość. Zwycięzcę konkursu i owoc jego pracy poznaliśmy dopiero siódmego lutego. Jest nim Gustavo Huguenin. W rozmowie z dziennikarzami powiedział, że uczestniczenie w konkursie było dla niego aktem wiary, przeżyciem duchowym. Był bardzo zaskoczony, że jego projekt okazał się zwycięski, bo wysłał swoją pracę w ostatnim dniu, na ostatnią chwilę. Gustavo ma 25 lat, jest grafikiem komputerowym, pochodzi z miejscowości Cantagalo, z diecezji Nova Friburgo, z parafii Najświętszego Sakramentu. Jest od dzieciństwa bardzo zaangażowany w Kościele, obecnie posługuje w swojej parafii jako nadzwyczajny szafarz Komunii Świętej. Należy też do Odnowy w Duchu Świętym. Wyznał, że nigdy nie uczestniczył w Światowych Dniach Młodzieży. Te ostatnie, w Madrycie, śledził poprzez Internet. Uznał je za ogromnie głębokie i interesujące. Jak tylko usłyszał, że następne będą w Rio, postanowił nie tylko nich uczestniczyć, ale także coś dla tego wydarzenia uczynić. Kiedy ogłoszono konkurs na logo spotkania, zaraz zaczął myśleć o projekcie. Przez bardzo długi czas medytował nad tekstem z Mt 28, 19 – „Idźcie i czyńcie uczniami wszystkie narody” – który jest jednocześnie zawołaniem spotkania. Dużo się modlił. Chciał w logo zmieścić Chrystusa, uczniów i ich misję ewangelizacyjną, narody, Rio i Brazylię. Patrząc na efekt jego pracy uważam, że z powodzeniem mu się to udało. Spoglądając na logo ŚDM od razu dostrzegamy znaną na całym świecie figurę Chrystusa Zbawiciela z Corcovado, który swoimi rozpostartymi ramionami chce objąć wszystkie narody świata. Jest on mieszczony w sercu, które symbolizuje uczniów Chrystusa. Górna część serca została narysowana w ten sposób, że od razu mamy skojarzenie z kolejnym słynnym miejscem i symbolem Rio, z Pão de Açucar. Kolory, jakie zostały użyte w logo są oczywiście typowo brazylijskie, a więc żółty, niebieski i zielony. Po lewej stronie na górze dostrzegamy jeszcze Krzyż, symbol ŚDM, który pielgrzymuje po Brazylii.
Jeśli chodzi o ten pielgrzymujący Krzyż SDM, to został przez opracowany specjalny program dla posiadaczy iPhone’a i iPad’a. Jeśli ktoś takie urządzenia posiada może cały czas śledzić miejsca, gdzie Krzyż przebywa aktualnie, sprawdzić gdzie już był i dowiedzieć się gdzie wkrótce będzie. Do nas, do Manaus, dotrze prawdopodobnie dopiero we wrześniu. Jeśli chodzi o hymn, to termin nadsyłania prac też został przesunięty do trzeciego marca. Może wygra tym razem ktoś z Polski? Byłoby bardzo sympatycznie. Polska zaś jest już i tak bardzo wyraźnie wyróżniona. Gustavo Huguenin przygotował cztery wersje logo, jedną wspólną dla trzech języków: portugalskiego, hiszpańskiego i francuskiego – mają one takie same skróty dla Światowych Dni Młodych, potem kolejno dla języka włoskiego, angielskiego i polskiego. Jest tyle języków na świecie, ale właśnie nasz zdaje się być jednym z urzędowych języków SDM. Kiedy piszę ten tekst, do spotkania w Rio jest jeszcze 526 dni. Wprawdzie to sporo czasu, ale można już głosno mówić: „do zobaczenia w Rio!”
środa, 25 stycznia 2012
Brazylijski Kościół katolicki, a zwłaszcza brazylijska młodzież bardzo poważnie traktuje przygotowania do Światowych Dni Młodzieży i spotkania z Ojcem Świętym w roku 2013 w Rio de Janeiro. Już od dawna istnieje oficjalna strona spotkania, chociaż pewnie będzie ona jeszcze przechodziła swoje zmiany i dostosowania, to można na nią zaglądać (www.rio2013.com) zapoznając się ze wszelkimi nowościami dotyczącymi Rio 2013. Ostatnio na temat spotkania w sposób bardzo ciekawy wypowiedział się dotychczasowy nuncjusz apostolski w Brazylii, ksiądz arcybiskup Lorenzo Baldisseri, który od kilku dni jest nowym sekretarzem Kongregacji do spraw Biskupów w Rzymie. Dla Radia Watykańskiego powiedział on: „Uczestniczyłem w uroczystej celebracji rozpoczynającej peregrynację Symboli Światowych Dni Młodzieży, która miała miejsce we wrześniu w Sao Paulo. Było cudownie. Dowiedziałem się potem, że w kilku dniach pielgrzymowania, ponad 500 tysięcy osób przyjęło Krzyż i Ikonę Matki Bożej, coś wyjątkowego. To pokazuje jak lud brazylijski przeżywa przygotowania do Dni Młodzieży. ” Mówiąc zaś o swoich oczekiwaniach związanych ze spotkaniem dodał: „Wierzę iż wydarzenie będzie tak wielkie, że przekroczy wszelkie kalkulacje. Jeśli w Madrycie było dwa miliony młodych, to w Brazylii na pewno będzie cztery lub nawet pięć milionów. Ponieważ nie tylko Brazylia, ze swoją wielką populacją i proporcją kontynentalną, ale cała Ameryka Łacińska zmobilizuje się do uczestnictwa we Światowych Dniach Młodzieży.” Jeśli chodzi o uczestnictwo w tym spotkaniu Ojca Świętego, to ksiądz arcybiskup Lorenzo Baldisseri stwierdził, że: „będzie to prawdziwa kąpiel duchowa i wielkie błogosławieństwo nie tylko dla młodych, ale dla całego ludu, dla całej Brazylii. Można powiedzieć, że będzie to wielki impuls do silnej ewangelizacji kraju”. Spotkanie jak na razie nie ma jeszcze swego hymnu i logo, ale wkrótce się to zmieni. Już dawno temu rozpisany był konkurs na jedno i na drugie. Jeśli chodzi o hymn, to z ostatnim dniem stycznia zakończy się okres zgłoszeń prac do konkursu. Pewnie niedługo potem zostanie on przedstawiony. W regulaminie konkursu znalazł się taki zapis o wymaganiach związanych z tekstem: „Ma on być odbiciem twarzy katolickiej młodzieży Brazylii i całego świata. Młodzieży mężnej, która zna swój sens egzystencji w Jezusie, która odkryła i żyje miłością Jezusa, w niej odnajdując swoją pełną realizację i szczęście. Ta relacja miłości i zżycia się z Jezusem mobilizuje młodych do świadectwa wiary z odwagą i kreatywnością.” Logo spotkania poznamy już w dniu pierwszym lutego. Brazylijczycy w różny sposób promują Światowe Dni Młodych. Na przykład wymyślono, że słynny pomnik Chrystusa Zbawiciela, najbardziej znany symbol Rio de Janeiro i zarazem całej Brazylii, będzie ambasadorem spotkania. Mająca trzy metry replika Chrystusa z Rio, wraz z specjalnie przygotowaną wystawą o Światowych Dniach Młodzieży, Cudownym Mieście, Kościele brazylijskim i samej Brazylii objedzie różne strony świata, aby propagować wydarzenie. Nie tylko Kościół brazylijski wiąże wielkie nadzieje ze spotkaniem. Nawet wszelkie władze publiczne cieszą się z tego wydarzenia. Ostatnio na łamach prasy wypowiadał się minister turystyki stanu Rio de Janeiro. Obiecywał wspaniałe przyjęcie każdego pielgrzyma, wiele atrakcji i wyraził swoje zadowolenie, że Brazylia po raz kolejny będzie mogła być bardziej poznana przez świat. Miasto ma rzeczywiście wielkie możliwości i bez wątpienia przyjmie z radością młodzież z całego świata. Brazylijczycy są z natury bardzo gościnni, co ułatwi wszelkie sprawy związane z organizacją spotkania. Nie mniej, na pewno będzie to wydarzenie wymagające wiele pracy i zachodu. Światowe Dni Młody wpisują się na listę zawierającą mega wydarzenia, które będą organizowane w najbliższych latach w Brazylii, w tym też w Rio. Zaraz potem odbędzie się tu przecież mundial, a potem olimpiada. Na przykład jednym z takich przygotowań już od jakiegoś dłuższego czasu czynionego, jest zapewnienie bezpieczeństwa młodym pielgrzymom, potem zaś turystom i kibicom. Rio znane jest w świecie z gigantycznej przestępczości. Słynne są tamtejsze favele, dzielnice biedy, gdzie rządzili przestępcy wszelkiej maści, a zwłaszcza handlarze narkotyków. W favelach mieszka jedna trzecia ludzi z tego sześciomilionowego miasta. Ludzie ci do tej pory żyli jakby w innym państwie. Do favel nie miała dostępu policja, nie działały szkoły, nie funkcjonowały w zasadzie żadne służby i struktury miejskie. Rząd od jakiegoś czasu, mniej więcej o trzech lat, systematycznie wyzwala te dzielnice spod władzy bandytów. W minionym roku doszło do wyjątkowej i cudownej akcji wyzwolenia najsłynniejszej, w sensie negatywnym, faveli o nazwie Rocinha. Wyjątkowość i cudowność tego zdarzenia polegała na tym, że obyło się bez wojny, strzelanin i śmierci niewinnych mieszkańców. Złapano też szefów narkotykowych gangów. Rocinha została wyzwolona, przywrócona społeczeństwu, jej mieszkańcom dano szansę na normalne życie. Wraz z policją do faveli weszli pracownicy socjalni, nauczyciele, lekarze. Służby od wywozu śmieci, kanalizacji i elektryczności. Dla nas jest to niepojęte, ale to wszystko tutaj nie działało od prawie pięćdziesięciu lat. Dane statystyczne są bardzo imponujące. Na przykład w Rio, w wyniku tych wszystkich działań, liczba zabójstw spadła o 70%. To samo jest z napadami, gwałtami, kradzieżami i starciami bandytów z policją. Do tego sukcesu przyczyniła się zwłaszcza ograniczona, chyba jakimś cudem, korupcja w policji. Bo do tej pory to ona, wkraczając do faveli, mordowała i rabowała. Mieszkańcy favel bali się policji i ukrywali przestępców. To dla tego tak trudno było sobie z tym problemem przez tyle lat poradzić. Możemy więc śmiało powiedzieć, że Światowe Dni Młodych przyczyniają się także do wzrostu bezpieczeństwa w Brazylii. Nie jest to wcale dziwne. Gdzie jest miejsce dla Boga, nie ma miejsca dla zła.
czwartek, 29 grudnia 2011
Okres Adwentu obfitował w naszej parafii w różne akcje ewangelizacyjne i charytatywne. Wydały one w tym roku niezwykłe owoce w postaci jedzenia, zabawek i ubrań dla biednych. Mimo że już spora część tego wszystkiego została rozdana biednym w ramach akcji „Natal sem fome”, czyli „Boże Narodzenie bez głodu”, to ciągle jeszcze mam kancelarię parafialną wypełnioną ryżem, makaronami, fasolą i innymi produktami. Nasza parafialna Caritas dzisiaj wszystko raz jeszcze posegreguje i przygotuje do rozdania potrzebującym, bo tych mamy w parafii bardzo wiele. Na pewno nic z tego, co otrzymaliśmy się nie zmarnuje. Samo Boże Narodzenie przeszło w Manaus bardzo szybko, mamy tutaj tylko jeden dzień świąt. Oczywiście świętowane na tutejszy sposób pełne było potwornego hałasu. No cóż, ten lud już taki jest. Dobrze świętować to znaczy jak najgłośniej. Dzień po tutejszym Bożym Narodzeniu, a według polskiego sposobu liczenia świętego czasu w drugi dzień świąt, odbyła się w Manaus uroczysta celebracja Mszy Świętej na Largo de Sao Sebastiao, czyli na placu przed słynną operą amazońską. Podczas tej Mszy Świętej zaprezentowano zgromadzonym wiernym obraz Matki Bożej Amazońskiej, który będzie umieszczony w planowanym amazońskim sanktuarium maryjnym. Obraz i sanktuarium mają już swoją ciekawą historię. Są odpowiedzią na cięgle rosnący kult maryjny wśród ludu amazońskiego. Przyszła świątynia maryjna mieścić się będzie w dzielnicy miasta bardzo eleganckiej, na tak zwanej Ponta Negra, gdzie swoje mieszkania, domy i osiedla mają najbogatsi obywatele naszego miasta. Jest to też teren najbardziej zielony, gdzie dżungla w wielu miejscach pozostała nietknięta. Do tej pory cała dzielnica była praktycznie bez asystencji pastoralnej Kościoła Katolickiego. Było ogromnie trudno kupić jakiś kawałek ziemi, aby tam wybudować jakąś kaplicę i wokół niej stworzyć duszpasterstwo. To sprawiło, że powstało tu wiele kościołów protestanckich, one są zawsze jakoś szybsze od nas. Aż tu nagle pewna pobożna katolicka rodzina ofiarowała Kościołowi teren, który okazał się wyśmienity na budowę sanktuarium. Są już jego plany, dosyć śmiałe, przynajmniej ja mam takie wrażenie. Wszystko też ma się dokonać w zgodzie z wszelkimi rygorami i zasadami ekologii. W opisach tej świątyni używa się często, co jest ogromnie tutaj modne, słowa autosustentavel, co pewnie znaczyłoby samowystarczalny, samoutrzymujący się. Nie bardzo rozumiem jednak jak w praktyce to wszystko miałoby znaczyć. Przecież nie będzie to budowla z liści palmowych, gliny i gałęzi. Ma w tym sanktuarium królować natura, cisza i harmonia. Wszystko zaś po to, aby każdemu wiernemu przybywającemu do tej świątyni łatwiej było usłyszeć w swoim sercu głos Pana Boga. W tym to właśnie kościele ma być umieszczony obraz Matki Bożej Amazońskiej. ![]() Jego powstanie poprzedzone zostało specjalnym konkursem. Wielu lokalnych i pochodzących spoza stanu Amazonas artystów konkurowało ze sobą. Ostatecznie zwyciężyła praca lokalnej artystki Lary Denys. Kulisy powstania obrazu są bardzo ciekawe, obfitują w prawdziwe doświadczenia i przygody duchowe. Mniej więcej rok temu Lara uczestniczyła we Mszy Świętej w kościele św. Sebastiana. W momencie ofertorium zdała sobie sprawę, że nie posiada przy sobie żadnych pieniędzy, bo zapomniała zabrać ze sobą portfel. Uklękła wówczas i ofiarowała Bogu swój talent. Nie wiedziała, że ten moment będzie aż tak bardzo ważnym w jej życiu. Jakiś czas potem usłyszała w kościele ogłoszenie o konkursie na obraz Matki Bożej Amazońskiej, które głośno zabrzmiało w jej uszach i wielokrotnie powracało do jej świadomości. Na początku wzbraniała się przed wzięciem w nim udziału. Nie czuła się na siłach, uważała się za niegodną stworzenia portretu Matki Bożej. Pytała się sama siebie „Jak zdołam sportretować Tę, której nigdy nie widziałam i w Której obliczu Amazonia będzie się mogła rozpoznać?”. Namawiana przez rodziców i ponaglana Bożymi natchnieniami, przecież ofiarowała Bogu swoje umiejętności, studiowała z uwagą mariologię, sztukę sakralną, zwłaszcza tę przedstawiającą postacie Maryi oraz fizjonomie amazońskich caboclos. Caboclos są ludźmi charakterystycznymi dla Amazonii. Łączą w sobie wszelkie rasy ludzkie jakie żyły w Amazonii. Zainteresowały ją stroje indiańskie i sposoby, w jakie Indianki trzymają swoje dzieci. Poszukiwała też wśród flory amazońskiej wyraźnych i mocnych symboli. Ostatecznie powstał obraz cyfrowy Matki Bożej Amazońskiej. Jest on na pewno bardzo śliczny. Przedstawia Maryję z Jezusem, ubraną w suknię z elementami wzornictwa indiańskiego, stojącą na liściu Królowej Wiktorii. Roślina ta w symbolice tutejszej jest uosobieniem wszelkich cech matczynych, które mają głębokie znaczenie symboliczne. Na przykład rośnie tam, gdzie inne rośliny żyć nie mogą. Ona jakby przywraca życie ziemi nieurodzajnej. Kwitnie w ciemnościach rozświetlając je pięknem swoich kwiatów. Twarze Maryi i Jezusa posiadają wyraźne rysy indiańskie i caboclos. Jest to bezsprzecznie Matka Boża Amazońska. Larisa Denys powiedziała, że proces tworzenia obrazu był dla niej czasem żarliwej modlitwy, refleksji i głębokiego przeżywania Boga i Jego obecności w jej życiu. Możemy więc powiedzieć, że obraz Matki Bożej jest swoistą cyfrową ikoną. Ufajmy też, że w naszym maryjnym sanktuarium będzie on otoczony należytą czcią amazońskiego ludu. Dom Luis, arcybiskup Manaus, w swoim kazaniu wygłoszonym podczas Mszy Świętej połączonej z zaprezentowaniem obrazu Matki Bożej Amazońskiej, raz jeszcze wyjaśniał na czym polega kult maryjny w naszym Kościele. Niestety, po dzień dzisiejszy protestanci dostają szału, jeśli chodzi o Matkę Bożą i często używają kultu maryjnego jako argumentu na nasze pobłądzenie i niewierność Bogu. Stąd taka homilia o właściwym i poprawnym teologicznie kulcie Maryi na pewno była potrzebna. Mówił też o tym, co może zrodzić ten kult w naszym życiu, jak wiele zmienić i jak nam pomóc. Bardzo na te zmiany i na pomoc amazoński prosty lud oczekuje. Od wczoraj w sposób szczególny za tym ludem oręduje Matka Boża Amazońska.
piątek, 23 grudnia 2011
Ciągle jeszcze pamiętam polski Adwent! Pozostaje niezmiennie w mojej pamięci jako refleksyjny, głęboki, z nutą tęsknoty i wielką nadzieją na spotkanie z przychodzącym w Bożym Narodzeniu Jezusem. Jest to po prostu duchowo bardzo piękny i dobry czas. Trochę też tej urody mamy i tutaj. W Brazylii Adwent jest wykorzystywany na realizację kolejnej kampanii, tym razem nazywanej Campanha para Evangelização, czyli Kampania dla Ewangelizacji. To z jednej strony lekkie powtórzenie misyjnego października ze zwróceniem naszej uwagi na to, że my, katolicy, tak bardzo się gubimy w tym świecie, że nieustannie potrzebujemy ewangelizacji. Potrzebujemy ewangelicznego odrodzenia, odświeżenia i ożywienia. Już same święta o tym dowodzą. Na pierwszy plan, już do pierwszych dni listopada, wysuwa się handel ze swymi tandetami. Sukcesem tej ekonomicznej machiny jest to, że każdemu, chyba dosłownie każdemu, udało się wmówić, że musi kupić na Święta swój prezent i ozdoby. Efekt jest taki, że już i tak zadłużeni ludzie popadają w jeszcze większe długi, tym razem świąteczne, które będą się starali spłacić do kolejnego ekonomicznie gorącego czasu. Ogromnie mnie zawsze denerwują doniesienia prasowe o planowanych obrotach w handlu i o spodziewanych zyskach. Tak, jakby tylko to w Świętach było najważniejsze. Wydaje się, że spotkanie w Grodnie rodziny, wspólne przeżycie Świąt, pójście do kościoła, modlitwa, lektura i refleksja nad Pismem Świętym nie ma wielkiego znaczenia. Stąd taka Campanha para Evangelizaçaõ jest ogromnie w Brazylii potrzebna. Jednym z ciekawych narzędzi adwentowych i jednocześnie kampanii jest rodzinna nowenna bożonarodzeniowa. Pewnie najpoprawniej byłoby ją odprawiać w kolejne, ostanie dziewięć dni Adwentu. Jednak w naszej parafii robimy to już dużo wcześniej i częściej, niż tylko dziewięć razy. Odbywa się to mniej więcej tak, że najpierw tworzy się grupy parafian, którzy uzbrojeni w Biblię i materiały do nowenny, będą w czasie Adwentu odwiedzać różne domy. Te domy do odwiedzenia są wybierane w dwojaki sposób. Część ludzi nas zaprasza, nawet są takie tradycyjne miejsca owych nowenn, gdzie rodzina zjeżdża się z daleka i z wielkim pietyzmem w nowennie uczestnicy. Są też i takie domy, do których się wpraszamy sami, chcąc przez to w prawdziwy sposób realizować ewangelizacyjny wymiar naszej adwentowej kampanii. Sama nowenna składa się w swojej podstawowej wersji z dziewięciu spotkań, które z kolei złożone są z krótkiej modlitwy wstępnej, jakieś historii ilustrującej wybrany do refleksji temat, lektury fragmentu ewangelii, refleksji, momentu dzielenia się i tzw. gestu konkretnego. Całość kończy się modlitwą za rodzinę. Ów gest konkretny to na przykład danie przebaczenia, proszenie o nie, pomoc biednym, oddanie krwi, odwiedzenie samotnych, walka z nałogiem, modlitwa w rodzinie, lektura Pisma Świętego, spowiedź święta. Niby nic nowego, ale zawsze coś, co mobilizuje ludzi do działania i duchowego wysiłku. Temat główny tegorocznej kampanii jest: ”On przyszedł uleczyć nasze choroby”. W języku portugalskim słowo choroba jest w tym haśle oddane za pomocą słowa „mal”, co może oznaczać chorobę właśnie, ale też i zło, czy też grzechy, słabości. W takim też właśnie sensie przyjście Chrystusa na ziemię mamy rozumieć. On przychodzi, aby nas uleczyć ze wszelkich naszych chorób i słabości. Zawsze są jakieś zaskakujące owoce tych ewangelizacyjnych odwiedzin. W świetle Kampanii na rzecz Ewangelizacji ciekawie wyglądają dane, którymi podzielił się ze mną ksiądz Artur Karbowy. Otóż według tychże informacji każdego dnia na świecie 34 tysiące osób staje się członkami Kościoła Katolickiego. Dane zostały opublikowane w dorocznym raporcie „Sytuacja światowej misji”. Według raportu obecnie na świecie jest miliard i 160 milionów katolików. Wiadomość została opublikowana przez agencję Analisis Digital. Raport stwierdza, że 2 miliardy z 7 miliardów osób żyjących na świecie nigdy nie słyszało przesłania Ewangelii. 2 miliardy i 680 milionów osób słyszało o Jezusie, lub znają go połowicznie, i nie są chrześcijanami. Raport podkreśla, że „mimo faktu, że Jezus Chrystus założył jeden Kościół, tuż przed swoją śmiercią, modlił się aby „wszyscy stanowili jedno”, dziś istnieje wiele wyznań chrześcijańskich: było ich 1600 na początku XX wieku i w 2011 jest ich 42 tysiące”. Kościoły protestanckie bazujące na Pięćdziesiątnicy mają 612 milionów wiernych i każdego dnia wzbogacają się o 37 tysięcy nowych wyznawców. Tradycyjnych protestantów jest 462 miliony i każdego dnia przybywa im 20 tysięcy wiernych. Kościoły prawosławne mają 271 milionów wyznawców i każdego dnia przybywa im 5 tysięcy wyznawców. Tych co raport nazywa „chrześcijanami na pobrzeżu” (Świadków Jehowy, Mormonów, tych co nie uznają bóstwa Jezusa lub Trójcy Świętej) jest 35 milionów i każdego dnia przybywa im 2 tysiące wyznawców. „Najprostszym sposobem wzrostu wiernych jest posiadanie wielu dzieci i przyłączanie ich do swojej tradycji religijnej. Nawrócenie jest rzadkie, jednak każdego roku występuje u milionów osób, najczęściej jeden z małżonków przyjmuje wiarę drugiego”. W 2011 roku chrześcijanie wszystkich wyznań wprowadzili w obieg 71 milionów egzemplarzy Pisma Świętego na świecie. Każdego roku 409 tysięcy chrześcijan opuszcza swój rodzinny kraj aby ewangelizować w innym kraju.
czwartek, 01 grudnia 2011
Ostatnio bardzo się zaniedbałem w przekazywaniu wiadomości o naszej parafii, co niektórzy czytelnicy zaraz mi wytknęli domagając się natychmiastowej poprawy. Mieliśmy na początku listopada wprowadzenie w parafii ruchu który nazywa się Encontro Casais com Cristo (ECC), czyli Spotkanie Małżeństw z Chrystusem. Wkrótce na pewno napiszę o nim dużo więcej, bo bez wątpienia na to zasługuje. Jest bowiem ciekawym i chyba ogromnie skutecznym narzędziem w pracy pastoralnej wspomagającym duszpasterstwo małżeństw. Było z tym sporo pracy, bo, według zasad ECC przestrzeganych z przesadną pilnością, proboszcz parafii w której ma być wprowadzone ECC, sam musi je przeżyć. Zrobiłem moje ECC w jednej z parafii w centrum miasta, co dało mi swoiste doświadczenie duszpasterskie. Potem było wiele spotkań przygotowujących, pokonaliśmy cały szereg trudności i rzecz się szczęśliwie, z Bożym błogosławieństwem dokonała. Spotkanie Małżeństw z Chrystusem może działać w naszej parafii! Potem mieliśmy bierzmowanie. Tym razem był u nas sam ksiądz arcybiskup Luis Soares, który bardzo jest przez wszystkich lubiany. Niestety, grupa do bierzmowania nie była za wielka, bo zaledwie czterdzieści osób. Z roku na rok jest tych kandydatów do bierzmowania mniej, ale powody tego, odważę się to stwierdzić, są raczej pozytywne. Pierwszym byłaby uważniejsza katecheza. Mamy coraz lepiej przygotowanych katechetów, a co za tym idzie sito, przez jakie przechodzą kandydaci do sakramentów jest stosowane z coraz większą odpowiedzialnością. Kiedyś może było więcej do bierzmowania, nawet były to wręcz masy ludzkie, ale zaraz po bierzmowaniu z tych tłumów prawie nikt w Kościele nie zostawał. To dowodzi, że w większości przyjęli oni ten sakrament powierzchownie, może nawet świętokradzko. Drugim powodem jest transformacja modelu katechezy w naszej diecezji. Otóż wprowadzamy katechezę katechumenalną, która oczywiście nie dodaje żadnych nowości doktrynalnych, ale zmienia zupełnie nasze pastoralne, często niepoprawne nawyki i mentalność. W katechezie tej istotną rolę odgrywa zaangażowanie katechizowanego w życie wspólnoty. Tu nie mówi się o latach, kursach, cyklach, ale o życiu we wspólnocie wiary, którego intensywność także decydować będzie o dopuszczeniu kandydatów do sakramentów. Na przykład we wspólnocie Chrystusa Króla było 20 osób do bierzmowania. Po otrzymaniu sakramentu na kontynuacji katechezy i na mszy niedzielnej pojawiło się zaledwie 9 osób. Oznacza to, że tak naprawdę tylko ta dziewiątka powinna była otrzymać bierzmowanie. Drastyczny może jest to wniosek, ale pastoralnie konieczny. Pozostali nie byli jeszcze do otrzymania sakramentu przygotowani. Zbędnie jest już wyjaśniać, że wszyscy z tej wiernej dziewiątki są zaangażowani w jakieś formy pracy duszpasterskiej we wspólnocie. Listopad to w naszej parafii miesiąc wyjątkowy ze względu na wielki odpust parafialny. Również i on jest w fazie wielkich przemian. Celem ich jest rozwinięcie bardziej strony duchowej odpustu i zreformowanie tego wszystkiego, co jest już tylko materialną otoczką naszego świętowania. Wcześniej było zupełnie odwrotnie. W kościele nie było prawie nikogo, na części poza kościołem niepoliczone tłumy. Chociaż jeszcze nie udało się nam codziennie, podczas naszej odpustowej nowenny, kościoła zapełnić, to zmiany na lepsze były oczywiste. Z drugiej strony nie chcemy tylko pełnego kościoła, chcemy ludzi duchowo przeżywających nasz odpust ku czci Chrystusa Króla. Na to pewnie jeszcze wiele lat trzeba będzie pracować. W Brazylii grudzień to także koniec roku katechetycznego. Stąd częste Pierwsze Komunie, niektóre już realizowane w listopadzie, jak to się stało w przypadku naszych dwóch wspólnot parafialnych: Matki Bożej Różańcowej i Dobrego Pasterza. Przyznam, że zwłaszcza ta w Matce Bożej Różańcowej bardzo mi się podobała. Panowała atmosfera rzeczywiście eucharystyczna. Wspólnota ta jest najbiedniejsza, a jednocześnie najprostsza. To dowodzi, że najprostszą drogą najszybciej dochodzi się do Pana Boga.
wtorek, 18 października 2011
Wrzesień to w całej Ameryce Łacińskiej i na Karaibach miesiąc w szczególny sposób poświęcony Biblii. Takie przeżywanie września po biblijnemu zaczęło się w 1971 roku w Bello Horizonte. Potem rozpowszechniło się w całej Brazylii. Doszło nawet do tego, że 1985 roku księża biskupi z Ameryki Łacińskiej zaadoptowali to narzędzie duszpaterskie we wszystkich krajach Południowej i Centralnej Ameryki. Oczywiście nie oznacza to, że po Biblię sięgamy tylko we wrześniu. Trzeba powiedzieć, że katolicy brazylijscy są bardzo rozkochani w Biblii. Może ma tu pewien wpływ obecność ewangelików pentekostalnych, którzy bez swojej Biblii nigdzie się nie ruszają, czytają ją wszędzie: w pracy, w autobusie – co jest swoistym heroizmem, zważywszy na jakość tutejszego transportu publicznego, paradują po ulicach z gigantycznych rozmiarów Biblią pod pachą. Sprawia to, że katolicy czują się z jednej stroni zażenowani swoją niewielką wiedzą o Biblii, co ja uważam za przeświadczenie bardzo pozorne. Bo to, że ewangelicy potrafią recytować wyuczone na pamięć fragmenty biblijnych ksiąg jeszcze nie oznacza, że Biblię znają. Ich znajomość Pisma Świętego jest bardziej nakierowana na mieszanie katolikom w głowach i duszach, niż na ukochanie Biblii i życie Słowem Bożym. Z drugiej zaś strony sytuacja ta sprawia, że wielu katolików czuje się zmotywowana do częstej, wręcz codziennej, albo nawet wielokrotnie w ciągu dnia czynionej lektury. Z rozmów z moimi parafianami wiele razy już o tym się przekonałem. Każdego roku mamy „zadaną” jedną księgę do uważnego jej studiowania. Tym razem była Księga Wyjścia. Wszystko zaś upływać miało pod hasłem: „Zbliżcie się do Pana”. Kościół Brazylii w zeszłym roku ogłosił niezwykłą kampanię związaną właśnie z Biblią. Nosi ona oficjalną nazwę: „1 milion Biblii”. Akcja ta została spopularyzowana pod następującymi hasłami: „Idźcie i nauczajcie wszystkie narody udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego (Mt 28,19)” oraz „Uczniowie i słudzy Słowa Bożego”. Głównym sponsorem kampanii jest bardzo dobrze znana w Polsce niemiecka organizacja charytatywna Kirche in Not. Celem projektu nie jest tylko obdarowanie Biblią tych katolików, którzy być może z powodu gorszej sytuacji finansowej nie są w stanie nabyć własnego egzemplarza Biblii. Chodzi tu o zakrojoną na wielką skalę promocję Biblii. Ma byś ona czytana, znana, kochana i praktykowana. Jak to działa w praktyce? Bardzo prosto. Robi się projekt, w którym prosi się o określoną liczbę egzemplarzy Pisma Świętego dla parafii i jednocześnie organizuje się koła i szkoły biblijne, formacje o Biblii itd. W naszej parafii mieliśmy kilka konkursów o Biblii w poszczególnych wspólnotach, co spowodowało wielką rywalizację pomiędzy duszpasterstwami i ruchami. Oczywiście najlepsi zostali nagrodzeni bardzo cennymi, biblijnymi nagrodami. Tegoroczny wrzesień miał jeszcze jedno, ogromnie istotne dla brazylijskiego Kościoła zdarzenie. 18 września na Campo de Marte w Sao Paulo, miejscu gdzie w 2007 roku papież Benedykt XVI kanonizował pierwszego w pełni brazylijskiego świętego Frei Galvao, po raz kolejny zgromadziły się tłumy katolików, zwłaszcza młodzieży. Dokonało się tam uroczyste przejęcie przez Brazylijczyków krzyża misyjnego i ikony Matki Bożej, które towarzyszą Światowym Dniom Młodzieży. Z tej to właśnie okazji Dom Odilo, ksiądz kardynał i arcybiskup Sao Paulo wypowiedział się tak o nawiedzającym Brazylię krzyżu: „Brazylia otrzymuje czułą miłość Boga. Nasi młodzi i nasz Kościół dostaną wiele bardzo szczególnych łask Bożych w tym czasie przygotowań do światowego spotkania młodzieży w Rio w 2013 roku. Będzie to czas bardzo pomyślny, z tęsknotą oczekiwany, aby zaangażować nowe pokolenia w życie i misję Kościoła.” Mam tę nadzieję, że nasza parafia też w ten sposób czas przygotowania do Rio 2013 przeżyje.
środa, 21 września 2011
Ostatni weekend sierpnia to w naszej parafialnej Wspólnocie Chrystusa Króla moment rekolekcyjny. Mamy już pewne doświadczenie odnośnie rekolekcji organizowanych dla naszych parafian. Najpierw zabieraliśmy ogromne grupy do lasu, aby w jakimś miejscu w pobliżu Manaus, będąc odizolowani nieco od świata i od codzienności, oddać się refleksji rekolekcyjnej. Jednak duże grupy, 200- 300 osób, nie sprawdziły się. Zbyt dużo było problemów z myciem, zapewnieniem jedzenia i miejsc do spania dla takiej liczby osób przy jednoczesnym utrzymaniu dyscypliny, skupienia i ciszy. Powoli też „uczyliśmy się Brazylijczyków”. Na przykład próbowaliśmy nauczyć ich ciszy, co chyba zakończyło się kompletnym fiaskiem. Pamiętam, że dwa lata temu do rekolekcji przygotowywaliśmy nasz lud krótkimi spotkaniami, mini formacjami i wyjaśnieniami. Wówczas poświęciliśmy je adoracji Najświętszego Sakramentu. Dla Brazylijczyka adorować Najświętszy Sakrament oznacza cały czas do Niego coś krzyczeć – śpiewać, wykrzykiwać jakieś modlitwy. To mniej więcej wygląda tak, jakby ludzie adorujący Najświętszy Sakrament założyli ze stu procentową pewnością, że Pan Jezus jest bardzo głuchy i żeby coś usłyszał, to trzeba krzyczeć. Kiedy mówiliśmy im o ciszy adoracyjnej, to słuchali nas nic zupełnie nie rozumiejąc. Nauczyliśmy się wówczas, że nasze duchowości są bardzo różne, że pewnych rzeczy nie da się wyjaśnić, ewentualnie tylko pokazać. Może zasmakują i polubią. Stąd też podczas tych eucharystycznych rekolekcji miała być adoracja i po pewnym czasie pobożnych krzyków miała zapaść adoracyjna cisza aż do północy. Pamiętam, że odpowiedzialną za to przejście miała być prowadząca całą tę modlitwę. Kiedy wszyscy mieli już zamilknąć i oddać się adoracji, ta przez godzinę jeszcze mówiła o ciszy w adoracji, bojąc się jakby skończyć i zamilknąć. Ja w tym czasie spowiadałem ludzi w mroku przed namiotem, gdzie odbywało się nasze spotkanie. W końcu udało mi się do niej dostać i położyć kres temu mówieniu o milczeniu. Efekt był niesamowicie poruszający, bo oto nagle zapadła cisza i Najświętszy Sakrament błyszczał silnie w otaczającym nas dookoła mroku. Wówczas dopiero dało się zobaczyć, Kto tu taj jest najprawdziwszym Panem. Widziałem, że wielu ludzi zostało autentycznie pochłoniętych przez adorację. Myślę, że wówczas chociaż kilka osób ją pokochało. Tegoroczne rekolekcje odbywały się natomiast na temat: „Fałszywe doktryny”. Z jednej strony chciałem wykorzystać ponad roczne już doświadczenie księdza Jarosława w posługiwaniu jako egzorcysta. Z drugie zaś zostałem ponaglony do tego makabrycznymi odkryciami, jakie poczyniliśmy z księdzem Jarkiem. Otóż okazało się, że dla naszego ludu, skądinąd bardzo pobożnego i kochającego Matkę Bożą i Pana Jezusa, nie jest najmniejszym problemem uczęszczanie salonów macumby, candoble, batuque czy angażowanie się w spirytyzm. Macumba, candomble i batuque to mieszanka wierzeń Murzynów i elementów zawłaszczonych z religii chrześcijańskiej. Generalnie jest to satanizm. Bo nie wolno się w tym przypadku bawić w eufemizmy. Nasi ludzi, jak się okazało, potrafią tam chodzić, aby prosić o zdrowie, pieniądze, pracę, powodzenie w miłości, wierność męża… Robią czary przeciwko osobom, których nie lubią. Wyraźnie przy tym widać, że szatan, jeśli coś daję, to dużo więcej zabiera. Stąd ci ludzie w końcu szukają pomocy u księdza Jarka. Niestety, szkody z tych praktyk są często bardzo trudno odwracalne. Stąd właśnie idea rekolekcji. Aby ludzie w końcu wiedzieli, raz na zawsze, bez najmniejszej wątpliwości, że szukają pomocy u szatana. Rekolekcje zostały przeprowadzone dla wybranej grupy osób, właściwie to prawie dla samych animatorów i koordynatorów poszczególnych duszpasterstw i grup. Oczywiście, z szefostwem wspólnoty Chrystusa Króla na czele. Do pomocy zostali zaproszeni misjonarze z misyjnej wspólnoty „Setenta vezes Sete”, co oznacza siedemdziesiąt razy siedem. Jest to dosyć aktywna ewangelizacyjnie wspólnota misjonarzy z południa Brazylii. Oczywiście, główne konferencje wygłosił ksiądz Jarosław, a pełne one były przykładami z życia wziętymi, co nadawało wypowiedziom wyjątkowej mocy i dosadności. Były też świadectwa osób, które wpadły w opętanie z powodu batuque czy candomble, a potem przez lata z tego powodu okrutnie cierpiały. Jeszcze raz powtórzę: szatan niekiedy nawet coś da człowiekowi, ale zabiera dużo więcej, a może nawet wszystko! Oczywiście na rekolekcji było też bardzo dużo modlitwy, zwłaszcza do Bożego Miłosierdzia. Nigdy nie tracimy żadnej okazji, aby propagować tę pobożność. No i oczywiście adoracja Najświętszego Sakramentu. Nie mogło jej zabraknąć, trwała całą noc i odbywała się w zupełnej ciszy, co tym razem już nikomu nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, okazało się, że wielu, bardzo wielu umiało trwać nieprzerwanie przy Jezusie.
sobota, 06 sierpnia 2011
Manaus, 6. 08. 2011. Już prawie miesiąc upłynął, jak wyleciałem z Polski. Pobyt w Kraju był dla mnie i tym razem czymś cudownym. Bardzo wdzięczny jestem tym parafiom i księżom proboszczom, którzy mnie ogromnie gościnnie przyjęli. Bardzo też dziękuję za wszystkie spotkania, wspólne modlitwy, wszelkie serdeczności. Ufam, że sprostam pokładanym we mnie misyjnym oczekiwaniom, oczywiście z pomocą Bożą i dzięki modlitwom wielu przyjaciół misji w ogóle i w szczególności naszej parafii. Bóg zapłać serdeczne za wszystko! Na lotnisku czekał na mnie ksiądz Jarosław, chudy bardzo i wymęczony. Jakoś ten czas wypełniony podwójnymi obowiązkami nie był dla niego najłatwiejszy. No, ale w przyszłym roku będzie jego kolej na urlopowanie. W Manaus zaś zastałem pełno słońca i niewyobrażalny upał. Sam nie wiem, czy to pobyt w Polsce sprawił, że nieco od upału odwykłem, czy też jest on teraz jakby bardziej dokuczliwy. Zaczyna się pora sucha, a więc mniej deszczowa. Rzeki powoli będą opadać, co z czasem spowoduje wielkie, coroczne kłopoty komunikacyjne. Jeśli chodzi o amazońskie urokliwe rzeki, to ostatnio zszokowała mnie decyzja najwyższego sądu stanowego o anulowaniu uznania za dziedzictwo narodowe Spotkania Wód. O co tu chodzi? To jest już konflikt dosyć stary, jednak o ogromnych konsekwencjach dla Manaus, Amazonki i nawet wręcz dla całego świata. Według brazylijskiej geografii Amazonka powstaje ze spotkania się dwóch rzek – Rio Negro, która ma wody ciemne i przejrzyste, oraz Rio Solimoes, która ma wody jasne, pełne organicznych zabrudzeń. Jak się te dwie rzeki spotykają, to przez kilkanaście kilometrów płyną obok siebie i ich wody się nie mieszają. Tworzy to ogromnie ciekawe zjawisko, które codziennie tysiące turystów podziwia, fotografuje i filmuje. Ci turyści do Manaus przyjeżdżają głównie, aby podziwiać Spotkanie Wód. Tymczasem pewna firma uparła się, że właśnie tam zbuduje swój gigantycznych rozmiarów port przeładunkowy. Oznacza to, że cud natury, który jest prawdziwą kurą znoszącą złote jajka, zostanie zniszczony. Nie wiem, czy wielu turystów będzie chciało przyjeżdżać na koniec świata i oglądać statki morskie, kontenery i dźwigi. Może się znajdą jacyś amatorzy takiego kolażu, ale raczej w to wątpię. Nie rozumiem głupoty ludzi, którzy uparli się, aby zniszczyć coś tak pięknego, jak Spotkanie Wód. Może dla tego głupota powinna być uznana za grzech ciężki, bo przynosi aż tak wielkie szkody i powoduje ludzkie tragedie. Konflikt związany z Encontro das Aguas jest o wiele głębszy, niż utrata turystycznej cudowności, i amazoński Kościół Katolicki od lat włącza się we wszelkie protesty przeciw budowie portu. Wraz z nią przestanie istnieć jedna z najśliczniejszych i jednocześnie najbiedniejszych peryferyjnych dzielnic Manaus – Colonia Antonio Aleixo. Port potrzebuje terenów należących kiedyś do mieszkających tam biedaków i bez najmniejszego wahania zostaną oni stamtąd usunięci. Chodzi o byt kilkunastu tysięcy ludzi, którzy nie mają gdzie pójść. Swoją drogą, nikt nie potrafi wyjaśnić jak to się stało, że firma od budowy portu nagle stała się właścicielem całej prawie dzielnicy miasta. Teraz Polska cała pielgrzymuje na Jasną Górę. Łączę się duchowo z moją chojnicką grupą pielgrzymkową. Mam nadzieję, że pamiętają o mnie i się czasami za mnie pomodlą. Ja każdego dnia przypominam sobie trasę, miejsce noclegu grupy, trudności i radości. Tyle czasu już minęło, odkąd po raz ostatni z tą grupą pielgrzymowałem, ale kiedy przychodzi sierpień, to moje serce też z Polską całą pielgrzymuje. Urlop w Polsce spędzam w wielu parafiach z którymi jestem zaprzyjaźniony. Wszędzie widzę znaki upamiętniające obchody uroczystego dziękczynienia za beatyfikację Ojca Świętego Jana Pawła II. Pomniki Papieża udekorowane flagami papieskimi i polskimi, kwiaty, znicze, wielkie i małe plakaty, banery, hasła przypominające najsławniejsze i jednocześnie najważniejsze fragmenty Jego nauczania. Wiele kościołów ma już ołtarze zadededykowane nowemu błogosławionemu. Niektórzy, oprócz celebracji liturgicznych, mieli koncerty, akademie, festyny, przedstawienia teatralne i wielkie, artystycznie poczynione układanie papieskiego herbu. Był on gigantycznych rozmiarów. Układano go z kwiatów lub zniczy w odpowiednich kolorach. To pięknie, że Polacy z taką pomysłowością, uwagą i pobożnością umieją za beatyfikację Papieża Jana Pawła II dziękować. Dziękczynienie jest często jakby pomijane, a przecież ono jest najważniejsze w naszej postawie przed Panem Bogiem. Oczywiście aspekt duchowy niezmiennie pozostawał zachowany na pierwszym planie w tych wszelakich pomysłach na dziękczynienie Bogu za beatyfikację Naszego Papieża. Tutaj chciałbym z dumą napisać o naszych manaueńskich dziękczynieniach za beatyfikację Ojca Świętego, które szczęśliwie zbiegły się za naszą wielką festą Miłosierdzia Bożego. Szczęśliwie dla nas, może mniej szczęśliwie dla zaprzyjaźnionej parafii pallotynów z centrum miasta. Pozostaliśmy bowiem u nas, nie jechaliśmy na obchody święta Bożego Miłosierdzia do parafii Nossa Senhora da Gloria. Już z ogromnym wyprzedzeniem rozpoczęliśmy przygotowania do tego dziękczynienia za beatyfikację w naszej parafii Chrystusa Króla. Spontanicznie wyłoniła się spośród parafian bardziej zaangażowanych w życie parafii grupa koordynująca przygotowania w poszczególnych wspólnotach, czyli naszych parafialnych kaplicach. Podzielono obowiązki. Przygotowano specjalny, nasz parafialny mini baner, który zawierał wizerunek Jezusa Miłosiernego, Ojca Świętego i siostry Faustyny oraz napis o Święcie Miłosierdzia i beatyfikacji oraz prośba: „Błogosławiony Janie Pawle II módl się za nami!”. Chcieliśmy go ofiarować każdemu uczestnikowi naszych obchodów dziękczynienia, a zwłaszcza rodzinom. Wielkim naszym pragnieniem jest, aby błogosławiony Jan Paweł II błogosławił naszym rodzinom i aby one poprzez niego w szczególny sposób kierowały się do Boga, Miłosiernego Ojca. Nie bardzo wiedzieliśmy, ile osób mogłoby przyjść, program bowiem był bardzo napięty, trwający od 14.30 do 19, czyli do wieczornej Mszy Świętej. Przygotowaliśmy się więc na mniej więcej tysiąc osób, co początkowo wydawało się bardzo śmiałym oczekiwaniem. Obchody zaczęliśmy od wyjaśnienia i przypomnienia kilku podstawowych prawd o Miłosierdziu Bożych skierowanych do niewielkiej jeszcze grupy osób. Na szczęście co chwila ktoś się dołączał. Tuż przed piętnastą odbyła się uroczysta procesja z obrazami Jezu Ufam Tobie i Matki Bożej Różańcowej oraz portretami błogosławionego już Ojca Świętego i Siostry Faustyny. Zaczęliśmy odmawiać koronkę do Bożego Miłosierdzia, potem były czytane fragmenty z Dzienniczka Siostry Faustyny. Po części modlitewnej miał miejsce film o Papieżu, który pośrednio wzbudził wielkie zainteresowanie Polską. Były też pytania o naszych polskich świętych i błogosławionych. Jeden pan pytał, czy błogosławionych Jan Paweł II to nasz pierwszy polski błogosławionych. Brazylia ma w tej chwili oryginalnie brazylijskich, w pełnym tego słowa znaczeniu, zaledwie dwóch świętych i kilku błogosławionych. Kiedy mu odpowiedziałem, że mamy ponad dwustu pięćdziesięciu, to był ogromnie tą liczbą zdumiony. Po filmie młodzież zaprezentowała inscenizację opowiadającą o zżyciu się błogosławionego Jana Pawła II z młodymi, o jego nauczaniu kierowanym do młodych z obszernymi, świetnie dobranymi fragmentami homilii i rozmyślań skierowanych do młodych. O osiemnastej poszczególne wspólnoty stawiły się w komplecie przed ołtarzem, aby odmówić różaniec misyjny. Wszystko zakończyła uroczysta Msza Święta, gdzie wspólnie, raz jeszcze dziękowaliśmy Bogu za beatyfikację Jana Pawła II. Wielkim hitem muzycznym okazała się piosenka śpiewana przez nasz zespół na koniec Mszy Świętej o Papieżu Pielgrzymie. Była ona bardzo wzruszająca. Na koniec obchodów mieliśmy jeszcze dla wszystkich uczestników uroczystości, oprócz wspomnianej pamiątki z beatyfikacji, skromny poczęstunek, w postaci hot-dogów i napojów gazowanych. Właśnie skończyło się kolejne wakacyjne spotkanie misjonarzy przebywających na urlopach w Kraju. Jest ono zawsze ze wszech miar wyjątkowe. Zjeżdżają się starsi i młodsi, na swoje pierwsze urlopy i na kolejne. Jedni schorowani, inni tryskający zdrowiem, z najróżniejszych diecezji, zakonów i krajów. Tym razem Brazylia się nie popisała, bo z tego przeolbrzymiego przecież kraju, gdzie pracuje bardzo dużo polskich misjonarzy, było nas zaledwie trzech. Zgłoszonych było nieco więcej, ale nie dojechali. Formuła spotkania jak zawsze składała się z Mszy świętych, modlitw, konferencji ascetycznych, wykładów i spotkań. W pierwszej Mszy modliliśmy się za misjonarzy, który w minionym roku odeszli do Pana. Wspomniani zostali: ks. Janusz Górski z Lama Tessi w Togo; zamordowany w wieku 45 lat ojciec Mirosław Karczewski z Santo Domingo de los Colorados w Sierra Leone; zamordowany ks. Marek Rybiński z Manouba w Tunezji w wieku 34 lat; nasz amazoński ksiądz biskup Augustyn Januszewicz z Jurua oraz ksiądz Andrzej Dudzik z Makeni w Sierra Leone, który zmarł zaledwie po sześciu tygodniach swego pobytu na misjach z powodu malarii mózgowej. Polski świat misyjny boleśnie odczuł jeszcze jedną stratę, a mianowicie śmierć siostry Kingi Kozdrój, która wprawdzie misjonarką bezpośrednio nie była, ale całe swoje życie poświęciła animacji misyjnej, co stawia ją na przedzie, wśród najgorliwszych misjonarzy. Bardzo potrzeba misjom takich animatorów i promotorów idei misyjnej! Oby było ich jak najwięcej! Odwiedził nas Nuncjusz Apostolski ksiądz arcybiskup Celestino Migliore, który sprawował Mszę i kazanie wygłosił po polsku. Jest od września minionego roku w Polsce i można raczej go podziwiać za znajomość naszego języka. W chwilach wahań i lekkich pauz spotykał się z naszym całkowitym zrozumieniem. Każdy z uczestników Mszy doskonale pamięta swoje własne przygody i trudności językowe. Z misjami jest ksiądz arcybiskup doskonale zaznajomiony, bo przed wielu latami wprawdzie, ale jednak był na placówce w Angoli. Chociaż ksiądz arcybiskup biegle włada wieloma językami, to nie chciał, aby mu misjonarze ułatwiali komunikację i wymagał, a by każdy mówił do niego po polsku. Zdecydowanie z całego serca pragnie jak najlepiej poznać nasz język. Ksiądz arcybiskup wiele miejsca w swoim kazaniu poświęcił papieżowi Janowi Pawłowi II. Mówił między innymi, że beatyfikacja Jana Pawła II przyczynia się do tego, że świat coraz bardziej zwraca uwagę na heroiczne cnoty naszego papieża, na jego nauczanie i przykład życia. Nasze spotkanie misyjne upływało pod bardzo wyraźnym patronatem błogosławionego Jana Pawła II. Był też u nas ksiądz arcybiskup Mieczysław Mokrzycki, Metropolita Lwowski. W kilku słowach opowiedział nam o swojej pracy na Ukrainie, a następnie podzielił się z nami wspomnieniami o błogosławionym Janie Pawle II. To, co opowiedział, wywarło na mnie ogromne wrażenie. Na przykład to, z jaką uwagą i gorliwością Papież traktował codzienne modlitwy. Ksiądz arcybiskup opowiedział, że Ojciec święty czy to w dniach najbardziej napiętych programów podczas swych pielgrzymek po świecie, czy to w dniach choroby, nigdy nie opuścił nic z odmawianych codziennie modlitw, w tym także codziennej Godziny Świętej i piątkowej lub wielkopostnej Drogi Krzyżowej. Podkreślił także i to, że papież starał się traktować każdego człowieka, z którym się spotykał, bardzo indywidualnie. Zważywszy na to, że Ojcu Świętemu codziennie towarzyszyły istne tłumy, to bez wątpienia był to wysiłek wyjątkowy. Po spotkaniu wszyscy rozjechaliśmy się do swoich diecezji, parafii i zgromadzeń zakonnych. Było miło, ale czas było wracać do obowiązków.
piątek, 20 maja 2011
Może najpierw napiszę jeszcze kilka słów o naszym Wielkim
Tygodniu. Przygotowań do niego porobiliśmy tym razem dosyć sporo, bo już na
samym początku Wielkiego Postu mieliśmy spotkanie wszelkich ekip liturgicznych
z wszystkich naszych wspólnot parafialnych, na którym każda comunidade dostała listę z funkcjami i czynnościami
liturgicznymi, za które miała być odpowiedzialna oraz płytę z nagraniami
wszystkich pieśni, jakie miały być opanowane przez nasze parafialne zespoły i
grupy muzyczne. Po tym spotkaniu każdy z nas rozpoczął swoje zaawansowane
studium liturgiczne. Do nauczenia się było rzeczywiście bardzo dużo, bo tym
razem nasza parafialna animacja liturgiczna sięgnęła po rzeczy z najwyższej
półki. Pieśni zaś, miały być nie tylko opanowane przez muzyków, ale w ostatnim
momencie cały nasz lud miał być ich nauczony. Na szczęście, oprócz absolutnych
dla nas nowości były też rzeczy stare, tzn. już dobrze nam znane, więc nauka i
treningi muzyczne przebiegały bez większych problemów. Niestety, pogoda nie
zawsze nam dopisała. Niedziela Palmowa była pełna deszczu. Nie mniej, nie
zrezygnowaliśmy z procesji. Odbyła się ona na szczęście w deszczu bardzo drobnym.
Tu, chociaż przyroda oferuje doskonałe liście palmowe, zwyczaj lokalny jest
raczej mało widowiskowy. Każdy bierze na procesję właściwie tylko jeden listek,
a nawet tylko jedną wstążkę z liścia palmowego. Potem zabiera się to domu i
robi krzyż. A krzyż ów zawiesza się nad drzwiami. Mam wrażenie, że nasza polska
tradycja religijna ma nieco podobne obyczaje. Wielki Czwartek w Katedrze manaueńskiej był dosyć okazały,
chociaż księży, tak przynajmniej sobie pomyślałem, było dużo mniej, niż
zazwyczaj. Naliczyłem zaledwie stu dwudziestu prezbiterów, dwudziestu diakonów
i kilku dosłownie kleryków. No cóż, po wyraźnym wzroście liczby księży
przybywających do Manaus, ostatnio obserwuje się ich zmniejszenie. Czekamy niecierpliwie na nowych misjonarzy. Nasze celebracje Triduum Santo były wyjątkowe. Może dla
tego, że uczestniczyło w nich tym razem ogromnie dużo ludzi. A może po prostu
bardziej jeszcze się zżyłem z naszą parafią i pokochałem ten lud. Nie mniej,
uroczystości były dla mnie bardzo emocjonujące i przeżywałem je wszystkie
bardzo głęboko. Na pewno daleko na jeszcze do zaawansowanej liturgii Triduum,
jaka jest realizowana w każdej polskiej parafii, ale staramy się każdego roku
doskonalić. Liturgię paschalną miałem okazję przeżywać tego roku dwa
razy. Raz w parafii, raz w połączonych wspólnotach neokatechumenalnych. W
Neokatechumenacie od tego roku mamy już nieco większą grupę naszych parafian.
Wprawdzie jest to cały czas swoisty eksperyment, bo nasza parafia jest pierwszą
z tych peryferyjnych, gdzie Neokatechumenat się przyjął i udało się założyć
wspólnotę. Mam jednak dobre myśli, bo uważam, że jest to wielka szansa dla
całego Neokatechumenatu z naszego miasta. Ma możliwość powrotu do swych źródeł,
do odnowy swoich charyzmatów i do nabrania wielkiej mocy do działania
apostolskiego. Nasza parafialna neokatechumenalna wspólnota jest traktowana
przez inne, „stare i dostojne” jako niemowlak. No cóż, porównując z tymi, które
od trzydziestu lat są na Drodze, jesteśmy rzeczywiście bardzo młodzi i
początkujący. Sama celebracja była dla mnie konkretnym wyzwaniem. Zaczęliśmy o
północy, skończyliśmy o 5.40. Byłem dumny z siebie, bo tylko na początku miałem
lekki napad senności. Potem zaś wszystko minęło. Prawdziwą przeprawą był dla
mnie chrzest nokatechumenalnych, tym razem w dosłownym znaczeniu, niemowlaków. Każdy musiał być ochrzczony zgodnie
z neokatechumenalną tradycją poprzez trzykrotne, całkowite zanurzenie w wodzie.
Lamentowały okrutnie, walczyły ze mną zaciekle. Na szczęście udało! Było ich
sześcioro. Każde ochrzczenie witane było okrzykami radości i śpiewem. Radość
była prawdziwie paschalna. Kiedy w 2008 roku
przeprowadziliśmy się do Manaus, to wówczas zdarzyło się wiele zadziwiających
sytuacji, które dopiero po jakimś czasie, albo nawet teraz, po latach miały
swoje sfinalizowania. Jednym z takich szczególnych zdarzeń jest nasze spotkanie
z dom Agostinho, z księdzem biskupem Augustynem Januszewiczem. W Wielki Czwartek, jak to
zresztą bywa na całym świecie we wszystkich diecezjach katolickich,
pojechaliśmy do naszej katedry, aby z prezbiterium amazońskim koncelebrować
Mszę Świętą Krzyżma. W zakrystii podszedł do nas jakiś ksiądz. Przyglądał się
nam przez chwilę, potem zapytał: „Polacy?” Pamiętam, że ucieszyliśmy się tym
spotkaniem ogromnie. Polacy, pewnie, że Polacy. A ksiądz skąd? Też z Manaus? –
pewnie mniej więcej tak wówczas na początku rozmawialiśmy. Okazało się, że
spotkaliśmy się z ojcem Januszem Daneckim, polskim franciszkaninem
konwentualnym. On, ku naszemu wówczas zdumieniu powiedział nam, że był w Manaus
aby opiekować się chorym księdzem biskupem Augustynem Januszewiczem, który
leżał w szpitalu Joao Lucio. Chociaż nie bardzo jeszcze znaliśmy wówczas
miasto, to ten szpital był nam bardzo dobrze znany, bo znajdował się na terenie
naszej parafii i zaraz w pierwszych dniach naszej pracy duszpasterskiej w nowej
parafii odwiedzałem w tym szpitalu jakiegoś chorego parafianina. Zaraz po
skończonej Mszy pojechaliśmy do szpitala, aby odwiedzić chorego. Pamiętam, że
wówczas miałem w głowie wiele pytań. Co to za biskup, czemu chory i w Manaus. Z
Jurua, co on tam robił…? Dziś dom Agostinho już
nie żyje. Dwudziestego marca zadzwonił do nas ksiądz Stanisław i powiedział, że
właśnie otrzymał wiadomość o śmierci księdza biskupa. Potem brat Mariusz
Pruszak, pochodzący zresztą z naszej diecezji, z Tczewa i dziś pracujący na
misji franciszkańskiej w Jurua wspomniał, że ksiądz biskup zmarł o 6. 37.
Opiekująca się nim lekarka powiedziała, że umarł jak ptak. Zastanawiałem się
przez chwilę, co miałoby oznaczyć to powiedzenie. Może umarł cicho, nikt tego
przez moment nie zauważył. Nie wiem. Nie była to śmierć gwałtowna, nagła, bo
chorował od ponad trzech lat. Był na nią przygotowany bardzo dobrze. Może umarł
cicho, może po prostu zasnął w Panu, jak to czasami pisano na nagrobkach na
polskich cmentarzach. Ksiądz biskup urodził się
29 listopada 1930 roku. Był pierwszym polskim franciszkaninem konwentualnym,
który przybył na misje do Brazylii. W 1974 roku, drogą morską, na włoskim
statku o imieniu Cristoforo Colombo, dotarł do Rio de Janeiro. Potem zaś, po
wielu przygodach, do Goias, gdzie w końcu, w Cidade Ocidental, został założony
brazylijski Niepokalanów. Nawet nie umiem sobie wyobrazić tego całego bezmiaru
pracy duszpasterskiej, jaka została wykonana wówczas przez polskich
franciszkanów. Ogromne połacie kraju, gigantyczne trudności materialne, tysiące
ludzi bez jakiejkolwiek opieki duszpasterskiej. Radzili sobie wspaniale, czego
dziś są świadkami pobudowane kaplice, kościoły, ufundowane liczne parafie. Wszystko
rozwinięte ponad miarę. Najważniejsza zaś jest pamięć całych pokoleń katolików,
którzy swoje wychowanie religijne zawdzięczają polskim franciszkanom, a wśród
nich właśnie księdzu biskupowi Januszewskiemu. Pewnie ta dynamiczna praca
duszpasterska sprawiła, że w 29 marca 1989 ojciec Augustyn został mianowany
biskupem Luzianii, w Goias. Po piętnastu latach pracy w tej diecezji ksiądz
biskup Augustyn złożył na ręce Ojca Świętego rezygnację, która była motywowana
wielkim pragnieniem pracy misyjnej w Amazonii. Nie mógł po prosty nie usłyszeć
Clamor da Amazonia, krzyku Amazonii o księży, o misjonarzy. 1 stycznia 2005
roku udał się po raz kolejny w swoją misyjną drogę. Przez komisję misyjną
został skierowany do prałatury w Tefe, objął placówkę w Jurua, gdzie od
piętnastu lat nie było żadnego księdza. Tak rozpoczął się nowy, ostatni, ale
jakże piękny rozdział w życiu tego dzielnego misjonarza. Choroba wyrwała go z
Jurua już po trzech latach. Jego miejsce zajęli inni polscy franciszkanie:
ojciec Janusz Dalecki i brat Mariusz Pruszak. Lekarza, którzy leczyli dom
Agostinho, rozpoznali raka. Dawali mu od kilku miesięcy do dwóch lat życia.
Podjął walkę z chorobą, niestety, nie udało się jej wygrać. Jednak wyszedł z
tej batalii zwycięski. Po jakimś czasie powrócił do Jurua. W jednej z
pierwszych, po powrocie do swej ukochanej parafii, homilii powiedział: „Nie
przyjechał żeby Wam służyć, bo na to nie mam już siły. Przyjechałem, aby za Was
oddać życie.” Pozostawił po sobie list
pożegnalny. Wprawdzie jest on napisany do braci zakonnych, ale każdy z nas może
wiele się z tego listu nauczyć. Lektura jego jest bardzo wzruszająca. Kończy ów
list w taki oto sposób: „Przebaczcie mi wszystko. Niech Bóg mnie zasłoni swoim
Miłosierdziem. Zawierzam się Miłosierdziu Jezusa! Ponieważ Maryja Niepokalana
była szczególnie obecna w moim życiu oczekuję, że On mnie przyjmie w momencie
mojego przejścia do innego życia. Tam
lepiej jeszcze zrozumiem wymiar powiedzenia „przez Niepokalaną”. Horyzont,
który mnie oczekuje, jest cudowny nade wszystko. Warto ze wszech miar postawić
na to, co nasi Święci nas nauczyli.” W przyszłym tygodniu znów
pojedziemy z księdzem Jarkiem do katedry na Mszę Krzyżma. To będzie symboliczna
trzecia rocznica naszego spotkania z dom Agostinho. Chociaż go już nie ma w
Amazonii żywego, to jego duch nam przypomina, że naprawdę warto ofiarować się
Bogu jako misjonarz ludowi tej ziemi. Naprawdę warto!
sobota, 19 marca 2011
Co roku, mniej więcej w tym czasie, narzekam na karnawał.
Niestety, tym razem też nie mam myśli pozytywniejszych co do tej manii
brazylijskiej. W Manaus było dwudziestu pięciu zabitych w czasie karnawałowej
radości. Oprócz tego morze alkoholu i wszelakich szaleństw. Doprawdy, dziwna
jest ta kultura zabawy. Ciągle jeszcze nie rozumiem, czemu rząd ma miliony
realów na karnawał i w tym samym czasie dzieci nie mają lekcji, bo nie ma
pieniędzy na pensje dla nauczycieli, na wynajęcie budynków lub pobudowanie
szkół. Tu tych pytań mógłbym wypisać całą stronę. Kiedy ten nasz lud w końcu
zrozumie, że prymitywnymi igrzyskami nie rozwiąże się palących problemów
społecznych. A tych w Manaus nie brakuje i ostatnio nawet się one mnożą. Kiedy w zeszłym roku straszne trzęsienie ziemi zburzyło
prawie doszczętnie Haiti, prezydent Brazylii, wówczas jeszcze pan Ignacio Luis
da Silva, popularnie zwany Lulą, zaprosił Haitańczyków do Brazylii. Mówił, że
będą przyjęci z szeroko otwartymi ramionami, będzie dla nich praca i dom.
Pewnie myślał, że jego słowa będą odebrane jako wyraz solidarności i sympatii, nie
zaś jako coś konkretnego. Może też i uznał, że obietnice polityków są już
powszechnie traktowane z przymrużeniem oka i sam nie uważał tego, co mówił, jako
poważnie. Tymczasem Haitańczycy odebrali to zaproszenie bardzo serio i tysiące ich
wyruszyło w stronę obiecanego brazylijskiego raju. Obecnie zaczynają,
najróżniejszymi drogami, docierać do Manaus. Wszystkich to zaskoczyło. Rząd
oczywiście jako pierwszy umył ręce i zamilkł. Jak zawsze w takich wypadkach
bywa, tylko Kościół Katolicki zainteresował się losem tych biedaków. Najpierw
docierali pojedynczo i tych przyjmowali księża skalabrynianie, zwani też
karlistami. To zakon, który został utworzony właśnie w celu opieki nad
uchodźcami i emigrantami. Księża karliści mają w centrum miasta parafię św.
Geralda, która jednocześnie jest takim niewielkim ośrodkiem duszpasterskim dla
uchodźców. Do tej pory opiekowali się tam oni sporadycznymi uchodźcami z
Boliwii, Peru czy Kolumbii. Kolumbijczycy uciekali głównie do Manaus z powodu
FARC, czyli komunistycznych rewolucjonistów, wspieranych przez rząd Wenezueli,
budujących nowy i przyjazny ustrój za pomocą broni i śmierci. Dla tych
hiszpańskojęzycznych emigrantów, oprócz pomocy materialnej, były katechezy i
Msze święte. Haitańczyków zaś są teraz już spore grupy i ta ciągle rosnąca
liczba zupełnie przerasta możliwości księży karlistów. Do akcji wkroczyła cała
diecezja. Obecnie na terenie miasta jest około 400 Haitańczyków, a kolejnych
200 jest już w drodze z Tabatinga do Manaus. Bez wątpienia ta liczba będzie
jeszcze rosła i rosła. Najróżniejsze parafie otworzyły swoje drzwi dla nich,
przyjmując uciekinierów do salek i kaplic. Zbieramy dla nich odzież, pieniądze,
lekarstwa i jedzenie. Szukamy pracy i nauczycieli języka portugalskiego. Wiele
rodzin także zdecydowało się „zaadoptować” pojedynczych Haitańczyków. Tylko co
zrobimy, kiedy będą już ich w mieście tysiące? A na to właśnie się zanosi. Bez
wątpienia jest to wspaniały test na nasze rozumienie Wielkiego Postu i
praktykowanie uczynków miłosierdzia.
niedziela, 06 marca 2011
Niektórzy reklamują, że moje teksty są za mało egzotyczne, tropikalne i niedostatecznie misyjne. No cóż, piszę jedynie moje refleksje inspirowane naszą szarą codziennością. Nie zawsze jest ona aż tak oryginalna i niezwykła. Moja praca nie ma za wiele wspólnego z romantyzmem misyjnym. W dżungli miasta raczej nie jest możliwe spotkanie z lampartem, węże też są rzadkością. Z tropiku to tylko temperatura się chyba zgadza. Może więc tym razem napiszę o bardzo tropikalnej, tak przynajmniej mi się wydaje, chorobie o nazwie dengue. Nazwa ta, może nieco dziwna dla języka polskiego, pochodzi podobno od jakiego języka azjatyckiego, w którym miała oznacza kogoś opętanego przez złe duchy lub łamanie kości. Może to drugie bardziej odpowiada rzeczywistości, bo jednym z objawów tej choroby jest właśnie okropny ból kości. Bez wątpienia dengue jest chorobą wielkomiejskich tropików. W Manaus, a chyba nawet w całej Brazylii, znów mamy epidemię dengue. Chorobę ową powoduje aż cztery wirusy, każdy nosi swój numer porządkowy. Ostatni, czyli czwarty, przez prawie trzydzieści lat nie był spotykany na terenie Brazylii, aż tu nagle podstępnie przedarł się ostatnio do nas z Wenezueli i panoszy się z wyjątkową zaciekłością. Ludzie przez lata stracili na niego odporność, więc teraz odnosi ogromne sukcesy. Dengue jest chorobą przywleczoną do Brazylii z Azji. Tu wspomnę, że malarię przywieziono w prezencie Brazylijczykom z Afryki. Objawy dengue, w zależności od stanu ciężkości zachorowania, mogą być podobne do grypy, malarii i żółtej febry. Niekiedy trudno jest chorobę rozeznać. Roznoszona jest przez pewien typ komara, właściwie to komarzycy, która wyróżnia się łatwo dostrzegalnymi białymi paskami na swym ciele. Kiedy komar ukąsi człowieka i wysysa jego krew, wirusy dostają się do organizmu ludzkiego. Od tego momentu do pierwszych symptomów choroby upływa od trzech do piętnastu dni. Początki są mniej więcej takie: nagła i bardzo wysoka gorączka, ogólne złe samopoczucie, brak apetytu, silne bóle głowy, oczu, mięśni i kości. W zaawansowanych przypadkach dochodzi do krwawień z nosa i wewnętrznych wylewów, co często powoduje szybką śmierć chorego. Niestety, jak do tej pory nie ma na dengue lekarstwa ani żadnej przeciwko niej szczepionki. Jedynym ratunkiem jest zapobieganie tej chorobie i z tym jest właśnie największy problem. Miasto, które produkuje każdego dnia tysiące ton śmieci, jest rajem dla moskitów. Komar roznoszący dengue bardzo szybko się rozmnaża w podeszczowej wodzie, jaka pozostaje w piwnym kapslu, nakrętce po coli, starej oponie, butelce, puszce po sardynkach, itd. Ponieważ te kolebki i inkubatory insektów są porozrzucane dosłownie wszędzie, Brazylijczycy to okropne śmieciuchy, całe miasto roi się od komarów. Całe miasto jest też potencjalnie zarażone. Jeden komar może w ciągu swoich czterdziestu pięciu dni życia zarazić trzysta osób. Obecnie Manaus ma 10 przypadków śmiertelnych, w tym głównie dzieci. Piętnaście tysięcy osób ma chorobę potwierdzoną przez lekarzy. Co zdarzy się w najbliższym czasie? Choroba ma wielkie szanse na swój dynamiczny rozwój, czas obfitych deszczy temu sprzyja. Jedynym ratunkiem jest zrobienie porządku ze śmieciami i zniszczenie miejsc wylęgu komara, ale to jakby jest najtrudniejsze. W miniony piątek, na nasze comiesięczne spotkanie księży, zawitali najwyżsi dostojnicy z ministerstwa zdrowia. Zostaliśmy postraszeni danymi, poinstruowani o naturze choroby, poinformowani o sposobach walki. Poprosili, aby Kościół Katolicki włączył się do walki z dengue. Jak trwoga, to do Boga. Widać, że stare polskie przysłowie polskie sprawdza się też i tutaj, w Brazylii. Kościół Katolicki jest, jak do tej pory, zawsze obecny w tych najróżniejszych biedach swego ludu. Nieustannie kontynuuje najróżniejsze akcje związane z zapobieganiem chorobom i polepszaniem warunków życia. Wielcy urzędnicy z prefektury i rządu stanowego najwyraźniej o tym zapomnieli. Nie wiem, jak naszych biedaków nauczyć sprzątania, albo przynajmniej nieśmiecenia. Wydaje mi się to w tym momencie wręcz niemożliwe. W ostatnią sobotę mieliśmy zupę dla najbiedniejszych. Przed tą charytatywną akcją odwiedzaliśmy ich i zapraszaliśmy na jedzenie. Po raz kolejny przekonałem się o rozmiarze problemu. Nasza parafia jest istnym rajem dla dengue. A co do zupy, to pobiliśmy rekord. Najróżniejsi dobrzy ludzie, przyjaciele naszej parafii, pracując od świtu, zdołali przygotować aż siedemset litrów zupy, które później zniknęły w oka mgnieniu. Odwiedziły nas także siostry od Matki Teresy z Kalkuty. Wśród naszych parafian cieszyły się wyjątkowym zainteresowaniem. Może ona nam pomogą w tej bitwie o zdrowie i lepszy byt najbiedniejszych? Ich doświadczenie na pewno jest w tej materii przeogromne.
sobota, 26 lutego 2011
Pewnie największym marzeniem każdego księdza proboszcza
jest spora liczba powołań do kapłaństwa i życia zakonnego z parafii, w której
pracuje. Nie ukrywam, że podobne myśli również pojawiają się i w mojej głowie.
Ja jednak nie marzę o „sporej liczbie”, a jedynie chociażby o jednym powołaniu,
tak na dobry początek. Z góry jednak wiem, że marzenie to należy do tych
najtrudniejszych. Mimo to dalej intensywnie o nim myślę, bo przecież powołania
są znakiem i wynikiem dynamiki duchowej parafii. W Polsce do seminariów diecezjalnych i
zakonnych wstąpiło w minionym roku 851 kandydatów do kapłaństwa. Liczne gazet w
swych artykułach z końca stycznia i początku lutego krzyczały, przynajmniej ja
to tak odebrałem, o drastycznym spadku
powołań. Może i tych powołań jest mniej, różne są zapewne tego przyczyny.
Jednak cudem polskim pozostaje ta spora liczba nowych alumnów. Łaska powołań kapłańskich
jest ciągle w Polsce dawana przez Boga i są jeszcze odważni młodzi ludzie, którzy
całe swoje życie chcą Chrystusowi ofiarować. Zupełnie odmiennie ta sytuacja
przedstawia się w miejscu, gdzie pracuję. Powołania w Brazylii to ciekawy temat na
wiele dyskusji, może nawet dobry materiał do pracy dla najróżniejszych naukowców.
Pamiętam, że w Piaui, w relatywnie małej diecezji Campo Maior, ksiądz biskup
Edward Zielski każdego roku miał nawet po kilku kandydatów. Chociaż po roku
propedeutycznym i egzaminach do seminarium interdiecezjalnego w Terezinie ta
liczba zawsze drastycznie malała, to jednak zawsze jeden albo nawet dwóch
chłopaków rozpoczynało swoje przygotowanie do kapłaństwa. W Manaus zaś, w
diecezji przeogromnej, praktycznie tych powołań nie mamy. Dlaczego? Próbujemy wszystkiego. Bez wątpienia zawsze
na pierwszym miejscu powinna zostać postawiona modlitwa w intencji powołań.
Tutaj doszedłem do swoistego spostrzeżenia. Wielokrotnie wszystkim naszym
grupom i duszpasterstwom zalecałem taką właśnie modlitwę. Zaraz po moich
przypomnieniach zazwyczaj o niej pamiętano. Jednak po krótkim czasie odchodziła
ona w zapomnienie. Dziwne to bardzo. W mieście i diecezji, gdzie osiemdziesiąt
procent wspólnot katolickich w każdą niedzielę gromadzi się na modlitwę bez
księdza, taka pamięć powinna być czymś codziennym, oczywistym. Modlitwa o
powołania powinna być bardzo natarczywa. Kiedy małe dziecko chce czegoś od
rodzica, co często widać na ulicy lub w jakimś sklepie, uporczywie prosi,
nalega, płacze, rzuca się na ziemię, wręcz terroryzuje biednego rodzica, aż w
końcu osiągnie to, co chce. Może jest to niepedagogiczne, to jednak rodzic, dla
świętego spokoju ulega. Taka wręcz powinna być nasza modlitwa o powołania,
prawdziwy szturm do nieba. Jeśli zaś się ciągle o niej zapomina, to może dla
tego, że wcale aż tak bardzo tych powołań się nie pragnie. To myśl warta
rozwinięcia. Chroniczny brak duchownych w Brazylii
spowodował fascynującą i zarazem
niepokojącą wielu promocję laikatu. Byłem i jestem rzeczywiście zauroczony
postawą świeckich, ich zaangażowaniem we wspólnotach, aktywnością,
odpowiedzialnością i samodzielnością. Dziś widzę, że to wszystko może mieć też
i inne oblicze. Niekiedy, zaznaczam że bardzo rzadko, co jednak już się nam
udało kilka razy zauważyć, świeccy postrzegają księdza jako konkurencję i do
wielu rzeczy go po prostu nie potrzebują. Ponieważ życie sakramentalne
katolików brazylijskich jest bardzo zredukowane, można się bardzo długo obejść
bez księdza. Po co więc o niego prosić? Czy to sprzyja rozwojowi powołań? Rodziny są kolebką powołań. Brazylijskie
rodziny praktycznie nie istnieją. To stwierdzenie wywołałoby nieograniczoną
wręcz furię i śmiertelnie obraziłoby wiele osób, bo Brazylijczycy określają
siebie jako bardzo rodzinni. Jednak na terenie naszej parafii jest zaledwie
kilka rodzin normalnie, zdrowo ukształtowanych. Czymś codziennym zaś jest życie
bez jakiegokolwiek ślubu, każdy ciągnie za sobą ogromnie skomplikowaną historię
doświadczeń życiowych z wieloma partnerami, nawet oficjalnie w portugalskim
rzadko mąż mówi o swojej „połowicy” żona, tylko mówi „kobieta”, jakby z góry
wykluczając małżeństwo. Dzieci zaś często nawet nie znają swego ojca, niekiedy
nawet nie znają swoich matek, bo oddane zostały na wychowanie babci lub wręcz
komuś zupełnie obcemu. Jak tu mówić więc o kolebce powołań. Stąd jednym z
palących zadań dla nas jest rozwijanie duszpasterstwa rodzin. Jednym z narzędzi duszpasterskich w budzeniu
powołań i opiekowaniu się ewentualnymi kandydatami jest duszpasterstwo powołaniowe.
Tu jednak dochodzi do przerysowania stanowisk. Jak już się zgłosi jakiś
młodzieniec, to każdy chce się z nim obchodzić jak z jajkiem, nieba mu
uchylając i nosząc go na rekach. Co więcej ów kandydat, takie mam przynajmniej
wrażenie, tego właśnie oczekuje. Może my nie mamy jeszcze sukcesów
powołaniowych w naszej parafii, bo nie zamierzamy nikogo tak traktować. Nigdy
nie będziemy robić czegoś takiego. Powołanie do kapłaństwa to coś bardzo
konkretnego i wymagającego. Jest „jednorazowe”. Raz dokonanego wyboru trzeba
być pewnym przez całe swoje życie. Nie wolno się wahać i nieskończenie długo
nad swym powołaniem się zastanawiać. Ostatnio temat powołań w Ameryce Łacińskiej
jest bardzo popularny. Cztery lata temu biskupi latynoamerykańscy zgromadzeni
na swoje piątej konferencji w Aparecidzie „zadali” powołania swoim kościołom.
Nawet wyrażono się w oficjalnym dokumencie o „kulturze powołań”, co miałoby
zintensyfikować wszelkie prace i zabiegi duszpasterskie w tym temacie. Bardzo
jest to wyrażenie aktualne, bo raczej teraz to cały czas spostrzegam anty kulturę powołaniową. Jednak to chyba jest bardzo
powszechne, globalne, nie zaś tylko latynoamerykańskie. „Kulturą powołań” zajął
się II Latynoamerykański Kongres Powołań, który zakończył się przed kilkunastoma
dniami w Kostaryce. Umacnianie „kultury powołań” – co wyrazili organizatorzy kongresu - służy
temu, by wszyscy ochrzczeni podjęli związane z tym powołanie. Mają oni być
uczniami i misjonarzami Chrystusa w obecnych warunkach Ameryki Łacińskiej i
Karaibów. Chodzi zatem o pełne włączenie budzenia powołań w codzienne
duszpasterstwo. Trzeba je prowadzić w rodzinach, parafiach, szkołach
katolickich i wszystkich innych instytucjach kościelnych. Inicjatywom
powołaniowym i uwrażliwianiu na głos powołania musi towarzyszyć modlitwa. Nie
przestaję marzyć o powołaniach z naszej parafii! |