Menu

B R A Z Y L I A

Wenezuela I

paderewskigrzegorz

Wiadomo, że Wenezuela przeżywa bardzo głęboki kryzys. Ponieważ jest to sąsiad Brazylii, a za czasów poprzedniego, komunistycznego rządu, a dokładniej za rządów pana prezydenta Luli i pani prezydent Dilmy, był to jeden z największych sojuszników, więc ciagle się tutaj mówi o tym kraju. Najpierw to, że są tam kłopoty z demokracją i to raczej bardziej winną stroną jest oczywiście opozycja. Potem delikatnie ostrzegano Maduro, prezydenta Wenezueli. W międzyczasie wychodziły na jaw wielkie afery o gigantycznych inwestycjach, jakie rząd Brazylii, poczynił w Wenezueli. Oczywiście, były to prezenty od jednego towarzysza dla drugiego, za które zapłacił podatnik brazylijski. Na dodatek Wenezuela winna jest najróżniejszym brazylijskim firmom sumy wprost niewyobrażalne.

Nie ma się więc co dziwić, że wielu Wenezuelczyków ucieka z kraju. Oczywiście, najwięcej ich pojawia się w stanie Roraima, który graniczy z Wenezuelą. Tam dochodziło już do najróżniejszych sytuacji. Kwitł handel przygraniczny, dawało to nawet Brazylijczykom szanse na dobry biznes. Potem granica była zamknięta, co spowodowało wiele tragedii. Niektórzy Brazylijczycy zostali uwięzieni po tamtej stronie. W kocu ruszyła lawina emigrantów. Bardziej bogaci i lepiej wykształceni obrali, jako swoja nową ojczyznę, Panamę, Ekwador lub Chile. Wielu też, przez Roraimę dotarło do Amazonas, do Manaus. Kiedy kilka miesięcy temu wyrabiałem sobie na policji federalnej nowe dokumenty na kolejne lata, to spotykałem tam tłumy Wenezuelczyków, którzy składali wnioski o przyznanie im statusu uchodźcy. Byli bardzo źle traktowani przez funkcjonariuszy policji. Nie znali jeszcze portugalskiego, a ich hiszpański najwyraźniej drażnił federalnych. W sumie to jeden drugiego zrozumie, nie jest to takie trudne, jeśli jest dobra wola. Tam niestety jej najwyraźniej nie było.

Tak było z białymi emigrantami. Natomiast zupełnie inna sytuacja jest z Indianami z plemienia Warao. Ci pewnego dnia, jak to powiedzieli dziennikarzom, stwierdzili, że „Wenezuela się skończyła” i ruszyli na południe. Całymi rodzinami opuszczali swoje rezerwaty. To tak, jakby w ich duszy odezwały się pradawne obyczaje. Nie przejmowali się granicami i paszportami. Dawniej, jak brakowało pożywienia, to plemiona przenosiły się po prostu w inne miejsca lasu. Tym razem dotarli do Manaus i zamieszkali w miejskiej dżungli, w której najwyraźniej jakoś się tam odnajdowali. Porozbijali swoje obozowiska w najróżniejszych punktach miasta, a zwłaszcza pod wiaduktami i mostami. Rozpalali ogniska, gotowali jedzenie, robili pranie i suszyli je, gdzie popadło. Wszędzie biegały radosne dzieciaki. Wszędzie też rozrzucali tony śmieci. Od razu nasz diecezjalny Caritas, wraz z osobami z duszpasterstwa Indian i duszpasterstwa emigrantów otoczyli ich opieką. Na dodatek, co w sumie bardzo mnie zdziwiło, bardzo pozytywnie i szybko zareagowała prefektura. Być może obawiano się jakiejś epidemii. W swoich różnych, wolno stojących z powodu kryzysu budynkach, umieściła Indian. Postawiono im też pewne warunki. Między innymi chodziło o to, że nie mogli więcej żebrać na ulicach, mieli lepiej pilnować swoje dzieci, poddać się badaniom lekarskim, a po zrobieniu dokumentów, mieli ofiarowanymi im przez rząd transportami powrócić do Wenezueli. To ostatnie chyba się jednak nie udało. Wielu, obładowani, z licznymi pakunkami, wsiadało radośnie do autobusów, które miały ich przez Boa Vista dowieźć do granicy. Jednak po jakimś czasie powrócili, już bez pakunków, za to ze swoimi kolejnymi krewnymi. Jak na razie, problem nie został rozwiązany. Wszystko też wskazuje na to, że w Wenezueli też on jeszcze będzie miał swoje kolejne odsłony.

© B R A Z Y L I A
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci